Matnia



Najbardziej podziwiam ludzi bezpretensjonalnych. Takich, którzy ofiarowują z myślą o dobrobycie drugiej osoby i nie kalkulują przewidywanego zwrotu inwestycji w wyświadczaną przysługę lub znajomość. Ludzie ci przyczyniają się do osiągania rzeczy ponadprzeciętnych przez tych, którzy w ich prawdopodobieństwo realizacji powątpiewają. Nie muszą oni pamiętać o źródle swojego postępowania. Ich radość jest czysta, nie zawiera nuty fałszywej skromności, ani wewnętrznego zgrzytu niechcianego zakłamania. Są to ludzie ogólnie lubiani, ale trzymający się na uboczu, działający w pojedynkę i najczęściej słowem. Zazwyczaj ofiarowywany przez nich dar niewymuszenie wraca siłą rażącej miłości niczym australijski boomerang z „Bagdad Cafe”. 

Takich ludzi jest coraz mniej. Wraz z rozwojem cywilizacji skażeni zostaliśmy coraz to intensywniejszą w swej bezwględności konkurencją, bezcelowym pędem, który nakazuje nam umniejszać innym na każdym kroku. Po to tylko, żeby za wszelką cenę wygrać w wyścigu donikąd. Pomniejszamy w swoich oczach tych, którzy w jakiś wyimaginowany sposób nam zagrażają; nie mamy litości dla tych, którzy nie spełniają standardów obecnych czasów. Jesteśmy w tym okrutnie i beznadziejnie naturalni, automatyczni, stereotypowi. Każdy stał się potencjalnym wrogiem. Każdy jest albo lepszy, albo gorszy. W pierwszym odruchu zamiast dostrzegać piękno, widzimy brzydotę, zamiast miłości, wybieramy nieufność i pogardę. Staliśmy się w tej matni bardzo nieszczęśliwie skomplikowani. I bardzo, bardzo przerażeni.

A wszystko przecież jest takie proste. Wystarczy głęboko odetchnąć, uśmiechnąć się z głębi trzewi, przymrużyć oczy w dziękczynieniu i po prostu kochać.

Polecam dla lepszego zrozumienia:



Segregacja piskląt



W Korei wszechobecne są prywatne instytucje akademickie, tzw. hakwony (학원), które masowo edukują młodych ludzi najczęściej w zakresie języka angielskiego, japońskiego i chińskiego. Niektóre hakwony specjalizują się też w kursach przygotowawczych do egzaminów państwowych, kursach komputerowych, grze na pianinie i wielu innych mniej „naukowych” szkoleniach jak na przykład szycie miśków lub robienie kimchi. Jest to bizness niesamowicie intratny jakoże zdecydowana większość nerwowych mam przymusza swoje pociechy do studiowania dniami i nocami widząc w edukacji jedyny sposób na osiągnięcie przez nich sukcesu w przyszłości. A dzięki sukcesowi swoich dzieci zapewnić one mogą sobie i swoim ciężko pracującym mężom spokojną starość (w Korei emerytury są śladowe). Wykształcenie to, często wymuszane też w państwowych szkołach karami cielesnymi, nie jest zbyt efektywne również ze względu na to, że młodzież jest zbyt zmęczona, żeby znaleźć w nauce jakąkolwiek przyjemność. Młodzi ludzie nie mają też czasu na zwykłe spotykanie się z przyjaciółmi lub nieprzymuszone i spontanicznie kreatywne zabawy. Koniec końców skutkuje to w produkcji przepełnionych książkową wiedzą dorosłych ludzi, którzy mają trudności ze zwykłą komunikacją (na którą notorycznym lekarstwem jest wypicie po pracy kilku butelek soju) oraz wyrażaniem i odczytywaniem emocji. 

Najdziwniejszym, mniej akademickim hakwonem, o którym słyszałam jest hakwon segregacji piskląt (병아리 학원). W latach sześćdziesiątych czwórka Koreańczyków (trzech mężczyzn i jedna kobieta) udała się do Kenii w poszukiwaniu pracy. Tam wyuczyli się oni sztuki segregacji wedle płci dopiero co wyklutych ptaszków, powrócili do ciągle ubogiej Korei i otworzyli hakwony przyuczające do tego trudnego fachu. Przedsięwzięcie odniosło spektakularny sukces, a hakwony segregacji piskląt zaczęły pojawiać się w całej Korei, jak grzyby po deszczu. Co więcej, z powodu obecnego kryzysu, ma miejsce odrodzenie tego zawodu. Żeby otrzymać dyplom „pisklęcego selekcjonera” należy zdać specjalny egazmin polegający na godzinnej segregacji – minimalny dopuszczalny błąd to... zero.

Aktualnie na świecie jest około 1,800 koreańskich „selekcjonerów” zlokalizowanych w osiemdziesięciu krajach (przeważnie Europa, Australia i USA), co stanowi 60% światowego rynku. Koreańczycy już jakiś czas temu wyprzedzili przez dłuższy czas dominującą pod tym wzlgędem Japonię. Mówi się, że co predysponuje Koreańczyków do tej pracy to cierpliwość, duża zdolność koncentracji (na jedno pisklę przypada zaledwie 0.4 sekundy) oraz małe dłonie z bardzo cienkimi palcami...


Smacznego Wielkanocnego Jajka!


Wewnętrzna walka


W Korei zasady promocji wewnątrz firmy są zdeterminowane przez mniej więcej jednolite standardy stosowane w całym kraju. Promocja na wyższe stanowisko nie zależy od osiągnięć, a przeważnie od lat przepracowanych w firmie. Oznacza to, że wystarczy „bujać się” przez jakiś czas (zazwyczaj 16 lat), żeby dojść do poziomu General Manager/Director, od którego to poziomu zabawa nabiera innego kolorytu. Wtedy to dalszy awans zależy już w jakiejś części od wyników, a w jakiejś części (znacznie większej) od tego, kogo się zna. Jest to dosyć bezwzględna walka na noże z misternie kopanych dołków, relacji (ten sam uniwesytet, ilość razem wypitego soju, żony przyjaciółki etc.), gmatwaniny przysług i ich przewidywanego potencjału w przyszłości. A jest o co walczyć. Od pozycji Vice President mianowicie jest się tzw. imwonem, czyli executive, a za tym idzie własne biuro, własny szofer, prestiż, ogromne pieniądze etc.

Standardowy system promocji w kroeańskich chaebolach wygląda następująco:

0-4 lata:          사원/sawon (Stuff)
4-8 lat:            대리/deri (Assistant Manager)
8-12 lat:          과장/kwajang (Manager)
12-16 lat:         차장/chajang (Senior Manager)
16~ :               부장/bujang (General Manager/Director)
                      수석부장/suseok bujang lub 이사/isa (Director) --> tytuł przejściowy
                      상무/sangmu (Vice President)
                      전무/jeonmu (Executive Vice President)
                      부사장/busajang (Department President)
                      사장/sajang (CEO)

Od bujanga wzwyż angielskie tytuły mogą różnić się w zależności od wielkości firm czy obszarów ich działalności. Ważne jest to, że ta hierarchiczna struktura jasno reguluje nie tylko relacje między pracownikami ale też ich zarobki. Dlatego też Koreańczycy nie negocjują, ani często nawet nie podpisują umowy o pracę. Wiedzą, że ich warunki będą dokładnie takie same, jak innych osób na tym samym stanowisku. Co roku dział zasobów ludzkich wysyła podsumowanie wynagrodzenia na przyszły rok odgórnie ustalając podwyżkę (zazwyczaj ok. 5% rocznie), a czasem, tak jak to ma miejsce obecnie w niektórych firmach, zamraża zarobki lub nawet obniża je wyższej kadrze o ok. 10% z powodu kryzysu ekonomicznego. I nic na to poradzić nie można.

W przypadku obcokrajowców rzeczy mają się zupełnie inaczej i w dużej mierze zależą od wewnętrznej polityki każdej z firm. Niektóre firmy zatrudniają cudzodziemców na takich samych warunkach, jak Koreańczyków, inne z kolei podpsują z nimi kontrakty tymczasowe. W obu przypadkach umowa taka musi być rokrocznie odświeżana ze względu na konieczność odnawiania wizy pracowniczej.

W relacjach biznesowych z Koreańczykami należy liczyć się z bardzo niską etyką postępowania. Oczywiście jeżeli bierze się pod uwagę kanony zachodnie. W Korei mianowicie jednym ze standardów jest coś, co my określamy pejoratywnym mianem „kłamstwa” i „łapówkarstwa”. W Korei te dwa mechanizmy są stosowane na porządku dziennym jako najbardziej naturalne metody osiągania swoich celów. Kłamstwa nie konfrontuje się z powodu głęboko zakorzenionej konieczności „zachowania twarzy” drugiej osoby, a ofiarowywanie kopert jest zazwyczaj traktowane jako czyste posunięcie strategiczne lub niewinny gest wdzięczności. Koreańczycy oba te instrumenty mają dopracowane do najmniejszych szczegółów i bardzo swobodnie używają ich w relacjach z niczego nieświadomymi obcokrajowcami. Nawet tymi, których sami zatrudniają, o czym niedawno miałam nieprzyjemność przekonać się na własnej skórze. 

Tym razem nie odpuściłam. W ciągu tygodnia postarałam się o małą rewolucję, która zakończyć może się dla mnie albo publicznym zgilotynowaniem, albo wielką wygraną. Mój kontrakt wygasa w następną środę...


MBWA po koreańsku



Jakiś czas temu w Korei popularny stał się koncept Management By Walking Around (MBWA). W oryginalnym zamierzeniu chodzi tutaj o zbliżenie się top managementu do szeregowych pracowników celem lepszego zrozumienia ich codziennych problemów (a co za tym idzie problemów firmy), a także zawiązania na ich gardle podstępnej pętelki lojalności poprzez okazanie uznania dla ich żmudnej pracy. Ogólnie metodologia polega na spotkaniach twarzą w twarz z pracownikiem, zainteresowaniu się jego życiem prywatnym, marzeniami, planami na przyszłość. Ważnym składnikiem MBWA jest odsłona ludzkiej strony twarzy CEO. Ma on sypać dobrotliwym żartem oraz dzielić się mniej rażącymi luksusem wyjątkami ze swojego życia.

W Samsungu wizyta top managementu ogłaszana była z samego rana. Oznaczało to konieczność pozbycia się z biurka wszelkich dokumentów, zdjęć, kubka z długopisami, czy kwiatka. Na jego powierzchni nie mogło być nic oprócz laptopa. Oznaczało to również konieczność pospiesznych wycieczek do toalety w obawie przed niewybaczalną nieobecnością podczas nagłej i prawdopodobnie krótkotrwałej hospitacji. Końcem końców podczas mojej prawie trzyletniej pracy w Samsungu nie dane mi było zobaczyć przedstawiciela top managementu ani razu, nie wspominając już o prywatnej z nim pogawędce. Odwiedziny bowiem za każdym razem były odwoływane. 

W mojej obecnej firmie również zapowiada się wizytę CEO i również trzeba ogarnąć biurko - tym razem już tylko z lekka. Najbardziej intymną konfrontacją z tłumem, jakiej dane mi było być świadkiem, to nalanie sekretarce wina podczas firmowego spędu przed Świętem Zmarłych. Wizytacja ta trwała około 5 minut, podczas których atmosfera znacznie naelektryzowała się niezręcznością. Sprawę odsłonięcia swojej ludzkiej twarzy nasz CEO, na współ z reprezentantami top managementu innych firm, załatwił jednym wywiadem umieszczonym w książce pod znamiennym tytułem „Napijmy się soju”. Książkę można (trzeba) było kupić wewnątrz firmy.

U PWY CEO pojawił się w zeszłym tygodniu. Przed wizytacją pracownicy przygotowali dokładny plan jej przebiegu oraz odbyli kilka prób donośnego skandowania podnoszących na duchu haseł. Podczas odwiedzin CEO, niczym zawodowy karateka, przełamał sosnową deskę z napisem „kurs walut” i „kryzys”, oraz, niczym zawodowy tępiciel karaluchów, rozmiażdżył butem dynię z napisem „fuzja X & Y”, gdzie „X” i „Y” to jego zatwardziali konkurenci... 


Powitanie



Zazwyczaj koreańskie dzieci reagują na mój widok wrzaskliwą i dosyć napastliwą angielszczyzną okraszoną chichotami, wzajemnym przepychaniem się i w końcu piskliwą ucieczką w ogólnej wesołości. Malutkie dzieci potrafią jedynie szeroko otwierać oczy zapominając na chwilę o konieczności przemiennego ruchu nóżkami, przez co często słodko potykają się ciągnięte do domu przez zmęczone mamy. Nie mogę powiedzieć, żeby mi to za bardzo przeszkadzało.

Wczoraj kilkuletni chłopiec z wielkim tornistrem na plecach przelotnie na mnie spojrzał, powiedział „안녕하세요” („Dzień dobry”), po czym najzwyczajniej w świecie wszedł do budynku, w którym oboje mieszkamy. Moją pierwszą reakcją była oczywiście odruchowo przyjazna odpowiedź na powitanie. Czując jednak jakieś wewnętrzne poruszenie odtworzyłam klatkę po klatce i dopiero po chwili dotarło do mnie znaczenie całego zajścia. Zamurowało mnie. Chyba po raz pierwszy zostałam potraktowana jako „tutejsza”. Nagle okazało się, że stałam się naturalnym elementem krajobrazu koreańskiego podwórka. Choć dla jednej osoby nie byłam już kimś obcym... Ciekawostką, na widok której milknie się, przygląda i snuje domysły, którą automatycznie wyklucza się z kręgu tego, co swojskie.

Zdziwiłam się, że sytuacja, która w każdych innych warunkach byłaby jak najbardziej normalna, potrafiła wywołać u mnie aż takie zaskoczenie.


Prezentacja



Stojąc przed widownią składającą się z około trzydziestu kobiet nagle zdałam sobie sprawę, że to mój pierwszy raz. W ciągu całych pięciu lat pracy ani razu nie miałam bowiem okazji wygłosić mowy przed kobietami! Zupełnie nie zdawałam sobie z tego sprawy...

Przed sobą miałam mniej lub bardziej groźnie wyglądające przedstawicielki płci pięknej w różnym wieku, o różnym guście (od kolorowych szat dwoiło mi się przed oczami), wykształceniu i doświadczeniu. Wszystkie w klubie Seoul International Business and Professional Women Networking. Dotarło do mnie, że moje dopięte już na ostatni guzik metody prezentacji wcale nie muszą się sprawdzić przed tego rodzaju publicznością. Czułam się bardzo onieśmielona.

Początki były trudne, twarze niezbyt przyjazne. Atmosfera spotkania zupełnie inna od tej, do której już zdążyłam się przyzwyczaić - każda uczestniczka starała się zaprezentować swoją obecność, silny charakter i czasem zbyt uszczypliwy dowcip. Często kosztem samej prezentacji. Nie dawałam jednak za wygraną. Wystarczyło trochę mniej się uśmiechać, dzielić się osobistymi przeżyciami, bardziej szczegółowo podpierać teorie faktami wyjętymi z własnego życia, przyjemnym uśmiechem ignorować krytyczne i mało konstruktywne uwagi. Ku mojej wielkiej uldze wszystko skończyło się na rytmicznym przytakiwaniu i bardzo miłych słowach po zakończeniu przemowy. 

Nigdy nie pomyślałabym, że to właśnie widownia składająca się z kobiet może wywołać u mnie tego rodzaju emocje: uczucie zahukania, niepewności, wyobcowania. Ale tak to już chyba niestety jest między nami kobietami...


Modlitwa



Za każdym razem jestem bardzo zmęczona. Tym razem dla przykładu w rachubę wchodzą dwie noce pod rząd w samolocie i 12 godzin własnych urodzin spędzonych na znielubionym lotnisku w Bangkoku. Zawsze jednak czuję się bardzo uprzywilejowana, a z mojej twarzy nie sposób po prostu zmieść uśmiechu. Bylebym tylko, nawet przez małą chwilkę, widziała skrawek nowego nieba, wdychała zapach nie znanego mi powietrza, wczuwała się w rytm fal nie smakowanego przeze mnie morza, podglądała wycinki z życia niczego nie świadomych stworzeń.

Rozkoszuję się każdą minutą, całą sobą chłonę każdy skrawek piękna Ziemi i czuję, że jest to najpiękniejsza modlitwa, jaką mogłabym kiedykolwiek odmówić...


Śpiąca królewna



Stała w rogu z błogim wyrazem twarzy. Splecione z przodu dłonie, zamknięte oczy, głowa oparta o ścianę. Bez jednego ruchu. Bez cienia zainteresowania tym, co dzieje się wokół niej.

Przeszłam obok. Zrobiłam, po co przyszłam. Umyłam ręce i na palcach podeszłam do drzwi. Spojrzałam na nią raz jeszcze. 

Koreanka spała w najlepsze stojąc w rogu firmowej łazienki...


Życie w tranzycie



Poruszanie się po Seulu jest niezwykle proste, jeżeli tylko korzysta się z tutejszego metra. Mimo że jest to jeden z najbardziej rozbudowanych systemów na świecie (12 w pełni funkcjonujących linii+ postępująca budowa kilku nowych; ok. 270 stacji; łączna długość ok. 290km), nie ma niczego łatwiejszego niż znalezienie właściwej drogi, a to głównie dzięki bardzo prostym oznaczeniom również w języku angielskim. Na peronach każde wejście do wagonu opatrzone jest numerkiem (żeby na przykład dosiadający się łatwo mógł znaleźć drugą osobę), strzałkami wyznaczającymi zakres krawędzi wejścia do wagonu (niektóre z nich mają specjalny symbol wskazujący bliskość miejsca dla starszych i niepełnosprawnych), namalowanym stopami (żeby było wiadomo, gdzie stać), specjalną karbowaną linią bezpieczeństwa dla niewidomych. Na niemalże każdej stacji można też znaleźć restauracje, sklepy, kafejki, aptekę etc. Wszędzie tez porozwieszane są plakaty z przykładami złego i prawidłowego zachowania się w metrze. Niepożadane są na przykład głośne dzwonki telefonów, krzykliwe rozmowy, chrapanie, pchanie się między zamykające się drzwi, siedzenie ze zbyt rozkraczonymi nogami, zbyt szerokie rozwarcie właśnie co czytanej gazety lub spanie na całej długości siedzenia (to dla tych wracających do domu po kilku butelkach soju – ja bym tutaj dodała jeszcze kategoryczny zakaz puszczania pawi na schodach wiodących do metra). 

Koreańczycy spędzają w metrze całkiem sporą część swojego czasu. Dlatego też wykształcili oni cały zespół zachowań, które dosyć obojętnie praktują każdego dnia. Niektórzy na czas podróży w mgnienia oku zapadają w głęboki sen,  regularnie podrywając opadającą na ramię współpasażera głowę (lub po prostu na tym ramieniu wygodnie się opierając), inni oglądają telewizję, jeszcze inni uczą się angielskiego, japońskiego lub chińskiego. Są też tacy, którzy krwawo rozprawiają się z niecnymi stworami w swoich elektronicznych gierkach, słuchają muzyki lub po prostu czytają książkę albo mangi. Rankiem kobiety też często walczą ze złośliwymi soczewkami, układają mokre jeszcze włosy oraz malują się podręcznymi zestawami do makijażu. Jednym słowem nikt niepotrzebnie nie marnuje czasu. Oprócz zwykłych pasażerów, w seulskim metrze swoim własnym życiem żyje jednak jeszcze inny świat. Świat będący produktem ubocznym i samego metra, i korzystających z niego „zwykłych” pasażerów.

Codziennie rano w drodze do pracy, każdy szanujący się Koreańczyk, w tym i PWY, pobiera ze specjalnego stanowiska przed wejściem do metra co najmniej dwie darmowe gazetki. Dla większości jest to jedyna szansa w ciągu całego dnia na zapoznanie się z nowinkami ze świata. Po przeglądnięciu prasy Koreańczycy mają zwyczaj odkładania takowych gazetek na półkę zawieszoną ponad siedzeniami. I tutaj wkraczają bezwględni zbieracze gazet, najczęściej wychudzeni staruszkowie, którzy tornadem przebiegają przez wagony ścigając się na śmierć i życie w ilości zebranej makulatury. Często boleśnie przy tym kopiąc i popychając pasażerów, jakby w dodatkowej złości, że sami z ich kręgu zostali wykluczeni. Rano też można zobaczyć żałośnie wyglądających panów, którzy wymęczeni całonocnie żłopanym alkoholem wsiedli w końcu do pierwszego metra w zamroczonej nadziei dotarcia do domu. Niestety często mężczyźni ci nieświadomie robią dziesiątki kilometrów dając się wozić od jednego do drugiego końca linii. Szczerze mówiąc nie ma się czemu dziwić – siedzenia w seulskim metrze są podgrzewane dając ułudę przytulnego posłania.

Po południu spektrum spotykanych grup społecznych zmienia się. Więcej widać koreańskim ajum (starsze, zamężne kobiety), odzianych w krzykliwą kolorami garderobę i uzbrojonych w lśniącą zbroję z ostrego makijażu i sztywno usprejowanych włosów. Ich małe grupki hałaśliwie wpadają do wagonów, niczym przeżywające drugą młodość nastolatki, po czym dostrzegając miejsce siedzące, wydają wojowniczy okrzyk, energicznie torując sobie drogę przez wracających z pracy ludzi, bądź to łokciami, bądź to swoimi torebkami Louis Vuitton. A niektóre z tego rodzaju torebek mają wielkie kłódki (taka moda!?), którymi naprawdę nikt nie chce być zdzielony. Koreańskie ajumy traktują współpasażerów jak wdzięczną (bo cichą) widownię, przed którą gromkim głosem można wyłuszczyć swój pogląd na cały ten zepsuty świat lub po prostu donośnie pośmiać się na przekór zmęczonym pracą pasażerów. W godzinach szczytu przez wagony maszerują również niewidomi staruszkowie, każdy z laską, takim samym koszyczkiem na pięniążki oraz zawieszonym na szyi magnetofonem, z którego sączy się jakaś rzewna melodia. Słysząc charakterystyczny dźwięk każdy ze stojących pasażerów automatycznie przytula się do kolan tych siedzących, robiąc miejsce dla niewidomego. Czasem zdarzają się bardziej makabryczne przypadki jak na przykład straszliwie poparzona dziewczyna z prowadzącym ją przez wagony ojcem, którą miałam okazję już widzieć dwa razy... Częściej pod wieczór spotkać można również samozwańczych orędowników wiary w Jezusa, którzy z biblią w ręku kroczą pewnym krokiem między zbłąkanymi owieczkami karząco wykrzykując słowo Pana (w sumie to jest zazwyczaj taki ścisk jak we wracającym z pola stadzie owiec...). Widząc obcokrajowców nagle zwalniają kroku i przechodzą na angielski: „You don’t believe in God!? You will go STRAIGHT to HELL!!!!”. Niektórzy zawieszają sobie na plecach krzyż z jakimś sloganem i przez megafon, z szybkością karabinu maszynowego, strzelają wiarą we wchodzących do metra nieszczęśników.

Pod koniec tygodnia oraz w weekendy przez metro przelewa się całkiem duża liczba „metrokrążców”. Wchodząc do wagonu każdy z nich wprawnym okiem ocenia pasażerów, ustawia na środku swoj wózek z pełnym produktu kartonem, po czym rozpoczyna demonstrację. Pierwszy krok to opis towaru wykrzykiwany z odpowiednią gestukulacją na lewo i prawo. Następnie ma miejsce demonstracja. Muzyka z lat 60-tych rozbrzmiewa z zainstalowanego na wózku pokaźnego magnetofonu – do kupienia jest 20 płyt CD tego rodzaju; fluoroscencyjny bączek dla dzieci wjeżdża mi między nogi; energiczny sprzedawca zaczyna czyścić magiczną gąbeczką buty siedzącego obok mnie pana; wiesz, że na zewnątrz rozpadało się w momencie, kiedy przed oczyma rozkładany jest ci nagle wachlarz z tęczowych parasolek...

Metro w Seulu to całkiem inny świat, w który wkracza się na swoją własną odpowiedzialność. Tak naprawdę nie wiadomo, co każda z codziennych przejażdżek może przynieść. Dlatego oddycham z ulgą za każdym razem, gdy wieczorem przesuwam kartą nad wyjściową bramką metra, wydostając się na zewnątrz, czując świeże powietrze. Uwalniając się z objęć miniatury społeczeństwa, którego musiałam być pasażerem przez dwa krótkie momenty mojego dnia.


Trzydzieści minut



Madonna i Justin mają tylko 4 minuty na uratowanie świata. Oglądając videoclip nigdy nie jestem pewna, czy im się to w końcu udaje, czy nie. W Korei panika wywołana obecną sytuacją ekonomiczną również coraz bardziej zaczyna chwytać za gardła. Ile Koreańczycy potrzebują czasu na wybawienie świata? Niektóre firmy, tak jak ta PWY, dają sobie dodatkowych 30 minut codziennie rano. Inne firmy, tak jak moja, zamierzają uciąć 4 dni z wakacji (nasze związki zawodowe – tak, mamy je jako jedna z nielicznych firm! – ciągle negocjują, daj im Boże zdrowie!). Jak zwykle w Korei rozwiązaniem wszelkich bolączek jest jeszcze dłuższe siedzenie w pracy. I nieważne, że przecież podczas kryzysu roboty jest mniej, że te trzydzieści minut, czy 4 dodatkowe dni w ściekającym potem sierpniu, będzie się po prostu pierdziało w stołek.

30 minut. Niby nic. W ciągu tygodnia jednak robi się z tego już 2,5 godziny, w ciągu miesiąca 10 godzin, czyli 1 dzień roboczy, a w ciągu roku 12 dni!. Licząc średnią stawkę wakacyjną ok. 80USD/dzień tracimy ok. 960USD/rok. A suma ta, dziwnym trafem, prawie w zupełności pokrywa roczną podwyżkę jednego pracownika.

30 minut. Niby nic. Każdy jednak wie, jak cenna o świcie jest każda sześćdzisięciosekundowa minuta. A już w szczególności ci, którzy muszą wstawać przed szóstą rano. Ludzie mają swoje przyzwyczajenia, poranne rytuały i obowiązki wobec rodziny. Ktoś tam robi śniadanie, ktoś ubiera dziecku skarpetki, ktoś robi 20 przysiadów, ktoś karmi kota, ktoś biegnie przyprowadzić samochód. Trzydziestominutowa zmiana, niby przecież nic, ale burzy całą wypracowaną co do minuty harmonię rodzinnego współdziałania o poranku.

Czy można jednak coś na to poradzić?

Tik tak tik tak tik tak...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...