Lwia grzywa



Lubię romantycznie puszyste, lekko kręcone, blond włosy. Zupełnie bezzasadnie za nimi przepadam.

W Korei, gdzie panuje niezachwiana niczym moda na połyskujące, ulizane i nudnie proste włosy (prostowalnica jest nawet dostępna do publicznego użytku w naszej firmowej toalecie), preferowany przeze mnie wygląd wzbudza dziwne poruszenie (a może to po prostu kolor?). Wygląd ten również wymaga ode mnie zakupu szamponów w Europie. Te koreańskie mianowicie, w jakiś zadziwiający sposób powodują, że włosy smutnie opadają na ramiona niczym zmoknięte gałązki płaczących wierzb (żeby nie straszyć piórami przemokniętych kur...).

Dzisiaj przyszłam do pracy w rozpuszczonych włosach. A że od rana przyjemnie mżyło, moje włosy napompowały się miękką mgiełką tworząc lekkie fale.

I tak na wejściu usłyszałam, że wyglądam jak... „bajeczny lew” („fabulous lion”)~~. To od jednego z moich ulubionych koreańskich współpracowników, który skadinąd też stwierdził, że odgłos, który wydaję odgryzając kawałek jabłka jest „cool” (ten mało wyszukany przymiotnik był prawdopodobnie wynikiem ubogiego słownictwa ale zdecydowanie nawiązywać miał do skojarzeń ze świata zwierzęcego). Jak widać mam w sobie nie tylko dzikość serca ale też i wyglądu!  

No to mi chyba tylko pozostało potrząsnąć lwią grzywą na prawo i lewo, ryknąć przeciągle ukazując zdrowe, ostre ząbki i udać się na jakiś pyszny obiad. Jakiś bawołek może?


Porzygać się z wrażenia



W tym miesiącu na zajęcia z języka koreańskiego dołączyła do nas Szwajcarka. Nauczycielka, mimo swojej, nie tolerującej niejasności lub niezrozumienia, błyskawicznej metody nauczania, zdecydowała się na „small talk”. W kilku oszczędnych słowach (byle nie marnować za dużo czasu) podzieliła się z nami swoim wrażeniami z wyprawy w szwajcarskie Alpy.

Patrzę, a tu przede mną przepiękna góra. Idę dalej, a tam jeszcze piękniejszy widok. Gdzie nie spojrzę to dech zapiera. Zezłościło mnie to wszystko, rozbolał mnie brzuch i mało co nie zwymiotowałam. Zbyt ładnie.”...


Trupy na ścieżce zdrowia



Jest niedzielny wieczór. Wracam do domu po partii scrabble u Brytyjki (jakież ona ma dwa przecudne kociaki!) i kolacji u teściowej. Korek. Puszczam hamulec, naciskam, puszczam, naciskam. Rozmyślam...

Okna otwarte, przyjemny wietrzyk, muzyka z radio (w Korei jest tylko jedna znośna radiostacja – ta amerykańskiej bazy...). Nagle moje prawe ucho rejestruje jakieś jednostajne pobrzękiwanie dochodzące od strony rzeki. Jakby przepalające się co chwila żarówki.

Spoglądam w bok i widzę poustawiane w odległości 10 metrów od siebie fioletowe lampy z kuszącą, delikatną siateczką... pod prądem. I rzucające się na nie w euforii światła ćmy, muchy, muszki, komary i inne robaczki. Tylko po to, żeby niespodziewanie dla siebie paść trupem na przebiegającą pod lampami ścieżkę zdrowia dla ludzi. 

Nawet rąk nie trzeba umywać.


Post scriptum do ostatniej notki



Po opublikowaniu ostatniej notki pokazałam kilka zdjęć ze ślubu dziewczynom z pracy (tak, ostatnimi dniami w pracy nie przemęczam się~~). Marina, wiecznie optymistycznie nastawiona Rosjanka, napisała coś bardzo mądrego. Oto jej tekst: 

 “I've already told Anna that these are the most beautiful pictures I've ever seen: everything and everyone - from a cement car* on the street to the single lady there.

Now I know why - that's what I miss the most - LIFE! You see every person to be living, not just existing in the moment...

Everything is REAL, not fake-emotions, congratulations, dance, trees and grass.

I need someone to remind me about all that sometimes, because I'm afraid I forget after several more years here.

LIFE is beautiful!

One more thing. Don't be depressed, assume that you are here for now, but you can change it in the future – no matter when - tomorrow or 10 years later. Since we are here for our husbands (which is equal to our breath or fresh air and happiness), God will appreciate this and will send us to the right directions.

By the way, if you decide to go swimming (and picnic) with us tomorrow - welcome! 

Luv you!!!!!!
Ma


_______________________________
*Tuż przed przyjazdem PWY i gości na plac przed mój dom wjechały dwie ogromne, ryczące cieżarówki z obracającymi się baniakami cementu. Na ich tle grali muzykanci w krwisto czerwonych koszulach i czarnych spodniach (przeatmosferyczne trąbki i te sprawy). Do całego surrealistycznego dosyć obrazu dodać należy autobus dla gości, który okazał się zwykłym podmiejskim trampkiem z napisem „nauka jazdy”. Było naprawdę niezapomnianie – zdjęcia wkrótce.


Poeuropejski jetlag



Powroty po dłuższym pobycie w Europie, a już w szczególności w okresie letnim, przychodzą mi coraz trudniej.

Minął już prawie tydzień a ja wciąż mam jet-lag’a na ciągle szturchających mnie ludzi, na odgłosy wypluwanej flegmy, zaczepiających mnie bezpardonowo ludzi w metrze (ona: „cześć, łał masz okulary CK, chcę być twoją przyjaciółką!”; ja wyrwana z czytania: „że co?”) jednostajnie papryczne posiłki, beznamiętne szarzyzną niebo i nie mogące się przez nie przebić słońce, cukierkową zieleń przerzedzonych zanieczyszczeniem miłorzębów, tłumy ciągle się gdzieś spieszących ludzi...

A już w ogólę nie trawię ponownie dziesięciominutowych dni z PWY. I tego, że w ramach integracji z agencjami musi upijać się w trzy dupy, a potem schodzić do domu o drugiej w nocy śmierdzący soju na dwa kilometry. I że następujące po tym poranki są coraz bardziej trudne. Fizycznie dla niego i psychicznie dla mnie.

Szamoczę się, przestępuję z lewa na prawo niczym dziki tygrys w klatce, zastanawiąjąc się kiedy i czy w ogóle wypuszczą mnie na wolność. 

I co to dla mnie będzie oznaczać...


14 czerwca 2008



Występując w roli panny młodej nie ma się chyba czasu ani mentalnej możliwości, żeby bawić się tak naprawdę, bez opamiętania...


Dopiero później w czterech kątach domu można szczerzyć zęby do ekranu oglądając, jak PWY przyjeżdża pod dom Garbuskiem, jak z roztrzęsienia mylę obrączki, jak to właśnie ja, podczas jego obietnicy, zakładam mu na palec obrączkę a nie na odwrót, jak już na samym końcu plączą mi się słowa, jak każdy składa nam życzenia tak bardzo szeroko się uśmiechając no i całą resztę głośnych klaksonów, szalonych tańców z czerwonym boa, gorzkiej wódki, soczystej szynki, słodkich tortów i ściągniętych po kolana portków. 

Pewnie i standard ale bawię się na całego szczerząc bezwiednie te swoje zęby przez pełne 4 godziny... Było naprawdę pięknie!

No i drugi dzień i już bardziej zrelaksowane chwile w gronie dawno nie widzianych przyjaciół. Przy drewnianym wigwamie, w pełnym słoneczku, w zaciszu soczystej zieleni tuż za plecami, polską dobrą muzyką w tle, trzaskającym wesołymi iskrami ogniskiem i lodówką pełną najrozmaitszych trunków. I to uczucie błogości, które ogarnia mnie pierwszy raz od bardzo bardzo dawna już tylko patrząc na drogie mi twarze. I te wspominki z różnych etapów mojego życia, każdego najważniejszego, każdego innego bo naznaczonego wewenętrznymi poszukiwaniami. I te rozmowy o wszystkim i o niczym. Salwy śmiechu i w końcu dzikie tańce. W takich chwilach wydaje mi się, że jestem najszczęśliwszą osobą na całym świecie. Czuję się uprzywilejowana bo znam ludzi, których znam, bo mam taką rodzinę, jaką mam, bo przydarzyły mi się takie, a nie inne rzeczy...

I że w ogóle jestem na tym pięknym świecie właśnie teraz. 
W tym momencie...







Więcej zdjęć tutaj.

_____________________________________
Ps. KTO mi dał płytę HEY????





Pan Chark



To nie jest takie proste splunięcie i już. Zwykłe odessanie śliny i jej ukradkowe pozbycie się gdzieś do kanału.

To o wiele bardziej skomplikowany proces, pociągający za sobą konieczność uruchomienia ukrytych siatek mięśni, a nawet zaangażowania niektórych organów wewnętrznych. Ba! Czasem mam wrażenie, że jest to jedna z niewielu rzeczy, w którą Koreańczycy szczerze angażują całą swoją duszę! Wydobyty z podejrzanych komór ciała surowiec również jest bardziej skomplikowanej natury niż jakaś tam byle jaka ślina.

Tak więc najpierw następuje głęboki wdech i wstępne przefiltrowanie gardła. Ledwo uchwytny moment refleksji nad tym, co ma za chwilę nastąpić. Następnie do gry przystępują mięśnie. Klatki piersiowej, ramion a przede wszystkim brzucha. Chwila koncentracji, wsłuchanie się w rytm płuc, głęboki wdech i dramatyczna walka z zalegającą skrzela flegmą. Żeby tylko wydobyć ją w jednym jak najdorodniejszym kawałku. Jak każdemu wysiłkowi towarzyszyć temu musi gwałtowany skok ciśnienia owocujący trwającym ułamek sekundy wytrzeszczem oczu. No i dźwięk, którego z niczym innym pomylić się nie da. Ten niesamowity chark, wydobyty siłą całego swojego jestestwa z najgłębszych pokładów trzewi. Dźwięk, na odgłos którego całe piętro w mojej pracy zamiera. Sroka za oknem również.

I oto jest. Żółta lub zielona, o galaretkowatej konsystencji i zadowalającej gabaryturze. 

Plusk. 

Do kubeczka po kawie. 
Albo do wspólnie używanego kosza na śmieci.

Wspólnie, bo przeze mnie i przez niego...


Śmierć w saunie


Po sobocie spędzonej w pracy wybrałam się z PWY na saunę. Sauna jak to sauna – moczenie nóg w gorących bąbelkach, zakopywanie się w rozgrzanych kryształach soli, kilkuminutowe pocenie się w żarze pieca z pachnącymi deskami sosny w środku, dłuższe poty w saunach z ziółkami, glinkami, minerałami, odświeżanie w lodowej komorze... Idealne miejsce do odstresowania wydarzeń ciężkiego tygodnia.

Wszystko byłoby świetnie gdyby nie telewizja, kórej na co dzień w domu nie mamy. Nieszczęśliwym trafem, w czasie odpoczynku między jedną sauną a drugą, kupiliśmy sobie coś na kształ lodów i w czasie ich zajadania razem z innymi zaczęliśmy śledzić program o... raku żołądka. Temat już sam w sobie niezbyt sprzyjał atmosferze odpoczynku ale stwierdziłam, że w sumie to o raku żołądka wiele nie wiem więć może czegoś się nauczę (w Korei rak żołądka jest jednym z najczęstszych przypadków raka; myślę, że w dużej mierze wina to okrutnie ostrego jedzenia i niespożytych ilości alkoholu, które tutaj się wypija).

Moje oczekiwania były proste. Chciałam się dowiedzieć o powodach, sposobach leczenia, przebiegu oraz statystykach związanych z tego rodzaju rakiem. Zamiast tego poczęstowano mnie traumą, z której otrząśnięcie zajęło mi kilka dni...

W czasie ciąży u trzydziestoletniej kobiety wykryto raka żołądka. Miała ona do wyboru aborcję i natychmiastowe przejście intensywnego leczenia bądź donoszenie ciąży i niewiele szans na przeżycie. Wybrała to drugie. Najwidoczniej z powodów finansowych (bo innych nie potrafię sobie wyobrazić)  matka i mąż dziewczyny zdecydowali się wyrazić zgodę na obecność sępów telewizyjnych podczas ostatnich miesięcy jej życia. Dzięki temu właśnie mogłam być świadkiem przeobrażania się ślicznej dziewczyny w wijące się z bólu, nie mające kontaktu z rzeczywistością resztki człowieka. Kamera nie oszczędzała nikogo i niczego: brzuch pełen cieczy i jej odsączanie na żywca, krwawienie podczas załatwiania się, toczenie się w zupełnym zgięciu do recepcji i błaganie o kolejną dawkę morfiny.... no i przede wszystkim sam ból. Ból tak wielki, że wykrzywia twarz w jeden wielki do nikogo nie podobny grymas, swoją intensywnością hamując jakąkolwiek możliwość wydania przynoszącego ulgę krzyku. Taki ból jest chyba najwyższą formą samotności.

Dziewczyna w końcu umiera. Ale nie tak napisami z datą, godziną jej śmierci i filozoficzną retrospekcją... Umiera na moich oczach. Leży na boku, zlepione włosy, niewidzące ogromne oczy, matka obok. W pewnym momencie podrywa się na łóżku, patrzy w około, z powrotem kładzie się i widzę, po prostu widzę - ja, zupełnie obca, przypadkowa osoba zajadająca lody w saunie - jak jej oczy tracą blask. Na Boga, jakie mam do tego prawo? Następuje stwierdzenie zgonu przez lekarza, zawodzenie matki, bicie pięściami w ścianę męża... Wymarzony kurwa sobotni wieczór.

Ja tego po prostu nie rozumiem. Nie potrafię i chyba nawet nie chcę zrozumieć, dlaczego Koreańczycy lubują się w wybitnie kreatywnym tworzeniu i przeżywaniu największych życiowych dramatów („życie musi być ciężkie”). I nie rozumiem dlaczego nie potrafią wykrzesać zwykłego ludzkiego, naturalnego (nie kontrolowanego hierachią czy całą resztą społecznych zasad) odruchu poszanowania dla życia drugiego człowieka. Jak można z tragedii drugiej osoby robić operę mydlaną? Bo to naprawdę opera mydlana była (Koreańczycy nie używają określenia „soap opera” tylko „drama”; i słusznie jeżeli wziąć pod uwagę aktorki ryczące w pięciominutowych odstępach) – nie dowiedziałam się niczego o samej chorobie, a przez następne trzy dni musiałam walczyć z podłą depresją próbując wymazać z pamięci ten niknący z oczu blask. 

Uważam, że to poważny problem/ułomność Koreańczyków. Jakieś takie zagubienie w odczuwaniu nie wymuszonej empatii, zupełny brak taktu, przekonanie o moralnej wyższości cierpienia i pewnej nieprzyzwoitości w byciu szczęśliwym oraz traktowanie ludzkich dramatów jako pożywki dla codziennych rozmów przy kawie (dla własnego zdrowia psychicznego nie będę już nawet wspominała o kolejnym przykładzie takowej, która miała miejsce wczoraj...). Przywołuje mi to na myśl osoby, które czują potrzebę oglądania zdjęć z najbardziej masakrycznych wypadków - u niektórych ludzi jedynie ekstremalne bodźce potrafią wywołać ludzkie odruchy, co w rezultacie daje takiej osobie poczucie przynależności do przymiotnika "ludzki". A to już wydaje mi się krok od jakiejś choroby psychicznej.

I tak. Może i podeszłam do tematu zbyt emocjonalnie i jednostronnie. Ale od sobotniego wieczoru jestem znowu na bakier z Koreańczykami. I kondycja ta do chwili obecnej nie chce mi przejść...



30USD za 118km/h




Przyszedł wczoraj. Na romantycznie różowym papierze, z ślicznym ujęciem samochodu, rozpiską co, gdzie i jak, oraz o której godzinie. Pełna kultura.

Mój pierwszy w życiu mandat. Za 30 dolarów.

W Korei system nawigacyjny kupuje się z trzech powodów. Pierwszy to najbardziej chyba na świecie powikłany system dróg, autostrad, mostów i tuneli. Drugi powód to precyzyjność takiego systemu oraz natężony ruch uliczny, którego taki system pozwala uniknąć (rzeczywista analiza sytuacji na drogach). Trzeci powód to porozstawiane co jakiś czas kamery, które automatycznie załatwiają sprawę naszych policjantów z suszarkami, a przed którymi system taki ostrzega.

W opisywanym przypadku najwyraźniej ostrzegł mnie za poźno albo to właśnie wtedy próbowałam sił samochodu i ciężko było wyhamować ze 160km/h (PWY oczywiście musiał wtedy spać...). No cóż, dokładnie nie pamiętam jak to było ze mną 1 maja o godzinie 10:58:37...



Pasażer jest obecnie standardowo wymazywany z ujęcia, ponieważ w przeszłości dochodziło do zbyt wielu pozwów o spowodowanie rozpadu rodziny. Często okazywało się bowiem, że siedzącą obok kierowcy kobietą wcale nie była żona...

Ciężka noga kierowcy w takim towarzystwie nie dziwi~~.


Akacje



W Korei zakwitły akacje. 

Tuż u podnóża góry Surak (수락산), gdzie mieszka mama PWY, słodki zapach obrzmiałych białym kwiatem drzew upaja zmysły podczas wieczornego spaceru.

Wiatr falami zanosi zapach do wnętrz domów dobrotliwie zatrzymując na chwilę czas.

Głęboko oddycham, żeby nie zapomnieć.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...