Czas na kimchi


Na osiedle zajeżdżają długo oczekiwane ciężarówki z kapustą pekińską (배추/baechu). Okres kiszenia kimchi (김치), tzw. kimjang (김장), zostaje oficjalnie otwarty. Panowie sprawnie roznoszą pod drzwi mieszkańców zamówione dużo wcześniej worki z zielonymi główkami. Każdy ogląda swój towar, jakby od niechcenia porównując go z tym stojącym przed mieszkaniem sąsiada. Przyrządzanie kimchi, nieodzownego dodatku każdego koreańskiego dania, jest w końcu jednym z najważniejszych wydarzeń kulinarnych w roku, a jakość przystawki w znaczącym stopniu wpływa na samopoczucie Koreańczyków przez cały nadchodzący rok konsumpcji. Dobre kimchi to podstawa dobrego dnia i powód dumy koreańskich gospodyń domowych. 

Najpopularniejszy rodzaj kimchi: baechu kimchi
(podobno istnieje ponad setka rodzajów tej przystawki).
<Źródło: Wikipedia>

Zakasujemy rękawy, robotę czas zacząć. Każdą z główek kapusty kroimy wzdłuż na pół lub cztery części w zależności od wielkości warzywa, a następnie porządnie obmywamy je w wannie. Kapustę zostawiamy na ok. 12 godzin w mocnym roztworze solnym, żeby liście zrezygnowały ze swojej buńczucznej chrupkości i przyjęły bardziej elastyczną postawę pomocną w późniejszym formowaniu z niej zgrabnych kłębków. Zmarszczoną już solą kapustę przepłukujemy ponownie wodą i odkładamy do czasu obróbki papryczną marynatą przygotowywaną w międzyczasie. (Teściowa wiedząc o mojej tendencji do zapisywania tego rodzaju wspomnień biega po domu robiąc fotki.) 

Posiekana kapusta pekińska (baechu).
<Źrodło: Mama PWY>

Góry kapusty pekińskiej już po moczeniu
w wodzie z solą.

<Źrodło: Mama PWY>

Ostra zaprawa do kimchi, tzw. yangnyeom (양념), bazuje na sproszkowanych papryczkach chilli, do których dodajemy całe spektrum warzyw, owoców morza i sosów. W zależności od tradycji rodzinnych, ale też i regionu Korei składniki te przyjmują najróżniejsze wariacje. Pośród nich znaleźć można: koreańską rzodkiew mu (무), cebulę, szalotkę (쪽파/jjokpa), pietruszkę japońską (미나리/minari), liście chryzantemy jadalnej (chrysanthemum coronarium) (쑥갓/ssukgat), zmiażdżone ząbki czosnku, zieloną część czosnku bulwiastego (부추/buchu), posiekany na cienkie plasterki imbir, anchois, malutkie piklowane krewetki (새우젓/saeujeot), sos rybny z rodziny dobijakowatych (까나리액젓/kkanariaekjeot), a czasem nawet zmielone koreańskie gruszki. Niektórzy dodają też na koniec ostrygi, ale tego rodzaju kimchi trzeba dosyć szybko zjeść, w przeciwnym razie można się rozchorować. Jak widać, żeby przygotować porządną marynatę do kimchi trzeba się nieźle naobierać, naszatkować i namieszać... 

Niektóre ze składników do przygotowania baechu kimchi.
Na pierwszym planie koreańska rzodkiew mu (무).
<Źródło: Mama PWY>

Przygotowana już zaprawa do kimchi.
<Źrodło: Mama PWY>

Na sam koniec pozostaje nam tylko założyć wielkie gumowe rękawice i listek po listku wysmarować warzywo w paprycznej masie. Przygotowany w ten sposób głąb kapusty układamy w miły oku kłębuszek i umieszczamy w szczelnych plastikowych pojemnikach, w których kimchi będzie sobie spokojnie fermentowało przez następny rok, składowane w specjalnej lodówce przeznaczonej wyłącznie do tego celu. Tradycyjnie kimchi przechowywało się w wielkich glinianych dzbanach umieszczonych w ziemi, a lodówka do kimchi ma te warunki (m.in. temperaturę, czy obieg powietrza) w pełni odzwierciedlać. Jej szczęśliwą zaletą jest też ochrona przed dosyć specyficznym zapaszkiem fermentującego kimchi, nie przez wszystkich jednakowo przyswajalnym.

Specjalna lodówka na kimchi.
<Źródło: blog.asianhotels.com>

Przygotowywanie kimchi na cały rok to ciężka robota. Podobnie jak wszyscy Koreańczycy, dzień zmagań wieńczymy z teściową i PWY zajadając bossam (보쌈), czyli wieprzowe plastry mięsa przyrządzone na parze i zawinięte we właśnie co zrobioną przystawkę. Wszystko nas boli, w milczeniu oceniamy szkody wyrządzone przez wżerający się w ubranie papryczny sos (nie do sprania!). Po chwili czujemy już jednak rozchodzące się po ciele ciepło alkoholu ze śliwek, który ponad 5 lat temu, jeszcze przed naszym ślubem, zrobiła teściowa. Z pełnym żołądkiem i miłym szumem głowy rozluźniamy się i opowiadamy sobie różne historie. Do drzwi dzwoni sąsiadka (ta sama, która robiła kiedyś pionowy szpagat na lodówce mojej teściowej) i częstuje nas kilkoma główkami swojego własnego, świeżo przyrządzonego kimchi. Odwdzięczamy się tym samym, czym w końcu czynimy zadość ostatniej tradycji związanej z przyrządzaniem koreańskiej kiszonki. Wygrzewając obolałe członki na elektrycznym kocu przed ogromnym telewizorem teściowej sezon kimjang 2012 ogłaszam za zakończony. 

Ja i PWY podczas wcierania marynaty w liście kapusty.
<Źrodło: Mama PWY>


Przepis na kimchi dla każdego: http://www.wikihow.com/Make-Kimchi



Anipang


Gierka jest naprawdę niepozorna. W ciągu minuty trzeba połączyć w horyzontalną lub wertykalną triadę identyczne głowy zwierzaczków za co otrzymuje się punkty. Schemat stary jak świat. Dlaczego więc gra ta w ciągu zaledwie 74 dni podbiła serca aż 20 milionów Koreańczyków (70% użytkowników wszystkich smarfonów), spośród których połowa czuje wewnętrzny przymus, żeby wrócić do niej przynajmniej raz dziennie?


Anipang - sposób gry


Powodów jest kilka. Najpoważniejszy to ten mający podłoże w chorobie trawiącej koreańskie społeczeństwo – jest nim zaciekła rywalizacja między ludźmi na wszystkich możliwych polach. Anipang, bo tak nazywa się aplikacja, podczepiony jest pod bardzo popularny komunikator Kakaotalk, którym posługuje się większość Koreańczyków (swoją drogą świetny programik – polecam!). Dzięki takiemu rozwiązaniu każdy użytkownik może porównać swój wynik ze wszystkimi „kontaktami” w swoim telefonie. A to z kolei spędza każdemu sen z powiek – dosłownie. Sześć milionów uczniów szkół podstawowych gra w Anipang w czasie lekcji ale też i po nocach, ponieważ miejsce w rankingu stanowi o pozycji podlotka na forum klasy. Ci bardziej dojrzali (?) obmyślają strategie, które pozwolą na uzyskanie lepszych rezultatów: w internecie można znaleźć instruktaż odnośnie najskuteczniejszych taktyk parowania tych samych bloków, ale również i najbardziej efektywnego sposobu trzymania telefonu podczas gry (!); ktoś sprawdził nawet, że dwie osoby grające razem na jednej planszy uzyskać mogą o wiele więcej punktów. Seniorzy też dali się wplątać w szał współzawodnictwa do czasu, gdy niektórzy z nich zaczęli uzyskiwać ponadprzeciętne wyniki – okazało się, że koreańscy dziadkowie poszli po rozum do głowy i kazali swoim bardziej sprawnym potomkom nabijać punkty w ich imieniu. Obecnie nawet PWY musi od czasu do czasu podwyższyć miejsce swojej mamy w ogólnej klasyfikacji tak, żeby nie musiała się wstydzić przed koleżankami (konieczność posiadania torebek Louis Vuitton itp. opiera się na identycznym schemacie mentalnej presji). Innym szatańskim chwytem programistów jest ograniczenie gry do jednej minuty. Oznacza to, że już po chwili uzależniony delikwent może rozpocząć grę zupełnie od nowa, a co za tym idzie w krótkim odstępie czasu otrzymuje on kolejną szansę pobicia swoich przeciwników. Ma tu zastosowanie kuszący mechanizm „może tym razem się uda”. Diabelską sztuczką jest też resetowanie wszystkich wyników co 7 dni – w ten sposób każdy ponownie otrzymuje szanse na medal w kwalifikacji. I tak w koło Macieju.

  
Instruktaż odnośnie najefektywniejszego
trzymania telefonu


Anipang zasiał ferment w koreańskim społeczeństwie. Aplikacji używa się w środkach komunikacji publicznej (kłaniają się długie godziny dojazdów do / z pracy) oraz w domu (niewielu Koreańczyków wie, jak zagospodarować swój wolny czas – mężczyźni najczęściej oglądają telewizję lub śpią). Po zużyciu pięciu serduszek odczekać należy 8 minut, żeby uzyskać nowe „życie” chyba że nowym serduszkiem wspomoże przyjaciel – znajomi nękają się przez Kakaotalk prośbami o nadsyłanie nowych „żyć” lub zapraszają niezrzeszonych do gry, za co w nagrodę otrzymują upragnione serduszka. Często ma to miejsce w nocy, kiedy ludzie spokojnie śpią. Ci, którzy nie mają ochoty uczestniczenia w tym amoku konkurencji muszą ściągnąć aplikację tylko po to, żeby być w stanie zablokować podobne prośby. Do niedawna wersja Anipang na Iphone nie była dostępna więc miłośnicy urządzeń Apple byli absolutnie bezradni wobec podobnych wiadomości.


Screenshot tabeli rankingowej

Obsesyjna potrzeba dążenia do osiągnięcia jak najwyższego miejsca w rankingu oraz negatywny wpływ na codzienne funckcjonowanie jednostek są na tyle poważne, że 20 listopada koreańskie Ministerstwo Równości Płci i Rodziny (Ministry of Gender Equality and Family) ogłosi swoją decyzję odnośnie włączenia Anipang na listę gier uzależniających („addictive game list”). Jak na razie Ministerstwo nie ma planu, żeby nakazać zamknięcie gry, ponieważ regulacje tego rodzaju odnoszą się tylko do uzależniających gier komputerowych, a nie aplikacji mobilnych.

Starsza pani (ok. 60 lat) grająca
w Anipang w metrze (zdjęcie wykonane
 przez Leszka Moniuszko)

Tymczasem na rynku pojawiła się nowa gra zakotwiczona w Kakaotalk, Dragon Flight, która powoli bije rekordy popularności swojej poprzedniczki. Tak, jak Anipang jest to bardzo prosta gierka, znana chyba każdemu z tradycyjnych gier video, polegająca na zabijaniu nadlatujących z góry obiektów. Różnica jest taka, że w Korei autorzy tej gry zarabiają 150 000 000 KRW (ok. 450 000 zł) na... dzień, co chyba najdobitniej obrazuje powagę problemu...



Rozmowa kwalifikacyjna


Zamykają za sobą drzwi z grobowo poważnymi minami. Truchtem ustawiają się naprzeciwko. Jeden wydaje komendę, po której następuje synchroniczny ukłon do pasa. Siadają w fotelach. Ręce oparte na kolanach, wyprostowana sylwetka, twarz pozbawiona emocji. Nadszedł czas walki o wszystko, albo nic. Czekają na pytania.

Po odsłuchaniu kilkudziesięciu książkowych „self-introduction” oraz wyuczonych na pamięć, przepełnionych frazesami hymnów na cześć firmy, dla której pracuję, zaczynam wierzyć, że DSME jest najwspanialszą firmą na świecie („the best company in the world”)... i że wszyscy młodzi Koreańczycy są zapaleńcami piłki nożnej („Do you know Park Ji Seong?” po raz trzydziesty czwarty; jeszcze chwila i zacznę sobie rwać włosy z głowy...). Robi się markotno, nie pomaga nawet stos ciastek i cukierków, ani tony darmowej kawy z kawiarni na dole. Razem z Jasonem, Kanadyjczykiem, który tak jak ja został poproszony przez HR o przesłuchanie ponad 400 kandydatów na stanowiska w naszej firmie, decydujemy się zmienić taktykę. Kierujemy się jedynie własnym zdrowiem psychicznym, ale rezultaty przekraczają nasze najśmielsze wyobrażenia.

Na początku doświadczamy różnych reakcji. Ci bardziej spięci, którzy szczerze wierzą, że rozmowa kwalifikacyjna to walka o śmierć i życie, dostają najczęściej nerwowych skurczów twarzy. Jakiś zdradziecki mięsień pod okiem lub w okolicach ust zaczyna niekontrolowanie drgać denuncjując umysłowy paraliż delikwenta (tzw. menbung / 멘붕). Są na skraju paniki – na ich przypudrowane czoła wychodzi zimny pot, wzrok zmienia status z „pewnego” na „rozlatany”. Inni z niedowierzaniem wpatrują się w nas trawiąc przez kilka sekund pytanie, po czym wybuchają nerwowym chichotem. W obu przypadkach dajemy kandydatom trochę czasu na dojście do siebie. Jak rodzice cierpliwie tłumaczymy, czego oczekujemy, podajemy przykłady, stroimy żarty, dajemy w końcu 30 sekund do namysłu. A zadanie jest przecież takie proste: chcemy, żeby opowiedzieli nam o czymś, co uważają, za swoje największe osiągnięcie życiowe, coś z czego są szczególnie dumni, lub coś co świadczy o ich ponadprzeciętności (temat piłki nożnej jest zakazany, chyba że byli na piwie z Park Ji Seongiem). Domagamy się od nich niezwykłości, wyjścia poza szufladki zapełnione po brzegi rupieciami z dobrych ocen, a to wprawia ich w widoczny popłoch. Przynajmniej na początku.



Koreańczycy są jednym z najwyższych narodów Azji.
Aż zrobiłam sobie zdjęcie z chłopcami, którzy mają
ok. 190cm wzrostu.
Kolega po lewej wspinał się na Annapurnę, a ten po
prawej kierował ruchem helikopterów


Nasza dociekliwość konsekwentnie naoliwia z lekka zardzewiały już mechanizm skrzydeł. Z każdym kolejnym pytaniem skrzydła te rozwijają się zajmując coraz więcej miejsca. Kandydaci w końcu łapią wiatr i odlatują zapominając o właściwym celu swojej wizyty. Z rozgorączkowaniem opowiadają o swoim życiu, deklamują wiersze po japońsku, płynnie mówią po włosku lub chińsku („Pogoda jest piękna, ale ty jesteś dwa razy piękniejsza”), tańczą (breakdance, popping dance), lub uczą nas tańczyć (shuffle dance, moonwalk), śpiewają (Metallica, Michael Jackson, gospel, a nawet pansori), lub każą nam śpiewać (Janis Joplin), grają na wirtualnych bębnach lub w wirtualnego ping ponga (przegrywam...). A potem roześmiani, ale też trochę rozgoryczeni, że to już koniec („I could never imagine!”) wychodzą przyklepując zwichrzone piórka, z wypiekami na twarzy, potykając się o siebie. Pozbawieni kaftanu bezpieczeństwa zszytego z konwenansów. Nadzy i wspaniali.



Inżynierowie próbowali wytłumaczyć nam różnicę
między "elasticity" i "plasiticity". Koncepcyjnie niestety
nie podołali..., a przecież to względnie prosty koncept.


A oto kilka przykładów śmietanki (być może kogoś one zainspirują), z luźnym podziałem na kategorie:


1.       Wolontariat
  • odbudowa Haiti po tsunami razem z ojcem, właścicielem firmy budowlanej
  • odbudowa wybrzeży Indii po tsunami, moralne wspieranie poszkodowanych w szpitalach
  • budowanie wałów przeciwpowodziowych we Francji (dziewczyna)
  • wiele przykładów pracy wolontarystycznej w ramach Habitat for Humanity


2.     Praca
  • 7 miesięcy w Kuwejcie przy budowie elektrowni w ramach stażu u naszej konkurencji
  • staż w organizacji pozarządowej polegający na pracy badawczej na wysypiskach śmieci w Indiach, Turcji i Egipcie („It was smelly”)
  • dowodzenie ruchem helikopterów z wieży kontrolnej
  • rok opieki nad niemowlakami w żłobku (chłopak)
  • zarządzanie renowacją motelu swoich rodziców („The toughest thing in my life”) – 5 pięter, 27 pokoi


3.     Podróże
  • 7 miesięcy w Kenii, dorabianie na podróż nauką matematyki i taekwondo w jednej z misjonarskich szkół
  • podróż do Indii bez absolutnie żadnego przygotowania („I was too busy at school. I just took a plane.”) i 27-godzinny przejazd pociągiem w kierunku pustynii bez kropli wody, jedzenia lub pójścia do toalety („I had no idea it will take 27 hours...”)


4.     Projekty
  • projekt laski dla niewidomych z sensorem kierunkowym, który wysyła do prawego lub lewego ucha sygnał o przeszkodzie
  • patent na zarządzanie zgubionym smartfonem; zdalnie można ściągnąc wszystkie dane, ale także zmieniać hasło dostępu do urządzenia, co skutecznie blokuje możliwość sprzedaży urządzenia przez złodzieja)
  • papierowa łódź z kartonów mleka (od wewnątrz pudełka te mają wodoodporną powłokę) napędzana wiosłami z trzonów papierowych ręczników wypchanych papierem dla twardości – przepłynięcie nią rzeki Han
  • oświetleniowe wskazywanie najbliższego miejsca do parkowania w wielkich marketach (pełna optymalizacja całego ruchu)
  • producja filmu dokumentalnego na temat: „Gdzie podziewają się zwłoki gołębi?” – pytanie pozostało bez odpowiedzi


5.     Kształtowanie charakteru
  • 7 miesięcy sprzątania toalet w Australii („It was terrible”), żeby zarobić na dwumiesięczną podróż po kontynencie
  • 450-kilometrowy marsz wokoło Korei z 40-kilogramowym plecakiem (30km/dzień) („It was terrible”)
  • 3 lata pracy na wózku widłowym w TESCO, żeby opłacić własne studia
  • wyprawa na Annapurnę bez przewodnika lub bagażowych („I don’t really like mountains. I just wanted to check whether I can do it”)
  • wyjazd do Nowej Zelandii w celu uzyskania inspiracji od byłego menedżera funduszy, który rzucił pracę i założył farmę strusi (decyzja o wyjeździe podjęta po zobaczeniu filmu dokumentalnego w telewizji)
  • świetny angielski z kalifornijskim akcentem bez jednego nawet wyjazdu za granicę: samodzielna nauka przed lustrem – też gestykulacji i sposobu bycia – wszystko po to, żeby mieć dostęp do globalnej wiedzy na temat astrofizyki
  • wyprawa rowerowa z Seulu do Seokcho przez góry Seoraksan: 9 godzin bez jednego zejścia z roweru („Last 3km on a hill were the worst. I thought I was dying”; „From that experience I know I can do anything”.)


6.     Hobby
  • audiofil: odlał sobie w gipsie formę ucha, żeby firma precyzyjnie dopasowała mu słuchawki
  • dziewczyna trenująca 10 lat kendo („I usually win, also with boys, but they don’t know that I am a girl”)
  • producent R&B: w następnym roku wydany zostanie jego pierwszy krążek
  • inżynier-romantyk, który długopisem pisze listy do swojej dziewczyny i wysyła je pocztą; w wolnych chwilach lubi „piłowanie metalu” (nie starczyło nam już czasu, żeby dopytać się, co ma dokładnie na myśli)


Nie obyło się też bez sytuacji absurdalnych, kiedy to naprawdę ani ja, ani Jason, nie byliśmy w stanie zachować już powagi – po dziesiątkach rozmów jakaś zapadka w mózgu niebezpiecznie odchyla się w kierunku języczka „filuteria” i nic już nie można na to poradzić. Kilka razy naprzemiennie musieliśmy chować się pod stołem z powodu wstrząsających naszymi ciałami konwulsji śmiechu. Oto przykłady:


Pytanie:                 Do you know the name of Busan mafia?
Odpowiedź:            Ok. Let me introduce myself.

Pytanie:                 How do you relieve your stress?
Odpowiedź:            I have a girlfriend.

Pytanie:                 How are you?
Odpowiedź:            I am single.

Pytanie:                 What was the highlight of your 7-month stay in England?
Odpowiedź:            I got my English name “James”.

Pytanie:                 What do you do in Maryland?
Odpowiedź:           Crap!! (dziewczyna miała na myśli, że jada się tam kraby, czyli   

                            „crab”, a nie „crap”, czyli robi... kupę)


Doświadczenie, które miało być dla mnie drogą przez mękę, dało mi mnóstwo pozytywnej energii. Koreańscy dwudziestoparolatkowie – przynajmniej ci, których poznałam – to ludzie nieprzeciętni. Wystarczy tylko podłubać chwilę, przebić się przez skorupę wystudiowanego formalizmu, a światło dzienne ujrzy cała plejada niezłych charakterków. To ludzie, którzy jeżeli tylko odpowiednio ukierunkowani, mogą podbić świat. Teraz rozumiem, jak wielka jest między nimi konkurencja i cieszę się, że jestem już poza jej zasięgiem. Przynajmniej na razie...




Dość już Kangnam Style



Martwi mnie kult badziewia. Smuci tłum ślepo drepczący w pędzie ku bylejakości. Drażnią manipulanci, którzy następnie tę owczą masę ujeżdżają na wszystkie możliwe strony, jak tylko chcą. Ku własnej uciesze i wymiernej korzyści.

Ot, krzywo podskoczył, wydobył z gardła kilka pohukiwań, pokręcił się głupawo wokół długonogich panienek, a świat w odpowiedzi oszalał. PSY osiągnął to, czego wielkie koreańskie wytwórnie ze swoimi bezlitośnie tresowanymi gwiazdami nie były w stanie dokonać przez długie lata – wspiął się na Olimp świata rozrywki. Ot tak sobie, sprawczą ręką bałwochwalczego tłumu.




W samej Korei popularność „Kagnam style” bazuje najprawdopodobniej na tęsknocie młodszej części społeczeństwa za głębszym oddechem, oderwaniem się od wszystkiego, co przynosi zatwardziały konfucjanizm; powodzenie przeboju to wynik chęci uwolnienia się od narzuconych ideałów, których nie sposób osiągnąć, a do których w tym niezwykle homogenicznym społeczeństwie i tak trzeba dążyć. To przejaw wewnętrznej potrzeby młodzieży, a nie rewolucyjny zamysł PSY. Jego dalece odbiegający od lansowanych wzorów wizerunek jest niczym więcej, jak przypadkowym narzędziem burzącego się pokolenia. Pamiętajmy, że „artysta” sam przyznaje, że „jest jedynie grubym, nie za przystojnym facetem”. Najwyraźniej sam nie za bardzo wie, o co w tym wszystkim chodzi.

Większość fanów z zagranicy ulega czarowi chwytliwej melodii, rytmu i samego tańca. To największa grupa ludzi, która odstawiając kabaret z PSY, chce choć na chwilę zapomnieć o codziennych troskach. Nic w tym chyba zdrożnego, jeżeli tylko zachować zdrowy rozsądek. Są też tacy, którzy bez pomyślunku „lajkują” albo „szerują” piosenkę po to, żeby broń Boże nie pozostać w tyle za muszącą mieć przecież rację większością. Albo tak na wszelki wypadek, nic to przecież nie kosztuje (a może jednak?). Dzięki owczemu pędowi PSY osiąga (ku lekkiemu zniesmaczeniu takich <chwilowych> cyników, jak ja) tzw. „tipping point” – marzenie każdego aspirującego do roli bożyszcza – kiedy to lawiny popularności nic już nie jest w stanie powstrzymać. Od tej pory wszyscy mogą już tylko słuchać, produkować kolejne analizy fenomenu (vide ja), tańczyć (jak mu zagrają) i tak w kółko, niemalże jak niewolnicy: wystarczy spojrzeć na Britney Spears, czy Nelly Furtado – dziewczyny nie wyglądają za zbyt rozentuzjazmowane okolicznościami, w których się znalazły (w przeciwieństwie oczywiście do uchachanej publiczności). Mało tego! „Kangnam style” zyskuje na tyle krytyczną masę, że zaczyna być instrumentem nawet w amerykańskiej kampani prezydenckiej (patrz video poniżej). To oraz różne wykonania i interpretacje hitu są konsekwencją wirusa „tipping point”, wzajemnym masażem między PSY, a jego naśladowcami, którzy w zamian za dalsze rozsławianie melodii promują siebie i swoje poglądy. I tak to się sprytnie kręci.




Ostatnio pojawiają się opinie ludzi, którzy w szlagierze „Kagnam style” doszukują się jakiejś ideologii, charakterystyki koreańskiego społeczeństwa, ważkiego przesłania. Osoby te albo nie przeczytały ze zrozumieniem tekstu piosenki, albo świadomie płyną na przyjaznych wodach popularnego utworu. Kawałek PSY ma być rzekomo kpiną z nowobogackiego stylu zamieszkujących dzielnicę Kangnam lub Apkujeong, aktywnym sprzeciwem wobec przywiązania do pieniądza jako elementu wyznaczającego status w społeczeństwie. W usta PSY wkłada się frazesy typu „pieniądze nie dają szczęścia”, „spełnienia trzeba szukać gdzie indziej”. I to wszystko ma pochodzić od osoby urodzonej, a jakże by inaczej, w Kangnam. Od tego samego PSY, który ze względu na swój status prawie co wymigał się od dwuletniej służby wojskowej (sąd skazał go na dodatkowe dwa lata – koszmar wszystkich koreańskich mężczyzn!), dzięki pieniądzom rodziców studiował w Bostonie/USA oraz który masowo kręci kolejne intratne reklamy przyprawiając niezaangażowanych śmiertelników o gwałtowne mdłości z powodu na okrągło memłanego refrenu. I który dalej nie wie, o co właściwie chodzi więc na wszelki wypadek duszkiem wypija butelczynę soju pod czujnym okiem zgromadzonego na koncercie tłumu.

Już dość, naprawdę dość. Zeskoczmy z prawie na śmierć zajeżdżonego już konia i w końcu przyznajmy, że KRÓL JEST NAGI!

I postarajmy się być bardziej odpowiedzialną publiką. To nie boli.






Radiowa Trójka w Korei


Dziennikarze Programu 3 Polskiego Radia, Katarzyna Borowiecka (publicystyka) i Marcin Pośpiech (wiadomości) zdecydowali się na wizytę w Korei. Miałam dużo szczęścia, że skontaktowali się właśnie ze mną - świetni ludzie, urzekający niskimi radiowymi głosami i swoją piękną polszczyzną (aż mnie skręcało z żalu nad własnym sposobem wysławiania się - tym razem zamiast "tak naprawdę" ciągle powtarzałam "tak jakby", zgroza... ). Miałam też szczęście z tego powodu, że na nowo odkryłam Trójkę. To jest dokładnie ta jakość, której brakowało mi w innych rozgłośniach - aplikacja na smartphone załadowana.

Kasia i Marcin nagrali mnóstwo materiału i w Seulu i w Busan, rozmawiając z Koreańczykami (wkręcił się nawet PWY, ale rozmówcami byli też przedstawiciele trochę młodszego pokolenia - patrz zdjęcie poniżej) oraz mieszkającymi tutaj obcokrajowcami. Uczestniczyli też w kilku odbywających się właśnie festiwalach i wydarzeniach artystycznych. Pracowali jak pszczółki mimo zmiany czasu, jet lagu i kuszących atrakcji, które oferuje Korea - grafik był bardzo napięty.

Wynik? Dzisiaj (środa, 10 października) motywem przewodnim w radiowej Trójce będzie właśnie Korea. Wejścia antenowe według polskiego czasu (w Korei +7 godzin!) są następujące:

6.40, 7.50:  przegląd prasy koreańskiej Marcina Pośpiecha

9.20, 10.15, 10.35, 16.20, 17.20:  wywiady i opowieści o Korei



Więcej informacji ze strony Trójki TUTAJ - linki do poszczególnych wejść antenowych do spokojnego odsłuchania. Zapraszam! 



Na zdjęciu od lewej: Lim Sehoon, Moon Suyeong, Jo Eunae,
Kasia Borowiecka, ja , Marcin Pośpiech, Leszek Moniuszko.



Religijny spacer po Korei


Koreańska konstytucja określa Kraj Porannego Spokoju jako państwo pozbawione oficjalnej religii oraz zabrania głowie państwa wyróżniania którejkolwiek z nich. Taki zapis nie dziwi w kraju, w którym dominują bezwyznaniowcy (46.5%) a pozostała część narodu charakteryzuje się dosyć wysokim poziomem pluralizmu religijnego. 


Źródło: Opracowanie własne na podstawie KOSIS 
(Korea Statistical Information Service, 2005)



Źródło: Wikipedia


Teoria teorią a jak to zwykle bywa praktyka wygląda trochę inaczej. Od ponad dekady konflikt pomiędzy szybko rosnącą rzeszą chrześcijan (szczególnie katolików) a buddystami nabiera rozmachu – dochodzi nawet do aktów wandalizmu oraz podpaleń świątyń buddyjskich, choć ma to raczej podłoże polityczne niż społeczne. Mówi się, że podczas wyborów prezydenckich w 2008 roku, które doprowadziły do władzy Lee Myeong Baka, bardzo dużą rolę odegrała propaganda i finansowe wsparcie Kościoła protestanckiego (tutaj mała adnotacja, że w Korei często mylnie stawia się równoważnik między chrześcijaństwem i protestantyzmem, traktując katolicyzm jako osobne wyznanie). Niektórzy zarzucają urzędującemu prezydentowi obstawienie najważniejszych miejsc w rządzie w oparciu o rekomendacje pochodzące bezpośrednio od wspólnoty chrześcijańskiej. Lee Myeong Bak dosyć wymownie zamanifestował swoją przynależność religijną w roku 2011 klękajac na polecenie duchownych chrześcijańskich w czasie „narodowej modlitwy”, czym wywołał ogromne oburzenie w większości irreligijnego przecież społeczeństwa koreańskiego. Buddyści oskarżają administrację Prezydenta Lee o celowe pomijanie świątyń buddyjskich w rządowych systemach informacyjnych, ignorowanie postulatów zgłaszanych przez mniejszościowe ośrodki wyznaniowe przy jednoczesnym faworyzowaniu społeczności chrześcijańskiej. Wobec powyższego Park Geun Hye, jedna z najważniejszych pretendentów do fotelu prezydenckiego w grudniowych wyborach, dosyć dyplomatycznie podkreśla swoją bezwyznaniowość.

Tysiące lat temu Koreańczycy opierali swoją duchowość na przesłaniach płynących z mitów oraz szamanizmie, który szczątkowo ciągle praktykowany jest na wyspie Jeju, z niektórymi jego elementami obecnymi też w codziennym życiu przeciętnego Koreańczyka (np. rytuał „gosa” lub wróżenie na podstawie daty urodzin i imienia). Pierwszą postawą religijną w koreańskim społeczeństwie był buddyzm, który przywędrował do Korei z Chin już w IV wieku. Religia ta rozkwitała za panowania dynastii Silla (57 p.n.e.- 936) i Goryeo (936-1392), natomiast okres jej świetności zaczął załamywać się z nadejściem dynastii Jeoson (1392-1897), ponieważ nowa klasa rządząca stawiała buddyzm w opozycji do konfucjanizmu, fundamentu filozoficznego, na którym opierała swoje rządy. Od samych początków doktryna Konfucjusza była bardziej ideologią polityczną niż luźną filozofią życiową i jako taka miała służyć określonym celom panującej dynastii Joseon – stąd konfucjanizm koreański jest bardziej wyrazisty od swojej czystej, chińskiej postaci rozumianej jako pewna myśl filozoficzna i często mylony jest z religią. Za sprawą misjonarza z Chin, jeszcze za czasów dynastii Joseon w XVII wieku, na Półwyspie pojawił się również katolicyzm. Wyznawcy tej wiary byli bezlitośnie prześladowani przez rządzącą dynastię z powodu odmowy przeprowadzania rytuałów związanych z kultem przodków, jednego z fundamentalnych nakazów konfucjanizmu. W tym okresie wielu katolików straciło życie w obronie swojej wiary (w 1984 roku za swoją męczeńską śmierć 103 osoby zostały kanonizowane przez Jana Pawła II). Mniej więcej w tym samym czasie, bo w 1884 roku, do Korei zawitał też protestantyzm (sukces w rozpowszechnianiu swojej religii odnieśli przede wszystkim prezbiterianie). Ciekawa wydaje mi się też historia islamu w Korei. Za okupacji japońskiej (1910-1945) Koreańczycy wysyłani byli do Mandżurii jako przymusowi pracownicy skąd wracali nawróceni już na wiarę Allaha. Prawdziwy przypływ islamu datuje się jednak na lata 70-te XX wieku, po tym, jak wojska tureckie wkroczyły do Korei podczas wojny 1950-53 – już w roku 1970 powstał meczet w Hannam-dong w Seulu, a obecnie społeczność muzułmańską ocenia się na 100 000 osób (plus 40 000 robotników z Bangladeszu i Pakistanu). 


Tureccy żołnierze w Korei za czasów wojny koreańskiej 1950-1953
<Źródło>

W ostatnich latach znaczenie chrześcijaństwa w Korei – a w szczególności wiary katolickiej – konsekwentnie zwyżkuje. Koreańczycy zgodnie uznają rolę protestantyzmu i katolicyzmu w rozwoju historii Korei: pierwszemu przypisują organizację ruchu antyjapońskiego za czasów okupacji 1910-1945, drugiemu wspieranie przemian demokratycznych w kilkadziesiąt lat temu. Katolicyzm, wraz ze swoją diasporą koreańskich misjonarzy rozsianych po całym świecie (Korea jest drugim po USA krajem z największą liczbą misji religijnych), jest również powszechnie szanowaną religią za swoje zaangażowanie w akcje dobroczynne, sprzyjanie międzywyznaniowej komunikacji oraz respektowanie koreańskiej tradycji opartej na szamanizmie i konfucjanizmie.

Oczywiście nie da się tutaj nie wspomnieć o zupełnych oszołomach, którzy cytują Biblię w metrze wrzeszcząc na cały głos (co jest irytujące zwłaszcza o poranku), czy na rogu ulicy przez megafony strzelają wiarą w przypadkowych przechodniów twierdząc, że jeżeli ci się natychmiast nie nawrócą to czeka ich jedynie piekło. Mieszkańcy Korei notorycznie muszą borykać się z naganiaczami wiary odwiedzających domy z garścią broszurek w dłoni – tego w Korei niestety aż za dużo. Niektóre z ośrodków biorą na cel obcokrajowców oferując im nawet pokaźną wspomogę finansową. Obecność cudzoziemców w szeregach danej religii lub sekty demagogicznie interpretowana może być bowiem jako jej uniwersalność. Kościoły protestanckie (te z żarzącymi się krwawo neonowymi krzyżami) i chrześcijańskie obrastają w całkiem pokaźne zaplecze finansowe coraz bardziej wpływając na politykę i gospodarkę kraju. Przynależność do kościoła przynosi też społeczną akceptację, która w kolektywnym społeczeństwie jest jednym z podstawowych fundamentów. Taka przynależność ma bardzo namacalny wymiar – wyznawcy mogą liczyć na dofinansowanie zagranicznych wycieczek, pomoc w razie nieszczęśliwego wypadku itd. Kościół w ten sposób zastępuje tradycyjną rolę, jaką do tej pory wykonywały wielkie korporacje (jaebole) w stosunku do swoich pracowników.


No Jesus = Hell na Myeong-dong w Seulu


W Korei mnoży się od piorących mózgi sekt, wcieleń Jezusa, mesjaszy, pomazańców bożych i tych, którzy Jezusa osobiście spotkali. Wystarczy chyba, że wspomnę o sekcie Moon Sun Myeonga i jego Kościele Zjednoczeniowy (Unification Church). Pana Moona Jezus zaszczycił podobno wizytą w latach 30-tych zeszłego wieku nakazując mu kontynuowanie swojego dzieła. Tak właśnie na rękach człowieka znikąd spoczęło uratowanie całego świata – Moon mianował się Mesjaszem (w Kościele Zjednoczeniowym Jezus nie jest uznawany za boga i stąd też nie można zaliczyć tego ruchu do religii chrześcijańskiej), ojcem całej ludzkości (jego żona była matką całej ludzkości). Religia ta trafiła na podatny grunt tuż po wojnie koreańskiej, kiedy to Koreańczycy zastanawiali się nad powodami swojej tragicznej historii, a jej szczyt rozkwitu to lata 70-te i 80-te XX wieku (wyznawcy dobrodusznie nazywani byli „Moonies”, czyli „Munistami” lub „Moonistami”). Obecnie zwolenników tego ruchu liczy się w setkach tysięcy w samej Korei i Japonii, z setkami milionów sympatyków na całym świecie. Na fali swojej popularności Moon zbudował ogromne imperium inwestując w przemysł chemiczny, farmaceutyczny, wydobywczy, a nawet zbrojeniowy – wszystko to według agendy religijnej. W Waszyngtonie, gdzie miał ogromne wpływy, założył „Washington Times”, a nawet zaproszony został do Senatu (popierał Republikanów), gdzie wśród prominentnych senatorów oświadczył, że rozmawiał z Józefem Stalinem i Adolfem Hitlerem. Ci, pod wpływem jego nauk, znaleźli nową siłę, żeby zadośćuczynić za swoje uczynki... Moon zasłynął też z masowego udzielania sakramentu małżeństwa. W 1995 roku za jednym pociągnięciem udzielił ślubu 360 000 parom. Warto dodać, że wielu z małżonków widziało się wtedy po raz pierwszy, a niektórzy z nich nie władali wspólnym językiem. Moon Sun Myeong zmarł w wieku 92 lat we wrześniu 2012.


Richard Nixon and Moon Sun Myeong – Moon bronił Nixona 
po aferze „Watergate” twierdząc, że „Bóg kocha Nixona”.

Religijny przekrój Korei to niesamowicie ciekawa macierz współistniejących w harmonii religii, tradycyjnych wierzeń, myśli filozoficznej oraz najróżniejszych sekt. Koreańczycy nie widzą sprzeczności w byciu chrześcijaninem, odprawianiu szamanistycznych rytuałów, namiętnym czytaniu Talmudu, czy życiu według konfucjonistycznych reguł. Bardzo często jest tak, że dzieci i rodzice mają odmienne wyznania – decyzja o swojej przynależności w tym zakresie należy od indywidualnych preferencji i w większości przypadków nikt takich wyborów nie kwestionuje. Obiekty religijne Koreańczycy traktują raczej jako narodowe dziedzictwo kulturowe niż miejsce konkurencyjnego kultu, który należy obchodzić wielkim łukiem. Przywódcy religijni często spotykają się ze sobą, nawiązując zdrowy dialog, a ci bez wyznania pozostawieni są samym sobie. Pod tym względem od Korei możnaby się wiele nauczyć... 

Poniżej zapraszam do odsłuchania odcinka audycji "Zakorkowani", której tematem jest duchowość Koreańczyków.





Starsi Wspólnicy Porannego Spokoju


Jest ich pięciu.

Pierwszego spotykam około godziny siódmej rano tuż po wyjściu z klatki bloku, w którym mieszkam. Jak co dzień buszuje po podwórku w poszukiwaniu najmniejszych papierków, które skrupulatnie zagarnia na swoją śmietniczkę. Czasem odpowiada na moje pozdrowienie w ogóle nie zaszczycając mnie spojrzeniem, tak jest zaabsorbowany swoim zajęciem. Innym razem już z dala macha mi na powitanie. Starszy mężczyzna, który potrafi być na tyle szarmancki, żeby zanieść mi ciężką pakę z kocim piaskiem aż pod same drzwi. To Pan Odźwierny.

Pana Z Psem spotykam na zakręcie minutę później. Dzień w dzień stoi tam ze swoim pupilkiem. Zwierzak jest już tak stary, że większość czasu przeznaczonego na poranny spacer spędza zupełnie zesztywniały w ramionach swojego właściciela. Widać, że jest mu dobrze. Od czasu do czasu stoi nieruchomo koło swojego Pana i przygląda się, jak ten sam rozprostowuje swoje równie zdrętwiałe wiekiem kości. Pasują do siebie jak Flip i Flap.

Pana Profesora spotykam na przejściu dla pieszych. Jego sztywne, długie, zupełnie białe włosy wystają spod kaszkietu jak snopy siana. Chodzi energicznie, wymachując do rytmu skórzaną teczką trzymaną w lewej ręce i laseczką dla równowagi w prawej. Kiedyś pogroził mi nią, kiedy przebiegałam przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Ostatnio zaczął do mnie mówić „Hi” więc chyba zostałam w jego oczach ułaskawiona.

Tuż po Panu Profesorze mijam Pana Gimnastykę. Każdego poranka ćwiczy zamaszyście wzdłuż alejki platanowców prowadzącej do metra. Jest bardzo, bardzo stary i każdy ruch wykonywany na urządzeniach wprowadza jego wątłe ciało w budzące czułość drżenia. Ma przy tym dobroduszne spojrzenie i cudownie ciepły uśmiech, którym obdarowuje mnie szeroko, za każdym razem kiedy się mijamy. Dzisiaj rano życzył mi też „żebym zawsze była zdrowa”.

Pucołowatego Pana Mnicha spotykam około godziny ósmej przed budynkiem firmy, gdzie pracuję. Ciągle jest dla mnie zagadką, gdzie zmierza codziennie w swoim szarym habicie, brązowych glanach, fioletowym szaliku, dwóch czapkach na głowie (niezależnie od pory roku!)  i dużym plecaku. Na razie oswajamy się tylko wzrokiem wymieniając minimalne uśmiechy rozpoznania.
  
Jest ich pięciu i każdy wzbudza we mnie zupełnie inne odczucia. Ocieramy się o siebie jak starzy, dobrzy znajomi jednocześnie nic o sobie tak naprawdę nie wiedząc. To bardzo szczególny układ. Cieszę się, że stoją na mojej drodze każdego poranka i będzie mi smutno, jeśli kiedyś któregoś zabraknie. Być może będę nawet tęskniła.



Porcelana


Zazwyczaj mam raczej ogólny koncept tego, co chcę ulepić. Zapalam światła, włączam radio (ale niezbyt głośno, żeby ciągle słyszeć kłócące się na ulicy wróble) i przygotowuję sobie stanowisko do pracy: plastikowe krzesełko, walec wilgotnej gliny, żyłkę do odcinania jej kawałków, wodę z gąbką do wygładzania powierzchni, drewniany wałek, pilśniową podstawkę i obrotowy stolik. Potem zakładam fartuch i rozglądam się po warsztacie za nowościami ulepionymi przez moją koreańską nauczycielkę. Nie waham się użyć jakiegoś kształtu, motywu, który akurat przypadnie mi do gustu. Prawdopodobnie w trakcie lepienia albo przyjdzie mi do głowy jakaś modyfikacja, albo ze względu na moje ograniczone umiejętności wyjdzie z tego i tak zupełnie coś innego.


Waza na kwiaty

Zaczynam lepić. Najpierw rozwałkowuję glinę wałkiem i wycinam z niej pożądany kształt podstawy naczynia. Następnie, już dłońmi, rolkuję kawałki gliny w równomierną rurkę i otaczam nią podstawę naczynia. I tak sznurek gliny po sznurku, aż ich kolejne poziomy po jakimś czasie stworzą pożądaną formę. Każdą warstwę nałożonej gliny wygładzam przemieszczając opuszkami palców nadmiar gliny w górę lub w dół – tak tworzy się jednolita powierzchnia naczynia. Co jakiś czas pełnymi dłońmi delikatnie poprawiam kształt ściskając ku sobie miejsca, gdzie budulec wymknął się spod kontroli. Potrzeba do tego dobrego nastawienia, cierpliwości, łagodności, koncentracji i śmiem twierdzić, że również pewnej dozy szczerego uczucia. 

Miseczki na ryż

Glina jest przyjemnie chłodna, pulsuje życiem, jej dotykanie w jakiś sposób oczyszcza. Czasem poddaje się ona moim wszelkim zamysłom, a czasem jest tak, że to ona rządzi mną rzeźbiąc siebie w kształt, którego w ogóle nie oczekiwałam. Rzadko, ale zdarza się też, że z całych sił oponuje i zupełnie nie możemy wtedy dojść do porozumienia. Za każdym razem jednak jest to pewnego rodzaju medytacja, po której pozostaje błogi spokój i zgoda na to, co się dzieje wokoło. Proces lepienia, tworzenie czegoś z niczego, wydobywanie formy, uczucie i koncentracja, jakie się temu poświęca to sposób na dostąpienie czegoś boskiego bez względu na ostateczny rezultat. To niesamowite katharsis.

Świecznik

Nie wiem zbyt wiele o porcelanie, czy lepieniu z gliny; nie mam też w tym zakresie większych ambicji. Jest to jednak dla mnie bardzo ważne zajęcie. Około czterech lat temu natknęłam się na warsztat obok domu i postanowiłam spróbować. Co sobotę przychodziłam na zajęcia razem z dwiema starszymi Koreankami. Nauczycielka nauczyła nas podstaw i przez jakiś czas lepiłyśmy razem z nią identyczne formy. Mimo atmosfery jarmarku (kobiety przekrzykiwały się w opowieściach o swoich mężach i dzieciach; wylepianie z gliny było tylko pretekstem do spotkań i wynurzeń) udawało mi się czasem odessać z rzeczywistości i cieszyć się tym, co robię. Nie było to trudne, gdyż kobiety po wymianie zwykłych uprzejmości, szybko o mnie zapominały. Po jakimś czasie nasze zgrupowanie wykruszyło się, a że moja nauczycielka rozpoczęła akurat zajęcia sobotnie poza warsztatem, po których zaraz biegła na Insadong sprzedawać swoje wyroby, miałam całą salę dla siebie. Od tamtej pory chadzam do jej atelier, które albo zostawia otwarte (żadnego wandalizmu, czy złodziejstwa – a drzwi są niekiedy otwarte na oścież), albo pozostawia mi kluczyk w ukrytym miejscu. Zdecydowanie wolę samotność w swoim lepieniu. Pozwala mi ona na spełnienie.

Wazonik

Lepiąc aniołka...

____________________________________________________
Ceramika jest integralnym elementem koreańskiej kultury. Już za czasów dynastii Goryeo (918-1392) koreańskie wyroby ceramiczne zaczęły zyskiwać uznanie na całym świecie mimo że do złudzenia przypominały te pochodzące z Chin. Za dynastii Joseon (1392-1910) nastąpił prawdziwy rozkwit tej dziedziny sztuki, z charakterystyczną porcelaną seledynową („celadon pottery”). Korea przodowała w bardzo trudnej technice otrzymywania właściwego odcienia zielonkawego koloru i do dziś najbardziej jest znana właśnie z tego rodzaju porcelany (moja nauczycielka namiętnie maluje wszystkie naczynia na ten właśnie kolor...).


Celadon Prunus Vase, Goryeo, 14th Century, Clay
Źródło: www.leeum.samsungfoundation.org 

Więcej zdjęć:

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...