Przyjaciel



Kilka lat temu, kiedy jeszcze co każdy piwny wieczór przepychaliśmy się bardzo różnymi wizjami świata, mówił, że kobieta, a tym bardziej dziewczyna/żona, nie może być przyjacielem mężczyzny. 

Przed wyjazdem był wieczór w mocno podejrzanej knajpie, gdzie pysznego placka z ośmiorniczką i zieleniną „pajeon” (파전) zapijaliśmy sfermentowanym winem ryżowym „makkoli”(막걸리). Nie mogliśmy się sobą nasycić. Błahostkami w pracy, własnym punktem odniesienia do tych czy innych spraw i przyszłością, jaka powoli zaczyna się przed nami formować. Pakować zaczęłam się dnia następnego na dwie godziny przed wyjazdem. Wyjazdem na cały okrutny miesiąc. Miesiąc bez jego ramion wokół mojej talii…

Tamtego wieczoru powiedział, że jestem jego najlepszym przyjacielem.


Grafik




Kanada:            3 tygodnie
Korea:              5 dni
USA:                10 dni
Korea:              4 dni
Niemcy:            1 tydzień
USA:                3 tygodnie


Wakacje:          ??

Klonowy organizm


Budynki kanadyjskich miast połączone są ze sobą tętnicami pulsującymi maszerującymi nimi ludźmi. Szklane tunele żył wiją się ponad ulicami i pod ziemią łącząc miasto w jeden żywy organizm. Przepływające tunelami człowiecze krwinki chronią się ciepłymi rękawami przed sezonowym zimnem. Serce miarowo bije.


Buraczki



Czasem bardzo nie lubię Koreańczyków. Na przykład wtedy, kiedy z obrzydzeniem wypluwają buraczki z ćwikłą w polskiej restauracji w Montrealu, wyłuszczając przy tym swoje światłe opinie o rzeczach, o których nie mają zielonego pojęcia. Podbudowując swoje ego kolejną okazją do bezspornego besztania (moje usta są zamknięte bo jem, jem, jem…).

W takich momentach nie potrafię pojąć ich braku zrozumienia, że przynajmniej raz w roku chcę się do cholery tymi buraczkami w spokoju nacieszyć. Nie mieści mi się w głowie, że ludzie, którzy bez kimchi nie są w stanie wytrzymać trzech dni, potrafią być aż takimi ignorantami jeżeli chodzi o osoby trzecie. 

Wieczorem w koreańskiej restauracji nie tknęłam ani listka kimchi, nie zmoczyłam nawet ust w szklance soju. Nie mogłam się zmusić. Był tylko kufel Rickard’s Amber i les haricots verts…


To, co naprawdę ważne


Korea na pewno nie jest krajem, gdzie promuje się kreatywny sposób wyrażania własnych uczuć. Ogólnie przyjęty standard zachowań, jakkolwiek żenujący on by czasem nie był, bezwględnie rządzi każdą minutą dnia Koreańczyków. To dosyć smutne podjeście do życia jest spuścizną konfucjańskiego kolektywizmu, gdzie indywidualizm tratkowany jest jedynie jako niebezpieczne wynaturzenie zagrażające dobru ogółu.


Patrząc na mojego siedemnastoletniego ucznia, który biega w koszulce z napisem „Polska”, marzy o studiach we Wrocławiu i karierze przewodnika po Polsce, który chce być tak dobry w judo, jak Paweł Nastula, który rzuca szkołę średnią, żeby samemu się uczyć tego, co naprawdę warto, i który jednej soboty przychodzi na lekcję języka polskiego w dread’ach a drugiej w afro, nabieram jednak otuchy. Takiej przez wielgachne „O”.

Jeszcze głebiej oddycham, kiedy słucham Sungha Jung (정성하), koreańskiego trzynastolatka bosko po prostu interpretującego na gitarze znane kawałki (niektórzy opisują swoją reakcję na jego wystąpienia jako „eargazm”) oraz, po zaledwie trzech latach samo-nauki podczas przerw w szkole, komponującego swoje własne utwory. 

Mam wrażenie, że jeżeli tacy ludzie istnieją, to ludzkość (a w tym szczęśliwie i Korea^^) po prostu nie może duchowo wyginąć.



  
"Come Together" - The Beatles (Sungha Jung, 12 lat)




 
 "Billy Jean" - Michael Jackson (Sungha Jung, 13 lat)




  
"With or without you" - U2 (Sungha Jung, 12 lat)




 
 "Mission Impossible Theme" (Sungha Jung, 12 lat)




  
"Hit the road Jack" - Ray Charles (Sungha Jung, 11 lat)



Północ - Południe


O pociskach lądujących w głębinach Morza Wschodniego (jak Koreańczycy nazywają Morze Japońskie) czytam jakby miało to miejsce bardzo daleko i nie dotyczyło mnie bezpośrednio. W ciągu dnia nie poświęcam tematowi zbyt wiele czasu. Upodobniłam się w tym do Południowokoreańczyków. W Korei Południowej nikt nie rozprawia o możliwości nagłego ataku z Północy. Nikt nie prowadzi publicznej dyskusji, nikt nie rozprawia o tym „gorącym temacie” przy porannej kawie, nikt nie rozważa ewentualnej ewakuacji lub konieczności zbrojenia, nikt nie zaprząta sobie głowy lokalizacją najbliższego bunkra. Mieszkańcy Południa przyzwyczajeni są do politycznych gierek Północy i jakąkolwiek demonstrację siły z jej strony traktują jedynie jako pożywkę dla zagranicznych mediów i głów państw kilku wybranych mocarstw. Mimo że technicznie ciągle w stanie wojny z Północą, na moje pytania odnośnie obecnego stanu rzeczy, Południowi Koreańczycy reagują jedynie pobłażliwym uśmiechem. A następnie rozpoczynają dyskusję o sytuacji ekonomicznej kraju, kursie koreańskiego wona, cenach nieruchomości, i o tym, jak bardzo nie znoszą obecnego prezydenta. Reszta to tylko szum medialny i niepotrzebne zaprzątanie ludziom głowy.

Wyobrażam sobie siebie po drugiej stronie. Wiem, że gdybym ciągle mieszkała w Polsce i nie miała z Koreą wiele wspólnego, wszystko wyglądałoby dla mnie bardzo poważnie. Z zacięciem śledziłabym artykuły, czytała naukowe rozprawki i światłe analizy oraz prowadziła ożywione dyskusje na ten temat. Z perspektywy, w której dało mi się znaleźć, wszystko wygląda jednak jak cyrk, na arenie którego grana jest sztuka pod rozgrzaną z oburzenia publiczność. Teatr jest tak naprawdę kiepski, ale że główni aktorzy są ogólnie rozpoznawani i w jakiś sposób egzotyczni, to przedstawienie ciągle jest na afiszu.  Ku uciesze większośći z tychże aktorów...



Life rocks



Są takie chwile, kiedy wszystkie elementy układanki idealnie pasują do siebie. Nawet te, które dawno temu odrzuciło się etykietą „błąd” lub „zupełnie niepotrzebne”. Wszystko nabiera sensu i łączy się w prostą ku szczęściu. Takiemu w środku. Rozpierającemu wrażeniem, że ktoś gdzieś zawsze czuwa. To bardzo intymne przeżycie bazujące na znakach zbyt subtelnych, żeby można uwiarygodnić je słowami.

Życie jest piękne.


Rocznica



W drugą rocznicę naszego ślubu PWY przysłał mi do pracy małe różyczki, ułożone jedna obok drugiej w ogromnym kartonie w kształcie serca. Kolorowe i pięknie pachnące.

A ja osłupiałam.

I zastanawiam się, czy to aby nie jakieś ukryte przesłanie. Sugestia oczyszczenia naszej relacji? 
A może po prostu uznanie dla mojego dosyć chorobliwego pragmatyzmu? 

Bo sęk w tym, że te róże są... z mydła...

Róże z mydła od PWY (jak się później okazało wrzuca się taką różyczkę do kąpieli, a ta pod wpływem gorąca "rozkwita" uwalniając zapach i rozpuszczając się w wodzie)


Róże od CEO firmy PWY (PWY wiedział, że "zwykłe" kwiaty przysłane zostaną do domu więc postanowił kupić mydlaną wersję~~).


Samobójstwo Prezydenta



Dzisiaj rano w Korei wielu mężczyzn zawiązało żółte krawaty. Wiele kobiet przyozdobiło swój pracowniczy ubiór żółtym dodatkiem. To był wyborczy kolor poprzedniego prezydenta Korei (2003-2008), Roh Moo Hyun’a (노무현), który zeszłej soboty ok. 6.30 rano popełnił samobójstwo rzucając się ze skały niedaleko swojego domu w maleńkiej wiosce Bongha Maeul (봉하마을). Dzisiaj ma miejsce jego pogrzeb.

Prezydent Roh różnił się od poprzednich prezydentów, a także swojego następcy Lee Myeong Bak’a (이명박), pod wieloma względami. Przez większość swojej kariery jako prawnik, a następnie polityk, skupiał się na obronie praw człowieka, podważał skorumpowaną do szpiku kości polityczną i biznesową rzeczywistość Korei, sprzeciwiał się głęboko zakorzenionemu regionalizmowi. Dążył do zbudowania prawdziwie demokratycznego systemu w kraju, który w swojej historii nowowczesnej doświadczył jedynie autokratycznych rządów grupy spowinowaconych ze sobą wybrańców. 

Już jako prezydent doprowadził do ocieplenia stosunków z Koreą Północną (projekt lini kolejowej łączącej oba kraje, spotkania rodzin rozdzielonych wojną koreańską, budowa kompleksu przemysłowego tuż przy granicy), czy Stanami Zjednoczonymi (FTA). Jego wewnętrzna polityka przyniosła rezultaty przejawiające się wzrostem PKB na poziomie 4-5% rocznie. Prezydent Roh z czasem jednak coraz bardziej zaczął przeszkadzać wielkimchaebol’om i grupom politycznym, których kieszenie częściej były inwigilowane, a którym tradycyjny system łapówkarstwa nie mógł zapewnić intratnych kontraktów lub uprzywilejowanego traktowania. Media, które w Korei w 99.9% kontrolowane są przez wielkie korporacje lub inne grupy wpływu, rozpoczęły nie kończącą się nagonkę na Roh. W 2004 został on postawiony w stan oskarżenia o nielegalność elekcji i niekompetencję w sprawowaniu władzy. Trybunał Konstytucyjny odrzucił pozew i przywrócił Roh na stanowisko prezydenta Korei.

Mimo ożywionego na nowo poparcia społeczności krąg zwolenników Roh zaczął po jakimś czasie ponownie topnieć. Tym razem chodziło o ceny mieszkań. Tak jak na Zachodzie podczas wyborów szafuje się obietnicą niższych podatków, tak w Korei obiecuje się wysokie ceny mieszkań. Prezydent Roh natomiast uważał, że ceny takowych są sztucznie zawyżone działaniem spekulantów (ponad 1M USD za najzwyklejsze siedemdziecięciometrowe mieszkanie w dzielnicy Kangnam) i próbował uregulować ten rynek między innymi proponując przeniesienie stolicy państwa do Daejon (대전). Wielu ludziom też nie przypadł do gustu dosyć bezpośredni i prostolinijny styl bycia Roh. Nie używał on kwiecistej mowy, nie posługiwał się dyplomatycznym żargonem, był naturalny w swoich odruchach. Wielu zarzucało mu, że jego konfrontacyjna bezpośredniość w walce z koreańskimi zaszłościami dyktatorskimi była nie na miarę stanowiska prezydenta Korei. Że powinien był robić to bardziej dyplomatycznie i mądrze (tzn. chytrze). Z tego też powodu nazywano go "prezydentem głuptaskiem" (바보 대통령) - on nie miał nic przeciwko temu.

W roku 2008 jego kadencja skończyła się (w Korei prawo zabrania reelekcji) i jako jedyny prezedent Korei, zamiast zabarykadować się za murem przepięknej posesji w Seulu, Rohudał się KTX (szybka kolej) do Bongha (populacja: 121 osób), żeby zamieszkać tam ze swoją rodziną w całkiem skromnym domku. Tłumy ludzi odwiedzały wioskę wdając się w dyskusje z byłym prezydentem lub po prostu wyrażając swoje uznanie. Do czasu, kiedy afera kopertowa, w którą był zamieszany, nie wyszła na jaw.

Prezydent Roh przyjął 6M USD łapówki. Przyznał się do winy, przeprosił i oświadczył, że stracił twarz (w Korei jedna z najwyższych wartości osobistych). Poprosił społeczeństwo Korei, żeby nie uznawało go już za bojownika o demokrację, czy ideał godny naśladowania. Kilka miesięcy później popełnił samobójstwo.

Samobójstwo było w mojej opinii jedyną rzeczą, którą prezydent Roh mógł zrobić, żeby uratować spuściznę swojej prezydentury. Żeby potwierdzić i na nowo uwiarygodnić wartość tego, w co wierzył. A co ważniejsze, żeby dać Korei szansę na dalszą rekonstrukcję zgniłego systemu. Jeżeli nie popełniłby samobójstwa jego występek ugruntowałby jedynie to, przeciw czemu walczył całe życie. Zarówno w oczach społeczeństwa, jak i w swoich własnych.

Koreańczycy, słysząc o aferze łapówkarskiej, stracili nadzieję, że w Korei cokolwiek może się zmienić. Czuli się wystrychnięci na przysłowiowego dudka. Czuli się zawiedzeni i oszukani przez kogoś, komu bezgranicznie w tej akurat sferze ufali. W ustach pozostał im niesmak. Roh uznał, że jedynym sposobem na oczyszczenie swojego imienia jest zapłacenie za swoje potknięcie ceny najwyższej. Oddał życie za coś, co w oczach wielu w Korei jest raptem jednym z najzwyklejszych sposobów prowadzenia biznesu. Wywołał tym sporą konsternację pośród koreańskiego społeczeństwa, a ta doprowadziła do publicznej debaty na przekór zacierającej już ręce z zadowolenia obecnej Władzy. Ludzie na nowo uwierzyli w Roh.

Drugim powodem, dla którego Roh Moo Hyun musiał popełnić samobójstwo to bezlitosna krucjata obecnego rządu, który kazusem byłego prezydenta chciał ukonstytuować odwieczny porządek rzeczy. Nieproporcjonalnie zmasowany atak na Roh miał na celu podważenie dokonań całej jego kadencji. Szyderczy śmiech wylewał się artykułami, wywiadami, informacjami telewizyjnymi i przygotowaniami do pokazowego procesu. Obecny rząd zamierzał zrobić z Roh i całej jego rodziny kozła ofiarnego dla pożywki swojej własnej popularności. Roh swoim samobójstwem pokazał im środkowego palca u dłoni. Bardzo dużego palca.

Roh Moo Hyun



"너무 많은 사람들에게 신세를 졌다나로 말미암아 여러 사람이 받은 고통이 너무 크다앞으로 받을고통도 헤아릴 수가 없다여생도 남에게 짐이   밖에 없다건강이 좋지 않아서 아무 것도  수가 없다책을 읽을 수도 글을  수도 없다너무 슬퍼하지 마라삶과 죽음이 모두 자연의  조각아니겠는가미안해 하지 마라누구도 원망하지 마라운명이다화장해라그리고  가까운 곳에아주 작은 비석 하나만 남겨라오래된 생각이다.”

„Jestem dłużny zbyt wielu ludziom. Skala ciężaru, który spowodowałem jest nie do zniesienia. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie brzemienia, które od tej pory będzie moim udziałem. Z powodu mojego obecnego stanu nie jestem w stanie nic zrobić. Nie potrafię przeczytać książki, nie mogę zabrać sie do pisania. Nie bądźcie zbyt smutni. Czyż życie i śmierć nie są naturalnym wszystkiego porządkiem? Nie przepraszajcie. Nie czujcie do nikogo urazy. Taka jest kolej rzeczy. Skremujcie mnie. I postawcie jedynie bardzo mały nagrobek blisko mojego domu. Myślałem już o tym od jakiegoś czasu”.

________________________________
Więcej zdjęć tutaj.


Lek na całe zło


W ostatnim miesiącu dane mi było odwiedzić USA dwa razy. Na zachodnim wybrzeżu nikt nie zaprząta sobie głowy epidemią grypy. Lotniska są pełne ludzi, nikt nie nosi masek (ja swoją schowałam głęboko na dno walizki, kiedy jakaś kobieta smagnęła mnie głośnym wyrzutem „It’s scary!”), nikt nie panikuje. Dla porównania lotnisko w Korei świeci pustkami. Po przylocie z zagranicy, tuż po wyjściu z samolotu, natknąć się można na kordon doktorów w długich jednorazowych uniformach, rękawiczkach i maskach. Uzbrojeni w termometr, mierzą temperaturę każdego (!) z pasażerów, kolekcjonując przy tym specjalne druczki, które wcześniej należało wypełnić w samolocie, oraz zadają kilka standardowych pytań. Po tygodniu lub dwóch każdy z pasażerów raczony jest rozmową telefoniczną specjalnych służb, które wypytują się o aktualną kondycję delikwenta. Mimo tych wysiłków świńska grypa jednak systematycznie poszerza zasięg swoich macek.

Według dzisiejszej porannej gazety, powodem szybkiego rozprzestrzeniania się świńskiej grypy w Korei są… obcokrajowcy, a w szczególności… nauczyciele języka angielskiego. Oni to bowiem mają i czas, i pieniądze, żeby non stop podróżować do swoich krajów, skąd za którymś razem przywożą ze sobą w końcu zabójczego wirusa. Następnie zarażają nim koreańskie dzieci w szkołach­­, a co gorsza nawet, współpasażerów koreańskiej kolei, z której korzystają w weekendy wojażując po kraju!

Artykuł podparty był kazusem jednego nauczyciela, u którego kilka dni temu zdiagnozowano świńską grypę... Autor zastanawia się nad Koreańczykami, u których wyżej wymieniony nieszczęśliwiec nocował, a u których nie stwierdzono żadnych objawów choroby. W tym momencie artykułu głośno roześmiałam się żartując, że to na pewno z powodu konsumpcji dużej ilości kimchi. PWY, który wcześniej skończył czytać artykuł, głęboko się na mnie obraził. Okazało się, że artykuł był niedorzeczny bardziej niż mogłam przypuszczać… Tak niedorzeczny, ze nawet mój dowcip nie sprostał wyzwaniu… 


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...