Moja "Pieśń o miłości"


Na pierwszych zajęciach nauczycielka zapytała, dlaczego chcę uczestniczyć w nauce śpiewu pansori. Odpowiedziałam, że chciałabym kiedyś zaśpiewać „Pieśń o miłości” („Sarangga”) dla mojego męża. To jeden z najbardziej popularnych, ale też i mój ulubiony fragment pieśni „Chunhyangga”.

Ja i "Pieśń o miłości" na świeżym powietrzu.


Pansori fascynowało mnie od dawna, ale nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałam sobie, że będę miała okazję zmierzyć się z tą formą sztuki twarzą w twarz. Jak wiele znaczących w moim życiu styuacji (wliczając w to wyjazd do Korei), również ta miała charakter zupełnie przypadkowy. Pewnego dnia zadzwoniłam do dawno niewidzianej koleżanki z propozycją wspólnej kolacji. Okazało się, że właśnie wracała z pierwszej lekcji darmowego kursu pansori dla obcokrajowców...

Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam talentu do śpiewania. W dzieciństwie siostry zakonne nie zakwalifikowały mnie do kościelnego chóru, a na jednym z wystąpień solo zapomniałam języka w gębie, co skutecznie zniechęciło mnie do dalszych prób. Po latach najróżniejszych doświadczeń w Korei uzmysłowiłam sobie jednak, jak niesamowicie ważne jest wychodzenie poza strefę własnego komfortu – szczególnie jeżeli czuje się do czegoś pasję. Zamiast z żalem zamiatać swoje słabostki pod dywan trzeba się z nimi wziąć za bary. Najlepiej z żartobliwym dystansem do samego siebie i zawsze z podniesionym czołem. A jak coś nie wychodzi to próbować aż do upadłego. To jedyny sposób na przekonanie się o swoim prawdziwym potencjale (czyt. czy faktycznie ma się „jaja”). Ograniczanie się do działania w ramach swoich mocnych stron zamyka możliwość zadziwienia samego siebie. A zadziwienie samego siebie to przecież jedno z najpiękniejszych uczuć w życiu.


W czerwcu ukończyłam trzymiesięczny kurs pansori. Na inauguracyjnym wystąpieniu tradycyjnie już zapomniałam słów. Nie poddałam się jednak. Zdecydowałam się pójść na całego i wziąć udział w w konkursie pansori dla amatorów podczas Międzynarodowego Festiwalu Sori w Jeonju. Przygotowywać musiałam się praktycznie sama. Na szczęście okazało się, że mam bardzo wyrozumiałych sąsiadów. Bez jednego komentarza znosili moje późnowieczorne wrzaski. PWY, jak to PWY, mało że również znosił wszystko nadspodziewanie mężnie, to również podtrzymywał mnie na duchu dozując oszczędnie, ale w najbardziej właściwych momentach zagrzewające do walki słowa.

Na konkursie miałam śpiewać jako 25 osoba. :)

Po występie PWY powiedział mi, że denerwował się 
chyba bardziej niż ja...

Na festiwalu wystąpiłam z rozpoczynającym się właśnie przeziębieniem i... dogorywającym już półpaścem. Byłam wykończona nie tylko nauką śpiewu, ale też własną pracą w korporacji i przygotowaniami do intensywnej wizyty w Polsce. Zaśpiewałam gorzej niż mogłam, ale i tak uczucie dokonania czegoś, co wcześniej pozostawało jedynie w sferze niewyraźnych marzeń, niesamowicie uszczęśliwiło mnie. Mimo że śpiewałam dla PWY i przyjaciół, którzy dopingowali mi na miejscu, tak naprawdę najwięcej wniosłam tym wystąpieniem dla samej siebie...


Otrzymałam nawet nagrodę z rąk dosyć sławnej Kolleen Park.

Prawdziwy bambusowy wachlarz z ręcznie malowanym rysunkiem oraz żeńszeniowa równowartość ok. 100USD - to były moje nagrody.



Oto „Pieśń o miłości” dedykowana dla mojego PWY:




[Zakorkowani] Koreańskie przesądy i tematy tabu.


Sny najlepiej pamięta się tuż po przebudzeniu. W Korei jednak przynajmniej do południa o snach rozmawiać nie należy. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy PWY wpadał w ponury nastrój za każdym razem, kiedy podekscytowana chciałam się z nim podzielić swoimi nocnymi wizjami. Mierzył mnie wtedy ponurym wzrokiem, jakbym popełniła największe faux pas i pytał, czy ja naprawdę muszę rano rozmawiać o snach. Pytania wtedy zupełnie nie rozumiałam.

W Korei sen o świni lub... kupie uznawany jest  za dobry omen. Im więcej tej drugiej tym lepiej! Bezzwłocznie trzeba się wtedy udać do kolektury, zakupić los i absolutnie nikomu o niczym nie wspominać aż do czasu trafienia upragnionej „szóstki”. Co ciekawe, jeżeli ktoś śni o własnej śmierci, to według Koreańczyków również oznacza to nadchodzące szczęście. W snach nie należy jednak rozmawiać z umarłymi, ani nigdzie z nimi iść, bo może się to bardzo źle dla śniącego skończyć.

W koreańskich zabobonach śmierć jest tematem dominuącym. Lepiej więc zdawać sobie sprawę z tego, że napisanie czyjegoś imienia w kolorze czerwonym lub położenie łyżki brzuszkiem do góry podczas zastawiania stołu jest równoznaczne z życzeniem danej osobie rychłego zejścia z tego świata. To przydatna wiedza szczególnie jeżeli ma się w zwyczaju pisanie kartek urodzinowych do swoich koreańskich teściów (lub co ważniejsze - teściowych!) lub przygotowuje się dla nich niedzielny obiad. Do tej pory w wielu windach czwarte piętro oznacza się literką „F” lub w ogóle pomija w ciągu cyfr. Czwórka bowiem jest homonimem (wyraz o takim samym brzmieniu, ale innym znaczeniu) chińskiego znaku oznaczającego „śmierć”. Nie dziwi więc, że w Korei czwórka to pechowa liczba. Dla Koreańczyków śmierć fizyczna kogoś z otoczenia może również nieść za sobą szkodliwe konsekwencje dla żywych. Na pogrzeby nie chodzą więc kobiety w ciąży (w ich obecności tego tematu w ogóle raczej się unika), a uczestnikom stypy zaleca się po przyjściu do domu posypanie progu solą w celu odstraszenia ducha zmarłego. Nieboszczyka ogląda również jedynie najbliższa rodzina i to tylko w momencie przenoszenia zwłok do trumny, tuż przed jej zamknięciem.


Współtwórcy Audycji "Zakorkowani"

Tak jak wszędzie na świecie w Korei są ludzie, którzy w przesądy wierzą, ale są też i takie osoby, które nic sobie z nich nie robią. To kwestia osobistych preferencji. Inaczej jest z tematami, które można w Korei poruszać, a tymi, które najlepiej omijać szerokim łukiem. W tak rygorystycznym społeczeństwie jak koreańskie na te drugie trzeba szczególnie zwracać uwagę.

Po pierwsze i chyba najważniejsze z punktu widzenia obcokrajowca jest to, że Korei się nie krytykuje. Nawet Ci najbardziej liberalni Koreańczycy potrafią brać negatywne uwagi bardzo do siebie (również te konstruktywne!), traktując je gdzieś w środku jako osobisty docinek nawet jeżeli tego nie okazują. Wynika to z tego, że Koreańczycy szczerze kochają swój kraj, traktują siebie jako jego spójny element. Każdy „przytyk” powoduje więc u Koreańczyków poczucie wstydu, jakby dana sytuacja była ich bezpośrednią winą. Stąd Koreę krytykuje się dosyć często, ale jedynie ustami samych Koreańczyków.

Między samymi Koreańczykami istnieje również wiele tematów tabu. Zdarzają się sytuacje, że nawet najbliższych osób nie powiadamia się o problemach w rodzinie (przemoc małżeńska itp.), samobójstwie jej członka, czy własnym rozwodzie. O rozejściu się mojej teściowej i jej męża przez długie lata nie wiedziały nawet jej siostry. Dzieje się tak dlatego że Koreańczycy są przekonani, że z taką rodziną, czy osobą musi być jednak coś nie tak. Fakty usprawiedliwające daną decyzję to według nich tylko jedna strona medalu. Dla przykładu osoby przy kości (a wszyscy chyba wiemy jakie rygory piękna się w Korei promuje), nawet te które są otyłe na tle chorobowym, uważa się za leniwe i o słabym charakterze. Ma się zrozumienie dla choroby, ale już nie dla słabości charakteru.

W Korei nie kwestionuje się również zdania osób straszych lub wyższych rangą, co w skrajnych przypadkach doprowadzić może do tragicznych rezultatów: jako jedną z przyczyn rozbicia się samolotu Korean Air na Guam w 1997 roku cytuje się hierarchiczne relacje między koreańską załogą – kapitan statku zupełnie zlekceważył uwagi młodszego oficera uznając je za panikę żółtodzioba. Zginęło wtedy 228 osób.



Można nas znaleźć na audio-blogu "Zakorkowani"
lub fanpejdżu FB. Zapraszamy!


Poniżej zapraszam do odsłuchania kolejnego odcinka audcycji "Zakorkowani", w której razem z Leszkiem bardziej szczegółowo wyjaśniamy koreańskie przesądy i tematy tabu.


[Zakorkowani] Kuchnia koreańska



„Jadłeś ryż (posiłek)?” to zwyczajowe powitanie Koreańczyków. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu pytanie to zadawano w sensie dosłownym, ponieważ miska ryżu była wtedy dla wielu luksusem. Do tej pory ryż – jedzony z indywidualnej miseczki – wyjadany jest raczej do końca. Wielu Koreańczyków nie pozostawia nawet jednego ziarenka w solidarności ze swoimi głodującymi braćmi z Północy.

Posiłek w życiu Koreańczyka odgrywa niezmiernie ważną rolę między innymi ze względu na dużą uwagę przykładaną do jego wpływu na kondycję zdrowotną człowieka. Koreańską kuchnię charakteryzuje oszałamiająca obfitość warzyw i sposobów ich przyrządzania, regularna konsumpcja owoców morza, znikome użycie olejów (z wyjątkiem sezamowego, który uważany jest za korzystny dla zdrowia), ostry smak potraw doprawianych sosem z papryczek oraz zawsze i wszędzie towarzyszące temu wszystkiemu kimchi. Koreańczycy doskonale wiedzą, jaka potrawa udobrucha ich żołądek po nadmiernej ilości wypitego alkoholu, co pomoże odzyskać męski wigor, co jest dobre na wzmocnienie kości, gładkość skóry, niedobory żelaza, czy nadpotliwość. Kuchnia jest podstawowym elementem dbania o swój wygląd i tężyznę.


Koreański pajeon (nazywany czasem 
"koreańską pizzą"), czyli "placek", 
w którym zasmaża się warzywa,
owoce morza itp.


Rytuały związane z jedzeniem stanowią również nieodzowną część przełomowych wydarzeń w życiu Koreańczyka takich jak ślub, zdawanie egzaminów, czy otwieranie nowego biznesu. Towarzyszą też pielęgnowaniu koreańskich tradycji: obchodzenia Nowego Roku, Świąt Dziękczynienia, czy czczenia przodków – na każdą z takich okazji przygotowuje się szczególny rodzaj posiłku. Co ciekawe, w zależności od pogody (np. gdy pada), czy pory roku (np. w najgorętsze dni lata wyznaczane według kalendarza księżycowego) spożywa się również specjalny rodzaj dań. Koreańska kuchnia to też temat kontrowersyjny. Wspomnieć tutaj wystarczy o jedzeniu mięsa z psa, ruszającej się jeszcze ośmorniczki, czy sashimi (kor. „hoe"), które ciągle „łapie powietrze”. W ośrodkach tradycyjnej medycyny zaleca się też niektórym pacjentom regularne picie wywarów z kozy, kota, cykad i tym podobnych.


Od góry: maemil soba (potrawa 
pochodząca z Japonii),
samgyetang (kurczak w zupie), 

przystawki: kabaczek i bakłażan, 
oraz koreański "porridge" z ryżu.



Osobiście zajęło mi trochę czasu, żeby przekonać się do kuchni koreańskiej. Na początku miałam duży problem z jej ostrym smakiem - odnosiłam wrażenie, że z tego względu wszystko smakuje identycznie. Do tego z powodu paprycznego smaku na czoło występowały mi siódme poty, a charakterystyczny zapach koreańskich dań na długo pozostawał w zakamarkach ubrania. Nie za bardzo pasował mi też szybki styl jedzenia Koreańczyków; miałam wrażenie, że wszyscy jedzą na wyścigi. Po kilku dobrych latach spędzonych w Korei moje podejście zmieniło się jednak diametralnie. Uzależniłam się od kimchi, zaczęłam gustować w daniach, których wcześniej nie tknęłabym. Do koreańskiej kuchni przyzwyczaiłam się tak bardzo, ze polskie dania wydają mi się na jej tle raczej ciężkawe...

W kolejnej audycji "Zakorkowanych" (do odsłuchania poniżej) razem z Leszkiem opowiadamy o typowych koreańskich daniach i przystawkach oraz sposobie ich przyrządzania, ale także o koreańskich owocach, napojach i deserach. Dodatkowo, na prośbę jednej z naszych Słuchaczek, Leszek udostępnia swój sekretny przepis na 마가린밥 (magarin bab), czyli szybkie danie, którym posiłkuje się wielu koreańskich studentów, a które względnie łatwo przyrządzić mieszkając w Polsce:


MAGARIN-BAB (ryż z margaryną): 


  • Składniki na 2 porcje: 
- 1 szklanka białego ryżu krótkoziarnistego (쌀 1컵)
- 2 łyżki masła lub magaryny (마기란/버터 2스푼)
- suszone wodorosty (koreański kim, lub japońskie jak do sushi) (김)
- 2 łyżki sosu sojowego (간장 2스푼)
- 2 jajka (계란 2개)
- opcjonalnie: szynka, bekon, cebula (기타: 햄, 베이컨, 양파)

  • Przygotowanie: 
Ryż płuczemy tak długo, aż woda straci swój mleczny kolor. Opłukany i odsączony ryż wsypujemy do garnka i zalewamy wodą (1,5 szklanki wody na 1 szklankę ryżu). Stawiamy garnek na dużym ogniu i czekamy aż woda zacznie wrzeć. Kiedy ryż zaczyna się gotować zmniejszamy ogień do minimum, przykrywamy garnek pozostawiając mały otwór na ucieczkę pary. Gotujemy tak przez 15-18 minut. Wyłączamy kuchenkę i pozostawiamy ryż na 5-10 minut pod przykryciem tak, aby woda całkowicie wchłonęła się w ziarna.

Płaty suszonych wodorostów wkładamy do foliowego worka i kruszymy tak długo aż uzyskają konsystencję niewielkich wiórków.

Jajko smażymy na rozgrzanej patelni tak, aby żółtko pozostało płynne. Posypujemy solą i pieprzem do smaku.

Gorący ryż dzielimy na połowę i wkładamy do dwóch miseczek, gdzie następnie dodajemy łyżkę margaryny lub masła. Polewamy sosem sojowym (1 łyżka na porcję, chyba że ktoś woli mocniejszy posmak soli), a na wierzch kładziemy jajko sadzone. Wszystko posypujemy pokurszonymi wodorostami.

Przed wymieszaniem dodać można również posiekaną i podsmażoną szynkę lub boczek oraz cebulę.

Tak podane danie przed samym jedzeniem mieszamy na w miarę jednolitą konsystencję.

Dobrze smakuje podawane wraz z przystawką kimchi.

Smacznego!





Chuseok


Od jutra w Korei rozpoczyna się Święto Dziękczynienia (Chuseok), co oznacza, że cała Korea będzie, a właściwie już jest w rozjeździe. Wszelkiego rodzaju bilety już dawno wykupione, więc spóźnialscy będą musieli wsiąść w samochód i spędzić kilka lub nawet kilkanaście godzin w trasie, żeby dotrzeć do swoich rodzin na południu. Powrót za kilka dni do prowincji Gyeonggi, gdzie mieszka 25,6 miliona ludzi (prawie połowa koreańskiego społeczeństwa!) będzie równie żmudnym przedsięwzięciem.




W okresie świątecznym, zgodnie z tradycją, młode kobiety odwiedzają rodziców swoich mężów. W domu teściów przeważnie sprzątają, gotują, usługują i szorują naczynia podczas gdy męska część rodziny spędza czas biesiadując przed telewizorem lub grając w karty – to w ramach odpoczynku od pracy ale też i z powodu zmęczenia wielogodzinnym prowadzeniem samochodu.

Jak to zwykle bywa w tego rodzaju sytuacjach, podczas świąt dochodzi do wielu kłótni rodzinnych, szczególnie pomiędzy niewiastami. Bezdzietne kobiety brane są na spytki przez swoje teściowe co do powodów swojego „jałowego” stanu; bez żenady ponagla się je, żeby w końcu spełniły swój obowiązek dopytując się o szczegółowy plan egzekucji takowego przedsięwzięcia. Kobiety, które już dzieci posiadają strofowane są za brak umiejętności kulinarnych i innych, porównywane są do innych białogłów w rodzinie. Cała frustracja młodych kobiet przenosi się na w najlepsze leżakujących mężów i często kończy się to ogólnym zgrzytaniem zębów, błyskawicami w oczach i trzaskaniem drzwiami. Ze zrozumiałych powodów większość świeżo zamężnych Koreanek szczerze świąt nienawidzi. Oczywiście od tej czarnej wizji świąt istnieją też chlubne wyjątki.

W moim przypadku w ogólnonarodowym eksodusie uczestniczyć nie musimy. Mama PWY mieszka 15 minut samochodem od naszego domu, więc możemy do niej podskoczyć w każdym momencie. Tak się też składa, że jest rozwódką, więc wszelkiego rodzaju święta, w tym i Chuseok, spędzamy w kameralnym gronie trzech osób – starszy brat PWY mieszka wraz z rodziną na Filipinach i na święta do Korei nie przylatuje.

  
Ja, teściowa i jej siostra.


Przygotowania do Święta Dziękczynienia dzielimy mniej więcej równomiernie. Zazwyczaj razem z PWY cały dzień pieczemy placuszki buchimgae. Za resztę potraw odpowiada teściowa, która woli, żeby się jej do garów nie mieszać. Wespół z PWY myjemy też naczynia, kroimy owoce itp. Prawdę mówiąc nasze spotkania świąteczne nie mają aż tak odświętnego charakteru ze względu na mocno okrojoną komórkę rodzinną. Wielu z tradycji (niestety?) też nie przestrzegamy – na przykład nie zastawiamy stołu dla przodków, którym w czasie Chuseok należy ukłonami do ziemi podziękować za wszelką w życiu pomyślność. Święta to dla mnie w sumie sama przyjemność: spożywanie domowych posiłków, wspólne gry (np. hwatu) i brzuchy rubasznie wystawione ku górze. Wszystko we właściwych proporcjach. Wspólny czas spędzamy raczej bezkonfliktowo i za ten właśnie przejaw życiowego szczęścia wypada mi chyba podziękować podczas tegorocznego Chuseok...


Prawidłowe zastawienie stołu
dla rytuału uczczenia przodków.

<Źródło>


Przykład zastawionego stołu
dla rytuału uczczenia przodków.

<Źródło>




[Zakorkowani] Przestępstwa na tle seksualnym


Spokojnie płynę kraulem. Wyrzucam prawą rękę jak najdalej mogę, a następnie lewą mocno zagarniam wodę ciągnąc tym samym do przodu całe ciało. Przypatrując się mijanym pod sobą kafelkom wypuszczam powietrze, żeby przed kolejnym wynurzeniem ręki obrócić głowę lekko w bok i równomiernie wciągnąć powietrze. To wspaniała medytacja.

Nagle ktoś łapie mnie za tyłek. W jednej sekundzie całe moje ciało tężeje, ale mózg od razu wysyła uspokajające sygnały. To PWY, który za mną płynie. Czasem nachodzi go chęć na takie psikusy. Uchachana daje się pchać jego silnym dłoniom przez kilka metrów.

Dotykam ściany basenu i odwracam się, żeby popsioczyć na PWY. To kontynuacja miłosnego przekomarzania się. Pewnie sama go zaraz pod wodą uszczypnę w tyłek. Staję jak wryta, kiedy meżczyzna w białym czepku dopływa do końca basenu, odbija się od ściany i kontynuje swój trening. Czepek PWY jest czarny.

Próbuję zrozumieć, co się właściwie stało. PWY dopływa do mnie i widząc mój wyraz twarzy od razu pyta, co jest nie tak. Stoję w milczeniu zastanawiając się, czy może coś mi się przywidziało. Opowiadam o zdarzeniu PWY. „Jesteś pewna, że to nie był przypadek?”

Przez chwilę waham się. Czuję na sobie namacalną warstwę szoku, który odrealnia całą sytuację. Z pomocą przychodzi mi jednak mózg przypominając o tej jednej sekundzie, kiedy ogarnęło mnie przekonanie, że to PWY. Bo na takiego rodzaju dotyk pozwolić mógł sobie tylko i wyłącznie on. Już wiem, że przed chwilą stało się coś bardzo niedobrego.

Mężczyzna w białym czepku ponownie dopływa do ściany basenu. Mocno łapię go za ramię i z gulem w gardle mówię, że nie może w ten sposób dotykać innych osób. Mężczyzna wyrywa się i silnym wyskokiem wychodzi z basenu. W mgnieniu oka rozpoznaję w nim młodego chłopca trenującego po okiem ojca, z którym dosyć często rozmawiam w chwilach odpoczynku. Ojciec pracuje dla jednej z największych koreańskich korporacji. Zajmuje się reaktorami jądrowymi.

„Patrz to jego syn!” Ja również stoję jak sparaliżowana. Widząc jak odchodzą do szatni ponownie analizuję całą sytuację. Czy aby na pewno sobie czegoś nie dopowiedziałam? Mózg ponownie przychodzi mi z odsieczą. Oprócz życiowego partnera, żaden inny mężczyzna nie powinien dotykać kobiety w ten sposób.

Na jakiekolwiek działanie jest już za późno. Basen pustoszeje, a ja ciągle stoję przy ścianie nie mogąc zrozumieć ani sytuacji, ani własnego samozwątpienia. Czuję w środku jakiś ogromny ciężar. PWY przytula mnie mocno i mówi, że następnym razem przed wszystkim mnie ochroni.  

Przekonanie o osobistym bezpieczeństwie to bardzo pozytywna strona mieszkania w Korei. Na co dzień nie trzeba się raczej obawiać ataku ze strony szaleńca, nie trzeba głęboko chować telefonu, czy kurczowo trzymać torebki w środkach komunikacji miejskiej. Wychodząc na ulicę człowiek nie zaprząta sobie głowy ewentualnym zagrożeniem ze strony osób trzecich, który to przywilej chyba słusznie może zostać uznany za jeden z przejawów wolności.

Statystyki pokazują jednak, że przestępczość w Korei nabiera rozpędu, z włamaniami i wykroczeniami na tle seksulanym jako jej głównymi motorami napędowymi. Szczególnie martwi gwałtowny wzrost przestępstw seksualnych: od roku 2001 zanotowano 50% więcej przypadków tego rodzaju. Przyczyn takiego stanu rzeczy upatruje się przede wszystkim w szerokim dostępie do scen przemocy seksualnej (Internet) oraz w braku edukacji seksualnej (ostry sprzeciw rodziców wobec propozycji wprowadzenia takowej do szkół).

Upraszczając, w koreańskiej, bardzo zmaskulinizowanej mentalności, rola kobiety sprowadza się do dwóch funkcji: żony i matki oraz obiektu seksualnego. Przyjęta jest tutaj tradycja pewnych zachowań, które ciągle uznawane są za normalne, za wrodzone prawo mężczyzny: zinstytucjonalizowane i nagminne korzystanie z usług seksualnych, powszechność i akceptacja mało wybrednych żartów skierowanych do przedstawicielek płci pięknej, a nawet „nieprzynoszące przecież nikomu szkody” obłapywanie, czy ocieranie się. W koreańskim społeczeństwie istnieje również ciche przyzwolenie na przemoc w rodzinie – jeszcze do niedawna w ustawodawstwie tego kraju pojęcie gwałtu nie miało zastosowania do napaści w ramach związku małżeńskiego. Dosyć wspaniałomyślnie bierze się też pod uwagę najróżniejsze okoliczności przestępstwa. Dla przykładu jeszcze kilka lat temu upojenie alkoholowe było uznawane (i ciągle jest w umysłach wielu Koreańczyków!) za czynnik łągodzący w przypadkach nawet najbrutalniejszych gwałtów.

Przestępstwa na tle seksualnym w Korei nigdy nie były zjawiskiem marginalnym. Statystyki idą w górę nie tylko ze względu na realnie zwyżkującą liczbę wykroczeń, ale również ze względu na to, że najzwyczajniej coraz więcej przypadków zgłaszanych jest na policję. Społeczna stygma wobec ofiar przemocy seksualnej jest coraz mniejsza, kobiety stają się coraz bardziej niezależne i pewne siebie, ale także zwiększa się świadomość i wiedza na temat tego, czym jest napaść na tle seksualnym. Po fali niezwykle brutalnych przestępstw na nieletnich (Nayoung Case), w tym dzieci niepełnosprawnych (Inhwa Case) zaostrzeniu ulega również koreańskie prawo. Co ważniejsze jednak bardziej efektywna staje się też jego egzekucja.

W kolejnej audycji „Zakorkowanych” (do odsłuchania poniżej) mówimy z Leszkiem o skali zjawiska, o aktualnej sytuacji ofiar przemocy seksualnej, o postrzeganiu tego rodzaju przestępstw przez przeciętnego Koreańczyka oraz o koreańskim ustawodawstwie w tym zakresie.

Uwaga – audycja jedynie dla słuchaczy o mocnych nerwach!






Hwatu (Go-Stop)


W Korei wielkimi krokami zbliża się Święto Dziękczynienia (Chuseok), co oznacza między innymi, że po jednym z kolejnych sutych posiłków teściowa i PWY z nieposkromioną satysfakcją orżną mnie w karty. Oprócz dumy stracę z tego tytułu cenne zaskórniaki. Taka już moja coroczna dziękczynna dola.

Hwatu

Wszystko zaczyna się od wydobycia z dna szafy zielonego, flanelowego koca, na którym rozegra się karciana jatka. PWY wygładza rozłożony na stole pled, tasuje malutkie, grube karty, każe mi przełożyć, rozdaje. Jak zwykle wygrywam pierwsze rozdanie; to, które ma jedynie na celu przypomnienie mi zasad gry. Poprawiamy się na stołkach, PWY zaciera ręce i szelmowsko się do mnie uśmiecha. Teściowa do sprawy podchodzi ze stoickim spokojem – siedzi ze złożonymi na stole dłońmi, poziewując w poobiedniej atmosferze cielesnego rozleniwienia. 

Karty rozdane, jedziemy z tym koksem. PWY z trzaskiem rzuca karta po karcie na stół coraz bardziej marszcząc czoło w skupieniu. W oku teściowej dostrzegam iskrzenie diabelskich ogników, jej prawy kącik ust uniesiony w skrywanym półuśmiechu. Coś knuje, albo tylko udaje, że knuje próbując w ten sposób zastraszyć przeciwników. Stara wyga. Ja, jak na corocznego nowicjusza przystało, próbuję jedynie za obojgiem nadążyć ciągle plącząc się w kojarzeniu zagmatwanych obrazków. Na koniec wykładam się z drobniaków, a na pocieszenie pochłaniam smakowitą gruszkę.

Hwatu (Wojna Kwiatów), często też nazywana „Go-Stop” lub „Godori”, to bardzo popularna gra karciana mimo że do Korei zawitała podczas okupacji japońskiej w latach 1905-1945 (w Japonii gra ta nazywa się Hanafuda). Już tradycyjnie rozrywka ta jest obowiązkowym punktem rodzinnych spotkań podczas obchodów Księżycowego Nowego Roku (Seollal) oraz Święta Dziękczynienia (Chuseok). Wielu starszych ludzi namiętnie grywa w hwatu w parkach lub u podnóża gór; znane są też przypadki nielegalnych gier o wielkie pieniądze.

Talia hwatu składa się z 48 kart podzielonych na 12 zestawów po 4 karty oraz (zazwyczaj) 4 karty specjalne. Naukę gry należy rozpocząć od zapamiętania, jak każdy z tych zestawów wygląda:




W hwatu najczęściej grają trzy osoby. Osoba znajdująca się po prawej stronie rozdającego przekłada karty na dwie części (rozdaje się wtedy karty z dolnej kupki) lub pozostawia je bez zmian klepiąc górę talii (karty rozdawane są wtedy z całej puli). Rozdający odlicza sobie cztery karty, a następnie w kerunku przeciwnym do wskazówek zegara obdarowuje nimi pozostałych graczy (znowu cztery karty na osobę). Kolejne trzy karty wyłożone zostają na środek obrazkami ku górze. Kontynuując, każdemu z graczy rozdane zostają dodatkowe trzy karty (każdy ma razem siedem kart) oraz dodatkowe trzy karty wykładane są na stół (razem sześć kart). Pozostałe karty pozostają w kupce.

Podstawową zasadą gry jest dobieranie kart z tego samego zestawu i odkładanie ich na bok celem kolekcji punktów. Rozdane karty kojarzy się z tymi, które leżą na stole według zestawów z powyższej tabelki. Gdy nie posiada się żadnej pasującej karty należy wziąć pierwszą z kupki na stole. Gdy nowej karty w dalszym ciągu nie możemy zestawić w parę, zostawiamy ją na stole dla kolejnych graczy. Każde skojarzone ze sobą karty odkładamy na bok – to nasze potencjalne punkty.

Odłożone na bok karty należy układać w „grupy”, dzięki którym obliczymy wynik każdego z graczy:

1. Kwang („Światełka”): kolekcjonowane według chińskiego znaku 光, który oznacza “światło” lub “jasność”.




Punkty:
  • 5 kart = 15 punktów
  • 4 karty = 4 punkty
  • 3 karty = 3 punkty, jeżeli w komplecie nie ma karty kwang poniżej.
  • 3 karty = 2 punkty, jeżeli w komplecie znajduje się karta kwang poniżej.



2. Yul („Zwierzęta”): kolekcjonowane według rysunków zwierząt.




Punkty:
  • 5 kart = 1 punkt; każda dodatkowa karta powyżej pięciu to 1 dodatkowy punkt (np. 6 kart yul = 2 punkty, 7 kart yul = 3 punkty itd.)
  • 7 kart i więcej = podwojenie wszystkich punktów zebranych w grupie kart yul, ale także tych zgromadzonych we wszystkich innych grupach
  • W przypadku zebrania kompletu kart poniżej (ptaki) otrzymuje się 5 punktów (tzw. godori)



Uwaga: Poniższe karty nie uważa się za karty z ptakami:



3.  Tti („Wstążki”): kolekcjonowane według rysunków wstążki (4 „rodziny”!)





Punkty:
  • 5 kart = 1 punkt; każda dodatkowa karta powyżej pięciu to 1 dodatkowy punkt (np. 6 kart tti = 2 punkty, 7 kart tti = 3 punkty itd.)
  • 3 karty z tej samej „rodziny” = 3 punkty (karta z czwartej „rodziny” liczy się jedynie jako karta tti)

4. Pi („Śmiecie”): pozostałe karty, które posiadają jedynie obrazek rośliny bez dodatkowych elementów.





Punkty:
  • 10 kart = 1 punkt; każda dodatkowa karta powyżej dziesięciu to 1 dodatkowy punkt (np. 11 kart pi = 2 punkty, 12 kart pi = 3 punkty itd.)
  • Karty pi poniżej dodają do całkowitej sumy po 2 punkty każda.



Celem gry jest zdobycie jak największej ilości punktów (przed grą określa się monetarną równowartość takowych). W momencie, gdy jeden z graczy ma co najmniej 3 punkty musi zadeklarować się, czy gra dalej („Go”), czy kończy grę („Stop”). W przypadku zakończenia gry do jego 3 punktów dolicza się punkty zdobyte do tej pory przez pozostałych graczy. Jeżeli gracz wyraża chęć dalszej gry jego prawo do „Go”/”Stop” odnawia się jedynie w momencie zwiększenia się ilości jego punktów. W momencie wyrzucenia ostatniej karty można zawołać jedynie „Stop”. W sytuacji, gdzie nikt nie może zawołać „Stop” (bo na przykład nie ma minimalnej ilości punktów), ten sam rozdający ponownie tasuje karty, a w następnej rundzie punkty są podwajane (nagari). Jeżeli jeden z graczy w swoim rozdaniu posiada wszystkie cztery karty dowolnego z dwunastu zestawów opisanych w tabelce powyżej, od ręki otrzymuje 5 punktów (bez doliczania punktów uzbieranych przez pozostałych graczy) i runda kończy się (chong tong). 



I tyle jeżeli chodzi o absolutne podstawy. Do tego dochodzi cała litania punktów ekstra, kart bonusowych, kar, ustaleń indywidualnych; zasad, w których rozeznać się mogą tylko stali gracze. Pewnie dlatego z reguły przegrywam z kretesem, wzbudzając w tym niezrozumiałą wesołość mojej koreańskiej rodziny. Ale nic to – na koniec zjadam moją ogromną gruszkę, którą na utopienie smutków obiera mi teściowa, a wygrana PWY i tak wraca do mojego portfela.

No i ile jest przy tym zabawy!



[Zakorkowani] Pierwsze wrażenia o Korei


Koreański rząd zaprosił ekipę „Dzień Dobry TVN” celem wypromowania swojego kraju w Polsce jako interesującego miejsca pod względem turystycznym (reportaż do zobaczenia w TVN już we wrześniu!). Tuż po przylocie Aneta Cyrnek, Marcin Sawicki i Piotr Siwek odwiedzili studio „Zakorkowanych”, żeby podzielić się swoimi bardzo świeżymi wrażeniami o Korei.





Pierwszą myślą Marcina było to, że Koreańczycy to „karny naród”. Już na lotnisku we Frankfurcie po ogłoszeniu odprawy wszyscy jak na komendę biegli do toalety na ostatnie przed odlotem „siusianie”. To samo w samolocie: zachowanie Koreańczyków było bardzo uporządkowane - w tym samym momencie jedli, oglądali filmy, szli spać. Po przylocie Marcina zaskoczył koreański klimat. Mimo ulewnego deszczu było ciągle gorąco i parno – opady nie przynosiły żadnej ulgi.

Aneta, po lekturze przewodników, wyobrażała sobie Koreę jako kraj niezwykle nowoczesny. Seul okazał się jednak dla Niej „miastem niejednoznacznym”: z jednej strony oszklone drapacze chmur, a z drugiej „rozwalające się budy” i „miejsca przypominające wieś”. Miała również nadzieję, że na kształt Japonii zobaczy tutaj więcej kolorów i indywidualizmu w ubiorze Koreańczyków; że doświadczy absolutnego oczopląsu oglądając sklepowe witryny. Wyzwaniem jest dla Niej ciągle jedzenie metalowymi pałeczkami.

Piotr, jako zagorzały fan motoryzacji, od razu zauważył, że na koreańskich ulicach bardzo rzadko zobaczyć można auta zagranicznych marek; zdecydowana większość to samochody koreańskie. Piotrowi spodobało się to, że mimo ogromnego korka ulicznego i fatalnych warunków pogodowych nikt na siebie nie trąbił. Wszędzie też było czysto.

Naszymi pierwszymi wrażeniami dzelimy się również i my. Leszek opowiada o górach, które zrobiły na Nim ogromne wrażenie, kiedy jechał kilkupasmowymi autostradami z lotniska Incheon do miasta Daejon. Ja z rozrzewieniem wspominam restaurację, w której zjadłam mało identyfikowalny posiłek, po czym zaaferowana doświadczeniem wyszłam bez uiszczenia rachunku, nie zatrzymywana przez posyłające mi miłe uśmiechy ekspedientki. Monika Ko, przyjaciółka obojga „Zakorkowanych”, wspomina niesamowitą życzliwość Koreańczyków i swoje pierwsze zmagania z koreańską nawigacją. I worek koreańskich wonów („miałam miliony!") po wymianie polskich złotych na lotnisku.

O pierwszych wrażeniach mówi się, żę mogą być mylące i że nie należy się nimi za bardzo sugerować. Wraz z dłuższą obserwacją może okazać się bowiem, że realia nie mają nic wspólnego z naszymi pierwszymi odczuciami. Pierwsze wrażenia jednak mają to do siebie, że głęboko wyrzynają się w psychice człowieka i jako takie pozostają tam do samego końca. Z czasem wzbogacić można je bardziej dogłębnym zrozumieniem, większym doświadczeniem, ale emocjonalnie pozostają raczej na tym samym poziomie. W tym chyba ich piękno i doniosłość...






Moja Malezja


Do Malezji po raz pierwszy zawitałam podczas mojej podróży solo po Azji w 2004 roku. Z powodu napiętego harmonogramu udało mi się odwiedzić jedynie Kuala Lumpur oraz wyspę Tioman, na którą dostałam się autobusem i łódką z Singapuru. Malezja wywarła na mnie już wtedy bardzo dobre wrażenie mimo licznych zaczepek ze strony meżczyzn (typowe w krajach muzułmańskich jeżeli kobieta podróżuje sama). Wydawała mi się krajem bogatszym (ale też i droższym) na tle innych krajów Azji Południowo-Wschodniej, z bardzo różnorodną populacją (np. skąpo odziani transwestyci obok kobiet w czarnych, wszystko zasłaniających burkach), o bardzo ciekawej architekturze (pozostałość kolonialnego wpływu Portugalii, Holandii i Wielkiej Brytanii wymieszana z nowoczesnymi budynkami) i niesamowitą przyrodą – do dzisiaj pamiętam ogromnego, starego warana z niebieskim językiem, wielkie żółwie pływające w turkusie przybrzeżnych wód, czy ciekawskie małpki zerkające zza gałęzi lasów deszczowych. Pamiętam też trudności w kupnie orzeźwiającego wieczór piwa (alkohol zakazany jest dla muzułmanów, czyli ok. 58% społeczeństwa) i niedowierzanie na widok muzułmańskich kobiet taplających się w morzu w zestawach snorkellingowych nałożonych na... odkrywające jedynie oczy szaty.













 Od tego czasu odwiedziłam Malezję kilka razy i za każdym razem powracałam z tego kraju z bardzo dobrymi wspomnieniami. Spodobało mi się tam do tego stopnia, że w 2007 roku wybrałam się w podróż poślubną na KotaKinabalu (Borneo), a tydzień temu spędziłam swoje wakacje na Langkawi. To były jedne z najpiękniejszych podróży w moim życiu – nie ma jak wypoczynek na łonie tak wspaniałej natury.











Mówiąc z pozycji osoby, która zna Malezję jedynie na podstawie krótkotrwałych odwiedzin, wydaje mi się też, że Malezyjczycy to raczej wyluzowany naród. W przeciwieństwie do Koreańczyków wśród ludzi nie czuć pośpiechu, jakiegoś wewnętrznego przymusu, żeby szybko gdzieś dojść, czy coś zrobić; wszystko toczy się tutaj swoim własnym, naturalnym rytmem podporządkowanym sile wyższej. Takie podjeście nie jest jednak równoznaczne z lenistwem, czy nieróbstwem. Ani razu nie zdarzyło mi się, żeby coś było źle lub nie na czas zorganizowane. Wręcz przeciwnie – odniosłam wrażenie, że Malezyjczycy poważnie podchodzą do swoich obowiązków; co więcej wkładają w pracę część swojego serca. Malezyjczycy ujęli mnie również swoją uprzejmością i wielkim, połyskującym uśmiechem.

Tak, jak za każdym razem powrót z zielonych krajobrazów do betonu Korei był bardzo trudny. Nawet kimchi smakowało trochę ostrzej niż zwykle. Dobrze było jednak wejść w progi własnego domu, wykąpać się w znajomej łazience i przez cały dzień głaskać stęsknionego i spragnionego miłości kota.


2013.08.03-13_Langkawi and Rebak Island (Malaysia)



[Zakorkowani] Miłość po koreańsku (cz.2)


Koreańscy mężczyźni rzucający się do stóp swych wybranek, Koreanki omdlewające na widok dawnej miłości, żarliwe wybuchy emocji, trzęsące się podbródki, potoki łez; dramaty, których nie powstydziłby się sam Szekspir... To wszystko to powszedni chleb dla widza popularnych koreańskich oper mydlanych. Jak to ma się jednak do koreańskiej rzeczywistości?

Dla tych, którzy w Korei mieszkają odpowiedź jest prosta: nijak. Co prawda przed trzydziestką randkujący Koreańczycy niewiele różnią się od swoich rówieśników za granicą, ale już po przekroczeniu tego magicznego wieku podejście do amorów ulega diametralnej zmianie. To czas, kiedy rodzice oczekują od swojego trzydziestoparoletniego „dziecka” wyprowadzki z domu i spłodzenia własnego potomka.

Presja rodziny i społeczeństwa jest pod tym względem przytłaczająca. Osoby po trzydziestce, które nie mają jeszcze partnera, jak na komendę wpadają w wir aranżowanych randek w ciemno – w weekend potrafią ich odbyć nawet kilka. Uczestnicy takiego spotkania nawzajem analizują się wedle stereotypowych dla danej płci kryteriów. To majstersztyk optymalizacji doboru. W końcu ludzie pobierają się z misją wychowania potomstwa, a nie dla wspólnego zbierania kwiatków na łące.

Koreańskie małżeństwo bardziej przypomina sprawnie działająjącą firmę niż związek ludzi oparty na duchowym partnerstwie. Małżonkowie sumiennie wykonują swoje jasno nakreślone, ale i też rozłączne obowiązki. Żyją w oddzielnych światach: kobieta w domu z dziećmi i z koleżankami na zakupach, mężczyzna w firmie ze swoimi współpracownikami. To świat minimalnych namiętności, gdzie Kupidyn tyje od nieróbstwa oglądając rozdzieranie szat na telewizorach najnowszej generacji.

O miłości romantycznej à la Korea rozmawiamy w najnowszym odcinku audycji "Zakorkowani". Zapraszam do odsłuchania poniżej.








Koreański socjopata


Noże. Pierwszy do otwierania listów, drugi rzeźniczy. Jeden z nich łamie się, kiedy próbuje rozczłonkować ciało dziewczyny. Postępy dokumentuje zdjęciami rozsyłanymi do znajomych. Od dawna ciekawiło go, jak zareagują na wiadomość o tym, że kogoś zamordował. Sam też zastanawiał się, jak to jest odebrać komuś życie. Siedemnastolatkę spotkał miesiąc temu na randce w ciemno. Dzisiaj zaprosił ją do motelu, zgwałcił, a następnie udusił. Nie oczekiwał, że poćwiartowanie ciała ludzkiego zajmie mu aż 16 godzin. Wieczorami, po pracy w coffee shopie dużo czytał w internecie o anatomii człowieka i nie wydała mu się ona jakoś szczególnie skomplikowana. Musi wyjść, żeby zaopatrzyć się w lepszy nóż. Przy okazji kupuje plastikowy worek. Nowe ostrza okazują się do bani. Może nimi jedynie pokroić miękkie kawałki ciała. Spuszcza je jeden po drugim do toalety. Pozostałość umieszcza w worku i jedzie taksówką do domu. Przed wejściem do klatki wyrzuca worek do śmietnika.



<Źródło>


Pytam znajomej Koreanki, skąd ten wysyp socjopatów wśród koreańskiej młodzieży. Odpowiada, że młode pokolenie Koreańczyków pozbawione jest tożsamości. To ludzie, w których wnętrzu zieje ogromna pustka. To sprawnie działające maszyny ograbione z wiary w cokolwiek, również w siebie samego. Niektórzy, żeby ją czymś wypełnić uciekają się do makabrycznych czynów. Poprzez przemoc wyrabiają sobie miejsce w społeczeństwie; dzięku odrzuceniu stają się na zasadzie kontrastu jego częścią. W końcu przynależą.

Za taką sytuację w dużej mierze odpowiada sposób funkcjonowania koreańskiego społeczeństwa. Od przeciętnego Koreańczyka wymaga się, żeby w określonym wieku wszedł on w związek małżeński i spłodził potomka. Na samotną osobę po trzydziestce patrzy się z podejrzliwością. Skoro nie znalazła jeszcze partnera, to na pewno musi być z nią coś nie tak. Kobiety bezdzietne uważane są za niepełnowartościowych członków wspólnoty. Ich funkcja w społeczeństwie to przecież albo żona i matka, albo obiekt seksualny. Na nic pomiędzy nie ma miejsca. Presja społeczna powoduje, że po szczegółowej analizie atrybutów osoby spotkanej na kolejnej z kilkudziesięciu randek w ciemno, człowiek decyduje się na praktyczny związek i posiadanie dzieci. Miłość jest sprawą drugorzędną.

Poczęte w takich związkach dzieci stają się instrumentami w rękach rodziców. Dziecko nie jest owocem miłości dwóch osób, tylko zabezpieczeniem na stare lata; swoistą inwestycją w ich przyszłość. Dla dzieci poświęca się całe swoje życie: matki zrobią wszystko, żeby ich pociechy dostały się za kilkanaście lat na najlepsze uniwersytety; ojcowie muszą na to wszystko zapracować. Dzieci przymusza się do całodziennej nauki okradając je w ten sposób z beztroskiego dzieciństwa i możliwości niezobowiązującej interakcji z rówieśnikami. Z tego względu nie wykształcają one podstawowych umiejętności społecznych – każdy traktowany jest jak potencjalny wróg, rywal w konkursie na wyższy szczebelek drabiny społecznej. Zamiast empatii i wrażliwości dzieci uczy się dążenia do celu za wszelką cenę, po trupach. Konkurencja jest na tyle ostra, że litość, czy pomoc innym rozumie się jako słabość, niepotrzebną stratę czasu.

A potem przychodzi pustka, której niczym nie można wypełnić; którą nie można rozwiązać problemów narastających z wiekiem. Bo w pustce – jak to w pustce – brak jest jakiejkolwiek treści, na której można by oprzeć swoje działania. Bez korzeni, samodzielnie przetestowanych wartości moralnych, osoby takie nie mogą mieć szacunku dla samych siebie; nie mogą mieć wiary, że ich życie ma znaczenie. Jednostki mentalnie silniejsze do końca życia walczą o przynależność zadowalając się jej pozorami: pracą, alkoholem, miłością za pieniądze. Zgadzają się z duchowym spustoszeniem próbując wpasować się w koreańską rzeczywistość, jak najlepiej potrafią.

Niektórzy, jako panaceum na tkwiącą w nich czarną dziurę, wybierają proste wyjście: samobójstwo. To czyste rozwiązanie wszelkich kłopotów dla tych, którzy nie mają już żadnej nadziei. Inni zaznaczają swoją obecność w bardziej dosadny sposób – odwołując się do przemocy, a czasem do czynów przestępczych, które porażają swoją przypadkowością, znieczulicą i brakiem jakichkolwiek wyrzutów sumienia.


Pytam mojej znajomej, jak Koreańczycy reagują na czyny socjopatów, opisywane na pierwszych stronach gazet. Odpowiada, że ludzie nie mają już „miejsca” w swoim życiu na analizę źródeł takich zachowań. Cieszą się tylko, że zdarzyło się to komuś innemu i... grubo po północy sami odbierają swoje dzieci-inwestycje ze szkolnej biblioteki.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...