Oszczędności



Od rana szczękające zęby. Z siedzącą niedaleko sekretarką, opatulone w koce, zastanawiamy się do kogo by tu zadzwonić. Po porannej kawie rozważam narzucenie płaszcza. Myślę sobie jednak, że być może trochę dramatyzuję. Zamiast tego oplatam więc swoje fioletowe z zimna palce na gorącym kubku z herbatą. Zieloną. Dla zdrowia.

Przychodzi pan ze śrubokrętem. Szturcha wywietrzniki i stwierdza, że wszystko jest w porządku. Uśmiecha się serdecznie i dodaje, że na naszym piętrze jest po prosut zbyt mało ludzi, żeby włączyć pełne ogrzewanie.


O mamie, która nie jest rodziną


Nie dalej jak tydzień temu udałam się z PWY do urzędu imigracyjnego celem załatwienia dla mnie wizy rodzinnej. PWY musiał dostarczyć szereg dokumentów potwierdzających, że jest mnie w stanie utrzymać (!). Podobnych papierów ode mnie nie wymagano mimo że pracuję w o wiele większej firmie i zarabiam... no cóż...~~

Razem z szeregiem ubliżających mojemu kruchemu ego dokumentów PWY przedstawił urzędnikowi swój akt urodzenia. Akt urodzenia jest nowinką wdrożoną od początku tego roku. Wcześniej, jak już pisałam, wypis z rejestru rodzinnego mężczyzny był jednocześnie aktem urodzenia, aktem małżeństwa (też żony...) i pewnie wieloma innymi rodzajami dokumentów, o których nie mam pojęcia.

Na widok aktu urodzenia PWY lekko zdębiałam. A potem wpadłam w furię taką, że aż rozbolała mnie głowa. Chyba dlatego że nie było kogo pogryźć w pobliżu.

PWY z ojcem kontaktu nie ma od lat. Dawno dawno temu w jego rodzinie rozgrywały się iście dantejskie sceny, o których wolałabym tutaj nie wspominać. W rezultacie rodzice PWY rozwiedli się, a jego Mama sama wychowała dwóch synów i zapewniła im edukację (w Korei jest ona płatna!). Tutaj chciałabym podkreślić, że co jak co ale samotne wychowanie dwóch synów jeszcze 30 lat temu (teraz też do najłatwieszych to nie należy) to naprawdę heroiczny wyczyn. Kobiety nie miały doświadczenia zawodowego (po zamążpójściu zajmowały się domem i dziećmi), w związku z czym nie miały szans na jakąkolwiek karierę. Nikt kobiety z dziećmi nie zatrudniał (i to rozwódki...), a państwo nie oferowało żadnej zapomogi... Do tego dorzucić należy wszechobecny i dosyć przerażający męski szowinizm (niezmiernie kąsający do dziś) i postrzeganie rozwodników, jako osób, z kórymi „coś jest nie tak”. Patrząc na PWY naprawdę jestem pełna podziwu dla tej Kobiety.

Tak czy owak zdębiałam. Na kartce papieru widniały dane PWY i jego... ojca. Wiersz „matka” wiał oschłą , białą pustką.

Mama PWY prawnie nie jest jego rodziną. 
Z powodu rozwodu...


Oczy



- Jaki kolor mają moje oczy? – Odchylam głowę do tyłu i czuję ciepły oddech PWY na swojej twarzy. Uśmiecham się filuternie.
- No przecież zamknęłaś to skąd mam wiedzieć? – Oboje wybuchamy śmiechem. Ja ciągle z zamkniętymi oczami.
- No powiedz!
- Brązowe.
- Wcale nie. Zielone. – Czuję jego dłonie na mojej twarzy. 
-  Brązowe. Zielone robią się tylko w słońcu…


Bliskość



Są tacy mężczyźni, co to potrafią odkryć kobiety niebywałość. To, że w słońcu jej brązowe oczy robią się szmaragdowe. To, że wypowiadając żart figlarny lekko potrząsa głową. Że ma zalotnego pieprzyka powyżej lewej piersi i też tam po prawej stronie na szyi. Że na lewym przedramieniu, jakby się dokładnie przyjrzeć, dostrzec można słodkie skóry wgłębienie. Że za każdym razem przed zaśnięciem musi napić się wody i nawilżyć usta balsamem, a po obudzeniu mruczy jak kot, gdy się ją delikatnie gładzi. Wiem, że są tacy mężczyźni, co się potrafią tą niebywałością zachwycić. 

Czasem wydaje mi się, że jesteśmy nie razem, a obok siebie. Tak bardzo przypadkiem jak osoby stojące w kolejce do okienka z biletami.  

I nie wiem. Naprawdę nie wiem, na czym polega moja i PWY bliskość. 
A przecież oboje jesteśmy jej więźniami.


Muzyka ważniejsza



Jak mi się naładuje mp3 player to jadę do tego muzeum. Jak nie to pierdolę - muzyka ważniejsza”.

Do Korei przyleciał Głupi Fiut. Już trzeci raz po przeprowadzce z Seulu do Brukseli, a potem do Londynu. I znowu sycę się jego pokładami energii bez dna, nieposkromioną szczebiotliwością, optymizmem i uwielbieniem dla ostatnich trendów Świata Sztuki. Na nowo zawitała świeżość. 

Chłopak zagarnął Matiza z parkingu przed moim domem i ładuje właśnie swojego mp3, co by wyruszyć w dalszy podbój Seulu przy akompaniamencie bardzo głośnej jak podejrzewam Muzyki.  Mam nadzieję, że Matiz to przetrzyma...

Ale Muzyka ważniejsza przecież jest.


Wykopane z szafy



Płaszcz czarny ze skóry. Lat około trzydziestu.
Mój nieżyjący już dziadek, krawiec, uszył go swojej córce, gdy ta była ze mną w ciąży. Pamiętam, jak mama była koniem, a pasek od tego właśnie płaszcza robił mi za lejce. Pamiętam też gdy w glanach, w brązowej spódnicy do ziemi, w rozpuszczonych długich włosach i z kolczykiem w nosie jechałam w nim na „Fatih no more” do Spodka. 

Kurtka z dżinsu. Lat ponad piętnaście.
Nabyłam ją za grosze w jakimś lumpeksie przy okazji wizyty u kuzynki Magdy. W nocy z kuzynką ześlizgiwałyśmy się z balkonu i biegałyśmy na soczyste czereśnie. Do tej pory pamiętam bunkier, zapach traw, magiczne świetliki, tego chłopca z pełnymi, słodkimi ustami i gwiazdy. Tak jasne, że aż rażące. W ich blasku próbowałam odczytać swój Los. 

Torba z włóczki. Lat ponad piętnaście.
Kiedyś kupiłam sobie niebieską torbę z dziwnego materiału. Po jakimś czasie zdecydowałam się ją uprać a torba ta, która w międzyczasie stała się moją ukochaną, najzwyczajniej na świecie... rozpuściła się. Mama, widząc moją rozpacz, zrobiła mi identyczną na szydełku, wzmocniła dratwą a nawet uszyła wyściełanie z kieszonką. Z torbą tą chodziłam zawsze i wszędzie.

Buty czarne ze skóry. Lat około dwunastu.
Założyłam je jeden jedyny raz. Na studniówkę swojego późniejszego męża. Ciągle pasują mimo że mąż już nie ten.  

To, i wiele innych rzeczy, wykopałyśmy z mamą z przykrytych kurzem waliz. Teraz są w innej walizie. Tej odprawionej już do Korei…

Polski chleb na śniadanie



Znowu jem od kilku dni. 

Czasu tylko tak bardzo za mało. I na wszystko.
Nawet na zwykłą Dobroć. Bo nieuchronność szybkiego powrotu irytacji sprzyja. 

Na pewność, że suknia, którą wybrałam w za szybkim czasie jest TĄ właśnie.
Ważne, bo o ślubnej mówię.


Akt małżeństwa



Nasz koreański ślub miał miejsce 9 czerwca 2007 roku. W Korei sama ceremonia nie ma mocy prawnej (jedynie psychologiczną – po ceremoni bowiem istnieje społeczne przyzwolenie na wspólne mieszkanie) ale byliśmy przekonani, że podczas rejestracji naszego związku to właśnie 9 czerwca będzie brany pod uwagę. O naiwności! 

Do urzędu poszliśmy w październiku. Wtedy dopiero okazało się, że naszą oficjalną datą zawarcia małżeństwa jest dzień wpisania mnie do rejestru rodzinnego PWY – 19 października 2007. Biorąc pod uwagę fakt, że ślub w Polsce będzie miał miejsce 14 czerwca 2008 roku, mogę obchodzić TRZY rocznice ślubu. Romantycznie… 

Mało romantyczny jest jednak sam koreański akt małżeństwa. Dokument ten mianowicie jest zwykłym rejestrem rodzinnym mężczyzny, wydawanym przez odpowiedni organ na każdorazową prośbę petenta (ok. 2PLN), mającym określony okres ważności. Prawdę mówiąc zajęło mi trochę czasu, żeby znaleźć własne nazwisko wystukane bardzo malutkimi literkami gdzieś na samym dole dokumentu. Jedyne dane dotyczące mojej osoby to nazwisko (jedynie po koreańsku!), data urodzenia, narodowość oraz data wpisania mnie do rodziny PWY (właśnie 19 października 2007). Cała reszta to dosyć dokładne drzewo genealogiczne PWY opisujące członków jego rodziny włączając w to nawet adres zamieszkania każdego z nich… Co więcej każde imię i nazwisko spisane jest pogrubioną, dużą czcionką i każdy ma jedną stronę dokumentu tylko i wyłącznie dla siebie…


Po Tajsku


Nie jestem zbyt dużym fanem Tajlandii. 

Pierwszy raz udałam się tam w roku 2004. Na starym wtedy lotnisku załatwienie wizy na 15 dni nie stwarzało jeszcze jakichś większych problemów.

Bangkok wydał mi się zbyt hałaśliwy, zbyt duszny, zbyt tandetny uwielbieniem dla pary królewskiej (wydaje mi się, że liczba obrazków Panny Świętej w Polsce nie umywa się do liczby naprawdę kiczowatych obrazów tajskiego króla i królowej) i zbyt zasmucający seks turystyką. 

Khao San kipiało burzliwym życiem nocnym, z pijanymi transwestytami, gejami, oraz starszymi łysiejącymi Niemcami obejmującymi najczęściej dwie tajskie dziewczynki swoimi tłustymi, spoconymi ramionami. Były rozrywane koszulki w emocjonalnych aktach zazdrości, wyprężone nagie piersi, półdupki, włosy łonowe, obmacywanie, striptiz i więcej jak tylko ktoś chciał. Sodoma i Gomora.

Uciekłam na Koh Tao, gdzie spędziłam resztę mojej wizyty w Tajlandii.

Jest rok 2007. Na nowym, zbyt dużym i totalnie zdezorganizowanym lotnisku każą mi wypełnić kilka niepotrzebnych druków, przeliczają skrupulatnie pieniądze w obecności kilkudziesięciu innych obcokrajowców, każą czekać, robić zdjęcia, znowu czekać, pójść tam i tu, no i w końcu płacić. Po dwóch godzinach dostaję wizę. Bagaż znajduję dopiero po kolejnej pół godzinie. W międzyczasie bowiem został odholowany z pasa.

Bangkok jest taki sam jaki był. Zbyt, zbyt, zbyt. Khao San za to przeobraził się w porządną ulicę z niezłymi barami, ekskluzywnymi sklepami i nieco lepiej wyglądającymi straganami. Ba! Nawet bruk położyli. Normalnie boulevard!

Potem zrozumiałam, że cały brud przeniósł się do Phuket. Konkretnie w rejony Patong Beach, gdzie spędzałam wakacje. Jakże smutno mi było! Podstarzali panowie, nieudacznicy życiowi w różnym wieku, młodzieńcy kosztujący wolności, dewianci seksualni. Tanie "to i owo" bądź tajski masaż na krótką chwilę (goła panienka smaruje się oliwą i nagim ciałem masuje klienta) lub kupno ciała na cały pobyt (bardzo popularne). Wszystko bez cienia zażenowania. Z błogim (niemal anielskim!) uśmiechem na twarzy. Jest popyt są i usługi. 

Nie mogłam pozbyć się myśli, że to właśnie biali zrobili z Tajlandii to, czym jest teraz. Stąd smutek. Z powodu odzwierciedlenia tego, co potrafią z nas zrobić pieniądze…

I właściwie to już chcę tylko pamiętać o tym rekinie leopardzim, z którym dryfowałam na dnie morza przez dłuższą chwilę. I o tym, że na czas zdążyłam pomóc PWY pod wodą, kiedy to butla wysunęła mu się z rzepa...


Rekin leopardzi i ja



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...