Starsi Wspólnicy Porannego Spokoju


Jest ich pięciu.

Pierwszego spotykam około godziny siódmej rano tuż po wyjściu z klatki bloku, w którym mieszkam. Jak co dzień buszuje po podwórku w poszukiwaniu najmniejszych papierków, które skrupulatnie zagarnia na swoją śmietniczkę. Czasem odpowiada na moje pozdrowienie w ogóle nie zaszczycając mnie spojrzeniem, tak jest zaabsorbowany swoim zajęciem. Innym razem już z dala macha mi na powitanie. Starszy mężczyzna, który potrafi być na tyle szarmancki, żeby zanieść mi ciężką pakę z kocim piaskiem aż pod same drzwi. To Pan Odźwierny.

Pana Z Psem spotykam na zakręcie minutę później. Dzień w dzień stoi tam ze swoim pupilkiem. Zwierzak jest już tak stary, że większość czasu przeznaczonego na poranny spacer spędza zupełnie zesztywniały w ramionach swojego właściciela. Widać, że jest mu dobrze. Od czasu do czasu stoi nieruchomo koło swojego Pana i przygląda się, jak ten sam rozprostowuje swoje równie zdrętwiałe wiekiem kości. Pasują do siebie jak Flip i Flap.

Pana Profesora spotykam na przejściu dla pieszych. Jego sztywne, długie, zupełnie białe włosy wystają spod kaszkietu jak snopy siana. Chodzi energicznie, wymachując do rytmu skórzaną teczką trzymaną w lewej ręce i laseczką dla równowagi w prawej. Kiedyś pogroził mi nią, kiedy przebiegałam przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Ostatnio zaczął do mnie mówić „Hi” więc chyba zostałam w jego oczach ułaskawiona.

Tuż po Panu Profesorze mijam Pana Gimnastykę. Każdego poranka ćwiczy zamaszyście wzdłuż alejki platanowców prowadzącej do metra. Jest bardzo, bardzo stary i każdy ruch wykonywany na urządzeniach wprowadza jego wątłe ciało w budzące czułość drżenia. Ma przy tym dobroduszne spojrzenie i cudownie ciepły uśmiech, którym obdarowuje mnie szeroko, za każdym razem kiedy się mijamy. Dzisiaj rano życzył mi też „żebym zawsze była zdrowa”.

Pucołowatego Pana Mnicha spotykam około godziny ósmej przed budynkiem firmy, gdzie pracuję. Ciągle jest dla mnie zagadką, gdzie zmierza codziennie w swoim szarym habicie, brązowych glanach, fioletowym szaliku, dwóch czapkach na głowie (niezależnie od pory roku!)  i dużym plecaku. Na razie oswajamy się tylko wzrokiem wymieniając minimalne uśmiechy rozpoznania.
  
Jest ich pięciu i każdy wzbudza we mnie zupełnie inne odczucia. Ocieramy się o siebie jak starzy, dobrzy znajomi jednocześnie nic o sobie tak naprawdę nie wiedząc. To bardzo szczególny układ. Cieszę się, że stoją na mojej drodze każdego poranka i będzie mi smutno, jeśli kiedyś któregoś zabraknie. Być może będę nawet tęskniła.



Porcelana


Zazwyczaj mam raczej ogólny koncept tego, co chcę ulepić. Zapalam światła, włączam radio (ale niezbyt głośno, żeby ciągle słyszeć kłócące się na ulicy wróble) i przygotowuję sobie stanowisko do pracy: plastikowe krzesełko, walec wilgotnej gliny, żyłkę do odcinania jej kawałków, wodę z gąbką do wygładzania powierzchni, drewniany wałek, pilśniową podstawkę i obrotowy stolik. Potem zakładam fartuch i rozglądam się po warsztacie za nowościami ulepionymi przez moją koreańską nauczycielkę. Nie waham się użyć jakiegoś kształtu, motywu, który akurat przypadnie mi do gustu. Prawdopodobnie w trakcie lepienia albo przyjdzie mi do głowy jakaś modyfikacja, albo ze względu na moje ograniczone umiejętności wyjdzie z tego i tak zupełnie coś innego.


Waza na kwiaty

Zaczynam lepić. Najpierw rozwałkowuję glinę wałkiem i wycinam z niej pożądany kształt podstawy naczynia. Następnie, już dłońmi, rolkuję kawałki gliny w równomierną rurkę i otaczam nią podstawę naczynia. I tak sznurek gliny po sznurku, aż ich kolejne poziomy po jakimś czasie stworzą pożądaną formę. Każdą warstwę nałożonej gliny wygładzam przemieszczając opuszkami palców nadmiar gliny w górę lub w dół – tak tworzy się jednolita powierzchnia naczynia. Co jakiś czas pełnymi dłońmi delikatnie poprawiam kształt ściskając ku sobie miejsca, gdzie budulec wymknął się spod kontroli. Potrzeba do tego dobrego nastawienia, cierpliwości, łagodności, koncentracji i śmiem twierdzić, że również pewnej dozy szczerego uczucia. 

Miseczki na ryż

Glina jest przyjemnie chłodna, pulsuje życiem, jej dotykanie w jakiś sposób oczyszcza. Czasem poddaje się ona moim wszelkim zamysłom, a czasem jest tak, że to ona rządzi mną rzeźbiąc siebie w kształt, którego w ogóle nie oczekiwałam. Rzadko, ale zdarza się też, że z całych sił oponuje i zupełnie nie możemy wtedy dojść do porozumienia. Za każdym razem jednak jest to pewnego rodzaju medytacja, po której pozostaje błogi spokój i zgoda na to, co się dzieje wokoło. Proces lepienia, tworzenie czegoś z niczego, wydobywanie formy, uczucie i koncentracja, jakie się temu poświęca to sposób na dostąpienie czegoś boskiego bez względu na ostateczny rezultat. To niesamowite katharsis.

Świecznik

Nie wiem zbyt wiele o porcelanie, czy lepieniu z gliny; nie mam też w tym zakresie większych ambicji. Jest to jednak dla mnie bardzo ważne zajęcie. Około czterech lat temu natknęłam się na warsztat obok domu i postanowiłam spróbować. Co sobotę przychodziłam na zajęcia razem z dwiema starszymi Koreankami. Nauczycielka nauczyła nas podstaw i przez jakiś czas lepiłyśmy razem z nią identyczne formy. Mimo atmosfery jarmarku (kobiety przekrzykiwały się w opowieściach o swoich mężach i dzieciach; wylepianie z gliny było tylko pretekstem do spotkań i wynurzeń) udawało mi się czasem odessać z rzeczywistości i cieszyć się tym, co robię. Nie było to trudne, gdyż kobiety po wymianie zwykłych uprzejmości, szybko o mnie zapominały. Po jakimś czasie nasze zgrupowanie wykruszyło się, a że moja nauczycielka rozpoczęła akurat zajęcia sobotnie poza warsztatem, po których zaraz biegła na Insadong sprzedawać swoje wyroby, miałam całą salę dla siebie. Od tamtej pory chadzam do jej atelier, które albo zostawia otwarte (żadnego wandalizmu, czy złodziejstwa – a drzwi są niekiedy otwarte na oścież), albo pozostawia mi kluczyk w ukrytym miejscu. Zdecydowanie wolę samotność w swoim lepieniu. Pozwala mi ona na spełnienie.

Wazonik

Lepiąc aniołka...

____________________________________________________
Ceramika jest integralnym elementem koreańskiej kultury. Już za czasów dynastii Goryeo (918-1392) koreańskie wyroby ceramiczne zaczęły zyskiwać uznanie na całym świecie mimo że do złudzenia przypominały te pochodzące z Chin. Za dynastii Joseon (1392-1910) nastąpił prawdziwy rozkwit tej dziedziny sztuki, z charakterystyczną porcelaną seledynową („celadon pottery”). Korea przodowała w bardzo trudnej technice otrzymywania właściwego odcienia zielonkawego koloru i do dziś najbardziej jest znana właśnie z tego rodzaju porcelany (moja nauczycielka namiętnie maluje wszystkie naczynia na ten właśnie kolor...).


Celadon Prunus Vase, Goryeo, 14th Century, Clay
Źródło: www.leeum.samsungfoundation.org 

Więcej zdjęć:

Długo wyczekiwane Spotkanie


Po raz pierwszy miałyśmy spotkać się lata temu w Donsol na Filipinach. Od dawna chciałam Ją zobaczyć na żywo, zachłysnąć się Jej majestatycznym pięknem, pobyć chwilę u Jej boku, choć odrobinę zarazić się Jej splendorem. Nie mogłam się doczekać. Razem z Psiółką Dominiką i Psiółkiem Jakubem, których zaciągnęłam na ten zapomniany skrawek Ziemi prawie że siłą, spędziliśmy dłuższy czas na chyboczącej się rybackiej łodzi oczekując na Jej przybycie. Słońce coraz intensywniej zaczynało kąsać nasze blade, nieprzyzwyczajone do tropików skóry – a Jej ani widu ani słychu. Po jakimś czasie na horyzoncie naszych nastrojów zaczęły pojawiać się ciemne chmury. Wbrew twardej logice wykładanej mi przez Psiółka Jakuba, upierałam się przy kolejnych piętnastu minutach, bo a nuż może po prostu spóźni się. Zdarza się to przecież najwspanialszym Kobietom, a już szczególnie tym o prawdziwie wolnej duszy. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie pojawiła się. Z nosami zwieszonymi na kwintę, krztynkę rozdrażnieni niepowodzeniem, zapakowaliśmy manatki i udaliśmy się na White Beach zaznawać bardziej przyziemnych rozkoszy. Moją była sztampowa Cuba Libre z przerwami na San Miguel. A może odwrotnie.


Wypatrywanie w miejscu gdzie
powinna się pojawić Ona.

Jakub i Dominika widocznie już znudzeni 
oczekiwaniem...

Pomocny rybak wdrapał się na maszt,
co by nie przegapić Jej przybycia.


To było w Święta Bożego Narodzenia w 2006 roku. Teraz ponownie nadarza się okazja, żeby Ją zobaczyć i tak jak ostatnim razem dostaję wypieków na samą myśl o Jej planowanym przybyciu. Tym razem jednak jestem o wiele lepiej do tego spotkania przygotowana. Po pierwsze umówiłam się z nią w kilkunastu różnych miejscach, w różnych dniach i o różnych godzinach. Będę Jej zacięcie wypatrywała przez cały nadchodzący tydzień tak, żebyśmy się czasem nie rozminęły. Bo to ten typ Kobiety, która chadza sobie tylko znanymi ścieżkami i o nikogo względy nie zabiega. Ostatnie kilka tygodni spędziłam też na basenie i na siłowni, żeby być w stanie dotrzymać Jej tempa i zapanować nad własnym zachwytem, jak już się pojawi – byłabym rozgoryczona koniecznością rejterady z powodu zbyt szybko zużytego tlenu.

Już jutro lecę na nurkowe spotkanie z moją RekinicąWielorybią...  



Ja i Whale Shark - wizualizacja z Wikipedii :)




Pansori


Obserwując charakterystyczne ruchy tułowia, rąk i głowy potrafiłam intuicyjnie wyobrazić sobie sposób, w jaki wydaje się te wszystkie wspaniałe dźwięki. Nie miałam nigdy jednak sposobności (odwagi?), żeby samej spróbować. To tak, jak z ludźmi, którzy na szczycie góry nie potrafią lub nie widzą potrzeby krzyczeć z całych sił. Jest taka przypowiastka o mistrzu i uczniu. Na niebie pojawia się pierwszy na świecie samolot. Podekscytowany uczeń próbuje zwrócić uwagę mędrca na obiekt w górze, ale ten niewzruszony odpowiada „potrafię sobie to wyobrazić” i idzie dalej.


Występ pansori (판소리)
<Źródło>

Kilka tygodni temu przemogłam się. Jechałam z PWY samochodem, kiedy w radio natknęliśmy się na audycję poświęconą temu rodzajowi śpiewu. Po krótkiej części teoretycznej nastąpiła kilkunastominutowa nauka wydawania podstawowych dźwięków. Razem z PWY powtarzaliśmy melodyczne instrukcje wypełniając wnętrze samochodu gardłowymi okrzykami. To była nie tylko przednia zabawa, ale też i prawdziwie wyzwalające doświadczenie. Wydobywanie niskiego głosu z głębi trzewi dodaje jakiejś niesamowitej siły, pozwalając jednocześnie na pozbycie się kotłujących się tam (a nie w głowie!) upiorów. Po odśpiewaniu kilku fragmentów czułam się jak po medytacji.


Śpiewaczki pansori (판소리)
<Źródło>

Nauka pansori (판소리) u Mistrzyni Park Nok-ju.
<Źródło>

Żeby opanować technikę śpiewu pansori (판소리) potrzeba podobno co najmniej dziesięciu lat. Wielu adeptów tej sztuki traci przy tym głos lub pluje krwią z powodu nadwyrężenia strun głosowych. Nie jest to więc zajęcie dla każdego. Prawdopodobnie z tego powodu jest to tradycja coraz rzadziej praktykowana i dlatego też w latach sześćdziesiątych pansori uznane zostało przez koreański rząd za „National Cultural Intangible Property” (w wolnym tłumaczeniu: „Kulturowe Niematerialne Dziedzictwo Narodowe”), a UNESCO wpisało pansori na listę „Arcydzieł Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości”. Otworzyło to drogę do finansowego wspomagania popularyzacji tej tradycji. Dzięki takiemu podejściu wystąpienia pansori ciągle oglądać można na dedykowanych festiwalach, w teatrach, czy tradycyjnych restauracjach. Ja sama pięć lat temu miałam okazję odsłuchać mojego ulubionego utworu „Sarangga” („사랑가”), czyli „Pieśni o miłości” podczas tradycyjnego ślubu z PWY.


"Sarangga" ("사랑가") - "Pieśń o miłości"


"Sarangga" ("사랑가") - "Pieśń o miłości"


Pansori to oprócz skomplikowanych dźwięków wspaniały rytm wybijany na bębenku buk (), który wywołuje u mnie obrazy półnagich tancerzy zapamiętanych w plemiennym, dzikim tańcu. Czuję w nim jakąś pierwotną magię, ogromny ładunek zmysłowości. Jest jak kojący powrót do pradawnych źródeł. Może to skojarzenie zbyt daleko posunięte, ale rytm pansori przywodzi mi też na myśl wolniejszą, gorącą muzykę R&B. Nieodzowną częścią pansori są też elementy tańca wywodzącego się z szamańskiej tradycji odstraszania złych duchów tzw. salpuri (살풀이) oraz tradycyjnego tańca z wachlarzem buchaechum (부채춤). 


Salpuri (살풀이) - szamanistyczny taniec


Buchaechum (부채춤) - tradycyjny taniec z wachlarzem


Pansori to sztuka interaktywna. “Pan” oznacza “miejsce, gdzie spotyka się wiele osób”, “sori” to “dźwięk”. Tradycyjnie „zespół” składał się ze śpiewaka - kwangdae (광대), bębniarza - gosu (고수) oraz publiczności - kugyeongkkun (구경꾼). Wykonanie utworu, będącego najczęściej którąś z opowieści ludowych, zajmowało czasami nawet kilka godzin. Tak więc publiczność oraz bębniarz aktywnie wspierali śpiewaka wtrącając do jego opowieści okrzyki zachęty chuimsae (추임새). Chuimsae to nie przypadkowe odgłosy, ale słowa i dźwięki wydawane w odpowiednich momentach, co również implikowało konieczność rozumienia przekazu wokalisty oraz posiadanie artystycznego wyczucia. Śpiewak od czasu do czasu kontynuował też swoją opowieść przemawiając do publiczności. Dzięki takiemu trójstronnemu zaangażowaniu całe przedstawienie miało bardzo szczególny charakter – każdy po części mógł stać się artystą.

Współczesne przedstwienie pansori (판소리) 
<Źródło>

Pansori narodziło się  w XVII wieku w południowo-zachodniej części Korei. Czas jej świetności przypada na wiek XIX, a od lat sześdziesiątych XX wieku sukcesywnie sztuka ta wymiera. 

A ja mogłabym słuchać, słuchać i słuchać...


"Simcheongga" ("심청가") - "Pieśń o Sim Cheong" (Sim Cheong to imię dziewczynki opiekującej się swoim niewidomym ojcem. Opowieść tutaj.)





Pazurek


Boję się pisać o Koreankach. Po dziesięciu latach spędzonych w Korei ciągle są to dla mnie istoty z jakiejś odległej planety, której próżno szukać na mapie wszechświata. I nie chodzi tutaj o kobiet tych wschodnią egzotykę, która miałaby za sobą nieść obietnicę mentalnych i fizycznych odsłon (znam obcokrajowców, którzy po ożenku z Koreankami musieli się po jakimś czasie z kraju ewakuować), a o pragmatyczną dwulicowość, którą się charakteryzują. Podkreślam – „pragmatyczną”. Jest taka scena w „Sex and the City”, która świetnie to obrazuje. Samantha poznaje nowego kochanka, w którego domu służącą jest potulna Tajka. Jak tylko właściciel domu opuszcza swoje posiadłości Tajka z miejsca zamienia się w krwiożerczego wampira. Do tego tak potrafi manipulować żyjącym w błogiej nieświadomości mężczyzną, że aż przybiera to postać niezłej farsy. Nic dodać nic ująć.



Tych niesamowitych transformacji Koreanek doświadczyłam nie raz. Dzieje się to niemal automatycznie, jakiś intuicyjna zapadka przeskakuje w ich umysłach w zależności od sytuacyjnego ząbka. W obecności mężczyzn przybierają postać rozkosznych dziewczynek: usta w dzióbek, maślane oczka, głosiki sugerujące możliwość nagłego zasłabnięcia, trzepotanie rzęs, zakrywanie dłonią uśmiechu, przebieranie nóżkami, przesłodzone, pozbawione treści odpowiedzi. Po wejściu do damskiej toalety ich spojrzenia hardzieją, sylwetka mężnieje, uśmiech spływa z twarzy, głos tnie powietrze, jak najostrzejszy sztylet. Nagle stają się silnymi, niepodległymi jednostkami, którym lepiej w drogę nie wchodzić. Zjawisko to, bez żartów, przeraża mnie.

<Źródło 1>, <Źrodło 2>


Ten niezwykły dar przeobrażania się koreańskich kameleonek zawsze zbijał mnie z pantałyku. Instynkt samozachowawczy nakazywał mi do kwestii koleżeństwa z Koreankami podchodzić z dużą ostrożnością. Dlatego trzymałam się raczej na uboczu, obserwując, dając sobie czas na wyciągnięcie wniosków, a jednocześnie zachowując z koreańskimi kobietami relacje poprawne, acz powierzchowne. Nie było to dużym wyzwaniem, ponieważ pracując najpierw w systemach telekomunikacyjnych, a następnie w przemyśle ciężkim z wieloma przedstawicielkami płci pięknej do czynienia nie miałam. Nie było to dużym wyzwaniem również z tego powodu, że tematyka połowu najlepiej rokującego kandydata na męża, nowości torebkowych, najlepszych lekarzy chirurgii plastycznej, czy najbardziej efektywnych kosmetyków, obchodziły mnie jak zeszłoroczny śnieg. W taki to sposób żar mojego antropologicznego zacięcia w tej materii stopniowo, co przyznaje z niejakim wstydem, wypalił się.


<Źródło>

W zeszłym roku moje życie zawodowe nabrało kolorów. Otrzymałam swoją własną grupę składającą się z... dwóch Koreanek. Po szybkiej orientacji oceniłam, że sytuacja nie przedstawia się najgorzej. Pierwsza z dziewczyn, nazwijmy ją na potrzeby tego wpisu „Zuzką”, najpierw dała mi do zrozumienia, że nie wyobraża sobie mnie w roli jej szefa, ale po jakimś czasie fochy jej wyraźnie przeszły. Bardzo pozytywnie wpłynęła na mnie świadomość, że świetnie mówi po angielsku, że wychowywała się przez jakiś czas za granicą i że dokładnie wie, jak poruszać się w zawiłej strukturze firmy. Kogoś takiego potrzebowałam. Druga dziewczyna, świeży narybek, również okazała się niczego sobie – silna, ale jednocześnie dobrotliwa osobowość, typ proaktywnego, sprawiedliwego przywódcy, a do tego jeszcze słoneczny żartowniś. Po kilku miesiącach stwierdziłam, że całe moje skostniałe postrzeganie Koreanek musi podlec gruntownej rewizji. Byłam swoim odkryciem zachwycona. Dziewczyny słuchały, co się do nich mówiło, były pracowite, niezależne, zmotywowane efektami swoich wysiłków. Razem dyskutowałyśmy o projektach, dzieliłyśmy się informacjami i planami na tydzień – wszystko przy porannej kawce. Po ośmiu latach mojego życia zawodowego w pracy zawiało w końcu odżywczą świeżością. Rozentuzjazmowana  zaprosiłam dziewczyny kilka razy na prywatki do domu, a nawet dałam pogłaskać im Nabi. Z Zuzką sprawy zaszły jeszcze dalej – raczyłam ją szczegółami życia osobistego, dzieliłam ciężko wypracowanymi przez lata arkanami sztuki zawodowej (czyli „jak odnieść sukces pośród koreańskich mężczyzn”), udzielałam najszczerszych porad co do romantycznych relacji damsko-męskich. Mimo wielu przepastnych różnic w naszym pojmowaniu świata uznałam Zuzkę za coś na kształt lokalnej przyjaciółki. 



<Źródło>

Sielanka przerywana minimalnymi tylko zgrzytami trwała do niedawna. Do czasu, kiedy to szef zdecydował się zabrać w podróż służbową mnie, a nie moją podopieczną. Zuzkę z lekka trafił szlag, bo ja projekt jedynie nadzorowałam, a ona wykonała większość czarnej roboty. 

<Źródło>


Niesprawiedliwość w miejscu pracy, a już szczególnie w koreańskim miejscu pracy, nie jest niczym wyjątkowym („shit happens”) więc wydawało mi się, że prędzej czy później Zuzka wygładzi nastroszone piórka i przejdzie nad sprawą do porządku dziennego. Srogo myliłam się. W mailach otrzymywanych już za granicą zaczęłam wyczuwać jakieś niedobre wibracje. Na tę chwilę jednak głowę zajętą miałam innymi sprawami, a w wolnym czasie odczuwałam wewnętrzny przymus, żeby kibicować polskiej drużynie w rozgrywających się właśnie meczach Euro 2012. Stąd kwitowałam te pierwsze symptomy – jak się później okazało – nadchodzącego sztormu jako przelotne i niegroźne Zuzki „fiubździu”.


<Źródło>


Zuzka tymczasem zza biurka metodycznie dopieszczała detale swojej vendetty. Korzystając z mojej nieobecności odpowiednio wymościła grunt pod przyszłe pułapki, w skupieniu godnym Rambo ostrzyła białą broń (jej górna warga drgała przy tym nieznacznie).    


<Źródło>

Pierwszym pazurkiem przedzieliła mnie przez twarz zaraz po moim powrocie do Korei. Było to tylko niewielkie zadrapanie więc wspaniałomyślnie zrzuciłam jej wyskok na karby przeciążenia sytuacyjnego. Nastały ciche dni. Transmutacja Zuzki była doskonała, nie poznawałam jej. Wpadłam w jakieś osłupienie nie potrafiąc zdiagnozować trawiącej nasze stosunki choroby. Choroby, która spadła na nas jak jasny grom z nieba. Potem naszło mnie odrętwienie – coś jak sarna wpatrująca się nieruchomo w nadjeżdżający z zawrotną prędkością samochód. Trwałam w oczekiwaniu na najgorsze. 

<Źródło>


Atak nastąpił niespodziewanie.


<Źródło>


Walczyłam mężnie, odpierając cios za ciosem. Zuzka nadciągnęła jednak z całym swoim wypolerowanym arsenałem zamaszyście strzelając ukrytymi w rękawie atutami. W niepozornej torebce Louis Vuitton upchnęła też nieczyste zagrania, o których możliwość użycia nigdy bym jej wcześniej nie podejrzewała. Korzystała między innymi z tak plugawych narzędzi jak bezecne kłamstwo i komunikatorowe obrobienie dupy (klawiatura rozgrzała się do czerwoności). Moje szanse malały z godziny na godzinę, zaczęłam dostawać zadyszki.

<Źródło>

Nie mogłam uwierzyć w to, co rozgrywało się przed moimi oczami. Miałam wrażenie, że to jakaś nocna mara, z której już za chwilę powinnam się wybudzić. Tak, żeby pójść sobie z Zuzką na kawkę i opowiedzieć jej z rozbawieniem o całym tym śmierdzącym koszmarze. Ogarnął mnie szał tak skondensowany, że musiałam w trybie natychmiastowym ewakuować się z pola bitwy celem przewietrzenia się nad pobliską rzeczką. W przeciwnym razie mogłoby dojść do fizycznego knock-out’u „z główki”.  


<Źródło>

Do pewnego momentu miałam pewność, że Prawda skruszy wątłe mury Podstępu. Tlił się we mnie naiwny płomyk Wiary w fundamentalną Słuszność, opatrznościową Interwencję ze strony przełożonych. Nikt mi z ratunkiem jednak nie pospieszył („shit happens”). Na polu walki pozostałam sama jak palec. Niestety na wszelkie kontrataki było już za późno, co zrozumiałam grubo poniewczasie.

<Źródło>

Obezwładniona niedorzecznością sytuacji padłam na kolana. Zuzka nie zastanawiając się zbyt długo podcięła mi krtań jednym pewnym pociągnięciem. Dzieła dokończyła wpychając mi ostrze szoguńskiego miecza prosto między łopatki, dla pewności przekręciła go jeszcze zdecydowanym ruchem w prawo. Wszystko to z szczerzącymi kłami na wierzchu. Na sali dało się słyszeć zwycięskie „Whaaaaaaaaaaa a a a a   a   a   a!” niczym na filmach z Bruce Lee. Jak zza mgły obserwowałam własną krew powoli kapiącą z ślniącego ostrza.



Przegrałam z kretesem. Blitzkrieg’u w wykonaniu Zuzki nie powstydziłby się sam Schlieffen. Byłam pod wrażeniem jej taktyki, szybkości i precyzji bezwzględnego ataku. W wielu miejscach dostrzegłam elementy strategii, które sama jej wykładałam. Cóż za bolesna ironia! Podkuliłam ogon i ze skowytem zawlokłam swe pogruchotane kości do domu. 


<Źródło>


Było mi niewyobrażalnie smutno, serce krwawiło. Mało co chyba tak boli, jak sprzeniewierzenie się kogoś bliskiego.

<Źródło>

Od ran duszy rozchorowało się moje ciało. Bolał każdy mięsień, przywlekło się przeziębienie. Ciągle nie mogłam uwierzyć, że coś takiego ze strony Zuzki w ogóle mogło mi się przytrafić. Obijałam się po kątach domu blada jak papier, w transie, niczego nie widząc dookoła, niczego już nie pojmując.



<Źródło>


Do pracy, gdzie Zuzka triumfowała bez najmniejszej żenady, PWY musiał wypychać mnie siłą. Moja podopieczna z dnia na dzień stała się niezmiernie wylewna, dla wszystkich uprzejma, tryskała wspaniałomyślnością. Radosna jak rzadko podśpiewywała sobie pod nosem, na lewo i prawo rozdawała uśmiechy niczym autografy. Dwa bezlitosne metry za moimi plecami. 


<Źródło>


W rezultacie potyczki moja grupa została rozwiązana, a Zuzka otrzymała projekt na wyłączność. Mnie pozostało tylko topienie smutków w ramionach PWY, z pokaźnymi rezerwami słodkości wokół rozmemłanego łóżka. Nie wiedziałam, co mam dalej ze sobą począć. Mały prztyczek w nos, a rozłożył mnie na łopatki jak chyba nigdy dotąd. Tak to niestety bywa, gdy nieopatrznie wychodzi się do ludzi – wróć – do Koreanek, z sercem na dłoni. Serce może zostać skonsumowane na surowo.

<Źródło>

Ku mojemu wewnętrznemu przerażeniu, już po wszystkim, kiedy ciągle jeszcze lizałam niezasklepione rany, Zuzka jak gdyby nic zaprosiła mnie na kawkę celem „rozładowania napięcia”. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jakiż posępny tupet! 


<Źródło>

Czas leczy jednak rany, a to, co nie zabija, to podobno wzmacnia. Po jakimś czasie pewnie wykaraskam się, wybaczę, spojrzę na wszystko z lotu ptaka. I wyjdę z tego o jedną bitewkę bogatsza w doświadczenie. 


<Źródło>

Przez całą tę aferę trochę przejrzałam na oczy. Pozbyłam się na jakiś czas złudzeń nie tylko co do Koreanek, ale też i mojego miejsca w firmie jako kobiety – obcokrajowca. Zrozumiałam, że muszę obrać zupełnie inną taktykę, bo zbyt łatwo mnie wysiudać z prawowitego miejsca. A im wyżej, tym będzie ostrzej.



<Źródło>


Na dzisiaj mam trzy spostrzeżenia. Po pierwsze środowisko zawodowe to nie miejsce na nawiązywanie przyjaźni, a już w szczególności ze swoimi podopiecznymi. Nawet jeżeli jest to cholernie kusząca opcja. Druga nauczka to taka, że Koreańczycy zawsze murem będą stali za swoimi – gdzieś po drodze dałam się ponieść naiwnemu wyobrażeniu, że ludzie to po prostu ludzie. Trzeci wniosek to taki, że nie tylko trzeba „pamiętać o śmierci”, ale również o „pragmatycznej dwulicowości” Koreanek. Zawsze i wszędzie.


<Źródło 1><Źrodło 2>



Rzut na taśmę


Dzisiaj będzie po prośbie. Tym razem chodzi o głos w plebiscycie na najlepszą "Książkę na lato". Niektórzy z Was już czytali moją pozycję "W Korei", dla innych przytaczam fragment wraz z video obrazującym moje własne doświadczenia sprzed lat.


Głosować można tylko do dzisiaj (30 maja) na stronie: http://www.ksiazkanalato.pl/index.php?content=glosowanie

Na razie moja książka jest na drugim miejscu i potrzeba jej wiele głosów żeby dogonić faworyta. Mam nadzięję jednak, że damy radę :). Z góry dziękuję, za każdy oddany głos!



ROZDZIAŁ 3: Praca Zawodowa, czyli próby zachowania wewnętrznej spójności

(...) Tak, jak w wojsku, tak i w jaebeolu nie może zabraknąć zintensyfikowanej propagandy rozbudzającej ducha walki, czy podkreślającej wyjątkowość organizacji w skali światowej. W koreańskich korporacjach praktykowane są rutynowe czynności, które pozwalają na łatwe wprowadzenie dyscypliny, budowanie klimatu współpracy i przynależności do grupy. W skrajnych przypadkach przyjęci do pracy absolwenci uniwersytetów – a jest ich rokrocznie kilka tysięcy – przez pierwsze trzy miesiące swojej pracy przechodzą specjalny trening poza Seulem, w jednym z wielu kurortów należących do koncernu. W zupełnej izolacji dzień w dzień uczęszczają na specjalne wykłady o firmie, studiując jej usłaną laurami historię oraz pełną niepodważalnych zalet kulturę organizacyjną. Po zajęciach uczestnicy do późnych godzin nocnych przygotowują ogromny spektakl, na który zapraszana jest kadra zarządzająca, i na który wydawane są bardzo grube pieniądze. (...)





Ciąża


Podczas spotkania autorskiego na Targach Książki w Pałacu Kultury i Nauki padło pytanie o to, jak w miejscu zatrudnienia traktowane są ciężarne Koreanki. To świetne pytanie, bo odpowiedź na nie wspaniale obrazuje przemiany prawne i społeczne, jakie dokonują się obecnie w Korei. Zmiany te wymuszone są do pewnego stopnia bardzo niskim odsetkiem urodzeń - według oszacowań CIA -The World Factbook na rok 2012 na jedną kobietę przypada tutaj średnio 1,23 dzieci (w Polsce - 1,33).

Na początek kilka faktów. Jeszcze do niedawna koreańskie Prawo Pracy przewidywało 60 dni płatnego urlopu macierzyńskiego oraz 3 dni bezpłatnego urlopu ojcowskiego. Obecnie kobieta ma prawo do 90-dniowego płatnego urlopu macierzyńskiego, z czego przynajmniej 45 dni musi ona wykorzystać po porodzie. W czasie takiego urlopu otrzymuje ona swoją miesięczną płacę podstawową, której wysokość nie może jednak przekroczyć 1,350,000KRW (ok. 3950PLN). Po ostatniej nowelizacji mężczyzna może wykorzystać 3 dni urlopu płatnego oraz dodatkowe 2 dni urlopu bezpłatnego. Dodatkowo, zarówno kobieta jak i mężczyzna mają prawo do rocznego urlopu wychowawczego, w czasie którego otrzymują zapomogę od państwa w wysokości 500,000KRW/miesiąc (ok. 1460PLN) bez względu na wysokość swoich zarobków. Suma ta już w 2012 roku ma wzrosnąć do 1,000,000KRW (ok. 2930PLN). Dla porównania minimalna płaca w Korei w roku 2011 stała na poziomie 900,000KRW (ok. 2630PLN). Ustawodawstwo koreańskie przewiduje jeszcze kilka innych udogodnień dla pracujących rodziców, ale umówmy się - to już jest zupełna fikcja, która w praktyce nie ma absolutnie żadnego zastosowania.

No właśnie, prawo prawem, a jak to wszystko wygląda w rzeczywistości? Na pewno sytuacja w sektorze publicznym przedstawia się dla kobiet o wiele korzystniej: rząd promuje zatrudnienie kobiet oraz przestrzeganie należnych im praw opisanych powyżej (ciekawostka: w koreańskim Prawie Pracy istnieje zapis o prawie kobiety do jednego dnia wolnego w ciągu miesiąca z powodu menstruacji). Stąd liczba kobiet pracujących jako urzędnicy państwowi jest imponująca, co skutkuje między innymi w ich aktywnym udzielaniu się w polityce kraju. Dla przykładu przywódcy dwóch największych partii w Korei to kobiety. Park Geun Hye (박근혜) to lider konserwatywnej Partii Saenuri (새누리당) [50,7% miejsc w ZN], córka zamordowanego prezydenta Park Jeong Hui (박정희), uważanego przez jednych za bezwględnego dyktatora, przez innych za człowieka, który doprowadził do bezprecedensowego rozwoju gospodarczego kraju. Park Geun Hye uważana jest również za poważną pretendentkę do fotelu prezydenta Korei w zbliżających się grudniowych wyborach. Nie ma ani męża, ani dzieci co najprawdopodobniej związane jest z tym, że - po zabójstwie matki na zlecenie północnokoreańskiego rządu - jako bardzo młoda osoba  musiała przejąć obowiązki Pierwszej Damy u boku własnego ojca. Co ciekawe, z ramienia Partii Saenuri do Zgromadzenia Narodowego dostała się również Jasmine Lee, pierwszy nieetniczny (pochodzi z Filipin) reprezentant płci pięknej. Han Myeong Suk (한명숙), urodzona w Pyeongyang, dowodzi bardziej postępową Zjednoczoną Partią Demokratyczną (민주통합당) [42.3% miejsc w ZN]. Jako pierwsza kobieta w Korei oficjalnie piastowała też stanowisko premiera w latach 2006-2007. Zamężna, posiada jednego syna.


Park Geun Hye (박근혜), liderka Partii Saenuri (새누리당).<Źródło>


Han Myeong Suk (한명숙), liderka Zjednoczonej
Partii Demokratycznej (민주통합당)
<Źródło>


Jasmine Lee, pierwsza cudzoziemka (Filipiny) w koreańskim
Zgromadzeniu Narodowym z ramienia Partii Saenuri (
새누리당). 
 <Źródło>



Jeżeli chodzi o sektor prywatny to jest on zdecydowanie zdominowany przez płeć brzydką. Nawet niezamężne i bezdzietne kobiety mają nikłe szanse, żeby wspiąć się na najwyższe szczeble korporacyjnej hierarchii. O tym pisałam już wcześniej na blogu. Jeżeli chodzi o panie, które decydują się na dziecko to ich sytuacja w dużej mierze zależy od kultury organizacyjnej firmy, w której pracują. Zdarza się, że kobietom w sposób zaowalowany uniemożliwia się wykorzystanie prawnie gwarantowanego urlopu macierzyńskiego. Na przykład, kiedy tylko pojawia się brzuszek, przyszłej matce uporczywie sugeruje się przejście "na urlop" (te "dobroduszne sugestie" najczęściej wychodzą od bezpośredniego przełożonego i współpracowników), żeby nie zakłócała ona swoim widokiem porządku w firmie - mężczyźni mają być rzekomo rozpraszani obecnością kobiety przy nadziei. W praktyce często oznacza to, że kobieta musi z pracy odejść, bo nie kwalifikuje się jeszcze do prawnie przysługującego jej urlopu macierzyńskiego... 


W obu konglomeratach, w których przyszło mi pracować, sytuacja miała się trochę lepiej. Kobiety nawet w bardzo zaawansowanej ciąży przychodziły do pracy całe dnie spędzając jednak na dosyć biernym uczestniczeniu w życiu swojej grupy - z powodu swojego błogosławionego stanu automatycznie stawały się osobami "nietykalnymi", którym poważniejszych obowiązków nie powierza się dla ich własnego dobra. Te bardziej ambitne wracały do pracy po 3-5 miesiącach nieobecności mimo że w wielu przypadkach zupełnie się to finansowo nie kalkulowało. (Jeżeli kobieta chce skorzystać z pełnego urlopu wychowawczego może nagle zostać poproszona przez firmę o przeniesienie się do placówki w innym mieście lub kraju, co właśnie z powodu nowonarodzonego dziecka równoznaczne jest z koniecznością złożenia rezygnacji. Korzystanie z urlopu wychowawczego przez mężczyzne jest jeszcze rzadsze - po rocznej nieobecności nie miałby on raczej szans na dalszą karierę w swoim koncernie). W Korei system żłobków praktycznie nie istnieje, a przedszkola i opiekunki do dzieci są horrendalnie drogie. Przy wynagrodzeniu kobiety szacowanym na średnim poziomie 62% tego, co otrzymuje mężczyzna, lepiej opłaca się jej zostać w domu i samej zajmować się dzieckiem. Ponadto kobieta, nawet jeżeli wróci do pracy, nigdy już nie będzie traktowana jak pełnowartościowy pracownik. W naznaczonej konfucjonizmem mentalności Koreańczyków podstawową rolą kobiety jest opieka nad dziećmi, mężem i gospodarstwem domowym. Ta dziedzina życia jest jej wrodzonym priorytetem, wynikającym z przypisanych jej przez naturę predyspozycji. Z tego powodu Koreańczycy zakładają unisono, że zawodowa kariera kobiety posiadającej dzieci w naturalny sposób schodzi na dalszy plan, a co za tym idzie nie można wymagać od niej poświęcenia, lojalności, efektywnej, ciężkiej pracy. Ma ona zupełnie inne troski na swojej głowie, zupełnią inną funkcję społeczną do spełnienia. W rezultacie pracującym matkom bardzo trudno jest odzyskać swoją zawodową wiarygodność oraz awansować w strukturze organizacyjnej koncernu nawet jeżeli jest to ich ambicją. Mimo często lepszego wykształcenia i kwalifikacji rola kobiet w korporacji jest w ten sposób całkowicie marginalizowana.

Na zakończenie tego dosyć przygnębiającego tematu mała nowalijka, którą zaproponowano w naszym przedsiębiorstwie - specjalne ubrania dla kobiet w ciąży, które... mają chronić przed promieniowaniem komputerowym...


Do wyboru trzy typuy sukni ciążowych do noszenia w pracy -
chodzi o ochronę przed promieniowaniem komputerowym...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...