Fanpage "W Korei i nie tylko" - styczeń 2014


Początek roku to czas zawieszenia. Odpoczywam po licznych kolacjach firmowych w grudniu, towarzyskich imprezach i korporacyjnych przetasowaniach. Razem z Koreańczykami wyczekuję prawdziwego Nowego Roku, tego według kalendarza księżycowego. Dopiero wtedy wszystko zacznie się od nowa.

A poniżej początki roku 2014 z fanpage'a "W Korei i nie tylko".



1 stycznia 2014

My już w roku 2014, Roku Drewnianego (lub Zielonego) Konia. Ja również urodziłam się w roku pod tym znakiem i choć raczej nie znam się na astrologii mam nadzieję na jeszcze ciekawszy rok.

Oboje z PWY życzymy Wam samych dobroci w Nowym Roku. 



3 stycznia 2014

W kolejce do szczęścia znajdzie się też i obcokrajowców.




4 stycznia 2014

Koreańskie kaczki nawet w zimie mają się dobrze. Niektóre rzeczy na tym świecie pozostają uniwersalne.シシ



6 stycznia 2014

W Korei, w samym centrum Seulu, spotkać można nawet i polarnego niedźwiedzia.



8 stycznia 2014

Zazwyczaj hwesiki, czyli firmowe kolacje, to zakrapiany soju grill, nieusuwalne z ubrania zapachy, dzikie wrzaski i czołganie się po podłodze. Zdarzają się jednak wyjątki: wino, spaghetti i rozmowa na poziomie.

Bordeaux za Wasze zdrowie.





10 stycznia 2014

Jakiś czas temu przecierałam oczy ze zdumienia patrząc na granulowaną herbatkę rozpuszczalną polskiej produkcji, która stała na wystawie naszej maleńkiej kawiarni w firmie.

Dzisiaj kolega poczęstował mnie cytrynową herbatą, którą przyrządziła jego żona. Dla przegryzienia ofiarował mi takie oto ciasteczko i znowu musiałam przetrzeć oczy...




21 stycznia 2014

Chcę, żeby dzisiaj, kiedy będę wracała do domu metro wyglądało tak, jak na zdjęciu.

Tymczasem czeka mnie pewnie pozycja puszkowej sardynki i ściekający po pupie pot...





24 stycznia 2014

W koreańskich firmach co roku ma miejsce reorganizacja. W praktyce oznacza to, że za każdym razem muszę pakować swoje mazaki i spinacze, rozplątywać kable i wdychać fruwający kurz. A następnie wszystkie manatki rozpakowywać, instalować i ponownie organizować.





25 sytcznia 2014

Na kolację mam dzisiaj ddeokguk, zupę na bazie rzodkwii mo i glonów dasima, z "ciasteczkami ryżowymi", koreańskimi pierogami mandu, grzybami, porem, rozbełtanym jajkiem i rozproszkowanym glonem kim dla smaku. Tak ddeokguk robi mój mąż. Pyszności.

Taką samą zupę będziemy jeść już za tydzień w ramach obchodzenia Chińskiego Nowego Roku. Ma to nam zgwarantować wszelką pomyślność przez kolejne dwanaście miesięcy.





28 stycznia 2014

Zima w Seulu.





29 stycznia 2014

Przed Seoul Museum of Art stoi sobie taka oto rodzinka. Autor figurek, Yi Hwan Kwon, wzorował każdą z nich na swoich przyjaciołach i rodzinie. 

Artystę zainspirował widok glinianych beczułek, w których Koreańczycy przechowują sosy do fermentacji podczas zimy. Kiedy zobaczył je przykryte śniegiem w jego głowie pojawiła się wizja rodziny, która musi przetrwać ten srogi okres...





30 stycznia 2014

I tak cały dzień dzisiaj, na dwie patelnie, bo jutro Nowy Rok według kalendarza księżycowego...






Wspomóż moją twórczość nabywając książki mojego autorstwa:



 


Jeżeli wybierasz się do Seulu zatrzymaj się w Seoul BLISS'Inn - naprawdę warto!

Seoul BLISS'Inn (CENTER/INSADONG) in Jongno-gu

Apartment in Jongno-gu, South Korea. Seoul BLISS'Inn is UNIQUE and here is why: ***** FREE portable Wi-Fi: our Guests can take the Wi-Fi device outside (it is very light!) to use it on the go while staying at Seoul BLISS'Inn!!! ***** Located in the very heart of Seoul in proximity... View all listings in Jongno-gu



Blog Roku 2014


Ponownie biorę udział w konkursie na Bloga Roku, tym razem w kategorii "Lifestyle". 

Rok 2014 był raczej pracowity, ponieważ oprócz bloga "W Korei i nie tylko" rozpoczęłam współpracę z Leszkiem Moniuszko nad audycją o Korei "Zakorkowani".  Oboje z Leszkiem zdecydowaliśmy, żeby owoc naszych pogadanek również do konkursu zgłosić.

Wasze głosy, w formie głosowania sms, będą dla mnie nagrodą za pracę włożoną w "odkorkowywanie" koreańskiej rzeczywistości. Koszt jednego sms to 1,23zł.

Całkowity dochód zostanie przekazany łódzkiej fundacji "Dzieci Niczyje", która pomaga dzieciom doświadczającym przemocy, co samo w sobie powinno zachęcić do uczestnictwa.

Głosować można do 10 lutego!









W tym roku portal Blog.pl w ramach konkursu "Blog Roku 2014" zaproponował również nową kategorię - "Tekst roku". Początkowo zgłosiłam swoje opowiadanie "Jeden dzień. Polska, jaką pamiętam", które zostało zawarte w antologii pod tym samym tytułem. Niestety mój wniosek został odrzucony, ponieważ tekst był za długi. 

Za drugim podejściem wybrałam jeden z najpopularniejszych wpisów na moim blogu - wywiad z Jun Hyungiem, moim byłym studentem języka polskiego. Jun Hyung przebywa obecnie w Korei, pełniąc służbę wojskową w Siłach Powietrznych. Ostatnio dzwonił do mnie z bazy chwaląc się, że został kapralem oraz opowiadając najzabawniejsze historie z wojska - wszystkie zapisuje w języku polskim, żeby później wydać je w formie książki! Bardzo ucieszył się, że jego wywiad będzie brał udział w konkursie. Zapraszam więc do lektury i głosowania!





Z góry dziękuję za wszystkie głosy!



[Zakorkowani] Koreańska sauna


Po wnętrzu chybotliwej hali dokazuje mroźny wiatr. Na sobie mam jedynie bordowy kitel, ale wcale nie jest mi zimno. Siedzę w kucki, tyłem do czeluści, której środek przypomina najbardziej rozżarzone wyobrażenia o piekle. Jęzory gorąca wylewają się z jamy i pieczołowicie liżą moje lędźwie i grzbiet. Myślę sobie, że to prawie jak u babci za piecem.




Jest drugi stycznia. Razem z grupką przypadkowych Koreańczyków poddajemy się noworocznym zabiegom zdrowotnym w sutkama (숯가마), czyli saunie, w której ciepło wytwarzane jest przez spalanie bal drewna. Gorzejące kłody żyją własnym życiem, rytmicznie emanując kolorem i falami żaru niczym wściekle bulgocząca lawa najaktywniejszych wulkanów. To widok, od którego nie można oderwać wzroku. Hipnotyzuje jak mało wylewny, ale najpotężniejszy autorytet. Wpatrujemy się w pulsujące drewno jak zauroczeni, rozmyślając, co by się z nami stało te kilkanaście kroków bliżej. Dziura odpowiada wysypując na jęzorach gorąca iskry wzburzonego ognia. Zgromadzeni jak przed ołtarzem ludzie odskakują w popłochu, żeby po chwili na powrót wymościć sobie najlepsze możliwe stanowisko.




Samozwańczy lider naszej grupy donośnym głosem dowodzi, że w dawnych czasach rak piersi, czy kobiecych narządów rodnych w ogóle nie występowały. Kobiety całe dnie spędzały w kuchni przy piecu, który był częścią podpodłogowego systemu ogrzewczego, zwanego ondol (온돌). W kuckach, z rozwartymi kolanami i klatką piersiową wystawionymi na działanie "specjalnego promieniowania" spędzały większość swojego dnia, co chronić miało je od wszelkiego rodzaju choróbsk. Teraz już rozumiem niewyszukane pozy kobiet zebranych w półkolu wokół wejścia do jamy: rozwarte nogi w powietrzu, jak na krześle ginekologicznym i wystawione do ciepła, zadarte do góry półdupki.





Żeby dotrzeć do ustawionego po środku hali piecyka muszę założyć któreś z zabłoconych klapków. Człapię po betonowej, brudnej powierzchni w kierunku naszych pieczonych ziemniaków. Mamy tylko słodkie, ale nawet do nich się już przekonałam. Układamy się z PWY na podwyższeniu, żeby co nieco przekąsić i przygotować się do wizyty w jamie, która mimo całkowitego wygaszenia ciągle emanuje gorącem. Do wyboru są różne stopnie zaawansowania. Do najgorętszej nawet się nie zapuszczam mając w pamięci oparzeniowy bąbel na środku nosa po kilku sekundach podobnego doświadczenia lata temu. Z dala obserwuję tylko poopatulanych workami jutowymi śmiałków, którzy w drewniakach, zlani potem, ale szczęśliwi, co chwila wyskakują (chciałoby się rzec "jak oparzeni") z wnętrza inferno.

Zastanawiam się, czy piekłu faktycznie aż tak daleko od nieba.

Więcej o koreańskiej saunie w audycji "Zakorkowani" do odsłuchania poniżej:




Wspomóż moją twórczość nabywając książki mojego autorstwa:



 


Jeżeli wybierasz się do Seulu zatrzymaj się w Seoul BLISS'Inn - naprawdę warto!

Seoul BLISS'Inn (CENTER/INSADONG) in Jongno-gu

Apartment in Jongno-gu, South Korea. Seoul BLISS'Inn is UNIQUE and here is why: ***** FREE portable Wi-Fi: our Guests can take the Wi-Fi device outside (it is very light!) to use it on the go while staying at Seoul BLISS'Inn!!! ***** Located in the very heart of Seoul in proximity... View all listings in Jongno-gu



Fanpage "W Korei i nie tylko" - grudzień 2012 i 2013



Napychanie żołądków w czasie firmowych kolacji, wychylanie kieliszka za kieliszkiem za zdrowie dawno niewidzianych przyjaciół, szał zakupów, truptanie po skrzypiącym śniegu, różowe od mrozu pultyny, ale też i czas dystansu i zamyślenia w promieniach słońca wędrującego po intensywnie błękitnym niebie – to typowy koreański grudzień. 

Do niedawna to też tęsknota za domem, generalnymi porządkami na Święta, ubieraniem i zapachem choinki, kolacją z rodziną, bigosem, kutią, oglądaniem tych samych filmów po raz dziesiąty... Po tylu latach w Korei odwykłam, trochę celowo zapomniałam, przyzwyczaiłam się do tutejszych obyczajów. Jeszcze w 2011 roku zorganizowałam Wigilię w domu. Kupiłam rybę, która najbardziej ze wszystkich przypominała karpia, ugotowałam, co było w mojej (mizernej) mocy, zaprosiłam teściową. Karp okazał się lucjanem czerwonym (co złamało mi serce, bo to ryba, którą zwykle podziwiam nurkując w okolicach), teściowa i PWY kolację zjedli i... na tym świętowanie oraz moje bezpośrednie próby podtrzymania polskiej tradycji się skończyły. W 2012 roku na Wigilię była już pizza z winem oraz deser z orzechowej tarty. Dwa ostatnie lata to dla odmiany czas spędzony w większości wśród Polaków, dzięki których gościnności, niesamowitej obrotności oraz pieczołowitym staraniom, mogłam poczuć atmosferę polskich świąt. 

Poniżej kilka migawek z grudniowych odsłon Fanpage’a „W Korei i nie tylko” w latach 2012 i 2013.






2 grudnia 2012

W 2004 roku moja felis nazywała się Apple. Para przesympatycznych Koreańczyków z widocznym bólem serca rozłączyła brata i siostrę i oddała w me ręce załączoną na zdjęciu kotkę. Nabi (po koreańsku "motylek"), bo tak się teraz nazywa, jest niesamowitą przylepą, ale też i niezłą gadułą. Uwielbiam z nią poranki, gdy razem wylegujemy się promieniach zimowego słońca.








3 grudnia 2012

W podziękowaniu za kopertowe wsparcie ślubu, pierwszych urodzin dziecka lub pogrzebu każda grupa w firmie otrzymuje od wspieranego talerz ryżowych "ciastek" zwanych tteok (). 

Dzisiaj, zamiast kształtnych pulpecików z ubitego ryżu i nadzieniem w środku, na nasze biurka wjechała taka oto "kupa". Przypominająca grudy czarnoziemu przekąska okazała się być jednak niebem w gębie. Sproszkowany czarny sezam (흑임자) w miodzie na delikatnych kawałkach masy ryżowej... Mniam.






Boże Narodzenie i Nowy Rok



Tym razem Wigilię spędziłam, podobnie zresztą jak i w zeszłym roku, według polskiej tradycji u znajomych. Jadłam własnoręcznie przyrządzone (tyle że dłońmi innych zacnych niewiast) pierogi z barszczem, cudowny bigos, prawdziwy chleb na zakwasie, susz nazwany przez sprawczynię „winter drink” i tak wypichcone ciasta, że mi oko, a nawet oba zbielały. Zdjęć zdążyć nie zrobiłam – tak szamaliśmy zaaferowani – i teraz muszę żyć jedynie wspomnieniami. Wszyscy byliśmy w Korei grzeczni to i również Mikołaj do nas był wpadł – dowód zewidencjonowany poniżej (uff).


Święty Mikołaj z Frankiem i Antkiem, Micah i Milo oraz dystyngowaną jak na jedyną kobietę w towarzystwie przystało, Mia.

Wigilia u Moniki.


W Korei Święta Bożego Narodzenia tak naprawdę nie mają większego znaczenia – to święto bez rodzimej tradycji, skopiowane z Zachodu, a w szczególności z USA, co przejawia się jego mocno komercyjnym charakterem. Koreańskie miasta z Seulem na czele przepięknie przystrojone są wymyślnymi błyskotkami, a domy handlowe kuszą w tym okresie rabatami, przed którymi nie idzie się bronić – lepiej zostać już w domu. Samo świętowanie zwykle obraca się wokół wychodnego 24 grudnia, kiedy to po pracy pary udają się do knajpy na piwo. 25 grudnia wszyscy mają wolne i jest to dzień jak każdy inny – jedni śpią przed telewizorem, inni idą z dziećmi do parku. Niektórzy koreańscy katolicy (ok. 11% społeczeństwa) uczestniczą w bożonarodzeniowej mszy, ale o dziwo nie jest to jakieś obowiązkowy punkt programu, o czym mogłam przekonać się dzięki mojej teściowej – w tym roku, mimo swojej religijnej gorliwości, w tego rodzaju uroczystości uczestniczyła po raz pierwszy i to tak tylko z ciekawości.

Ja w tym roku na Święta postanowiłam wziąć wolne i uciec poza miasto. Zrobiłam to w sposób typowo koreański, czyli połączyłam pracę nad ciałem z pracą nad duszą – udałam się na cały dzień do spa (wstęp w ramach nagrody za mój ostatni występ pansori), a następnie do, według mnie, jednej z najbardziej uroczych świątyń buddyjskich w Korei. 


Jinan Red Ginseng Spa w okolicach Maisan, prowincja Jeolla Północna.


Moczenie się w naturalnych gorących źródłach oraz spa z najróżniejszymi masażami wodnymi i zabiegami to w Korei bardzo popularny sposób na odetchnięcie od codzienności – w czasie dłuższych weekendów najczęściej odwiedzanymi miejscami tego rodzaju są okolice Sokcho (속초) na wschodzie kraju. Na co dzień wystarcza uprawianie sportów, właściwe odżywianie się, dbanie o higienę osobistą oraz wygrzewanie się w osiedlowej saunie – to wszystko stanowi dla Koreańczyków panaceum na tryb życia w rytmie „ppalli, ppalli” („szybko, szybko"), ciągłe współzawodnictwo, a także ogromne ilości spożywanego alkoholu. Wizyta w saunie to też niepisany zwyczaj praktykowany w szczególności 31 grudnia. Na powitanie Nowego Roku, co w Korei wiąże się z oglądaniem pierwszego wschodu słońca, warto mianowicie stawić się czystym. Oczywiście to ma zastosowanie do osób niepracujących lub takich, które biorą tego dnia wolne – reszta, tak jak ja, wybiera wcześniejsze ablucje lub odwiedziny w saunie tuż po Nowym Roku. O swoich doświadczeniach w jjimjilbang (찜질방), czyli w koreańskiej saunie, szeroko pisałam w swojej pierwszej książce „W Korei”, a Czytelników, którzy nie mieli jeszcze okazji jej przeczytać odsyłam do odcinka audcyji „Zakorkowani” na ten właśnie temat:




Tymczasem w drugi dzień Świąt udałam się do świątyni Tapsa (탑사), która znajduje się pomiędzy dwoma wzgórzami Maisan (마이산), czyli Górami Końskich Uszu (według mnie to uszy kocie, ale niech już będzie, bo pewnie jestem w tym zakresie odrobinę skrzywiona). Spodziewałam się kolejnej identycznie wyglądającej budowli i zostałam niezwykle miło zaskoczona. Po pierwsze same „uszy” wydały mi się magiczne – mówi się, że to w Korei najbardziej naładowane energią życiową Qi (lub Chi) miejsce – sople lodu w czarach z zamarzniętą wodą kierują się ku górze pod pewnym kątem, (jak się potem okazało jest na to naukowe wyjaśnienie). Sycąc oczy niesamowitymi kształtami, urwiskami i naturalnie wydrążonymi jamami odniosłam to samo wrażenie, którego doświadczyłam spacerując wokół Ayers Rock 10 lat temu. Te dwie ogromne skały, wyrastające pionowo ku niebu na skądinąd delikatnie falującym pagórkami terenie, emanują majestatem, jakąś tajemnicą nie do zgłębienia dla ludzkiego umysłu. Sama świątynia jest również przepiękna z niezliczonymi pagodami z malejących ku górze kamieni, które ustawił jej założyciel, pustelnik Yi Gap-Yong (1860-1957). Miałam dużo szczęścia, że zwiedzać mogłam w ciszy, bez nawoływania i gorączkowego biegania koreańskich turystów, co pewnie również zintensyfikowało moje wrażenia.



Wierzchołki Maisan oraz świątynia Tapsa.



Tak właśnie, trochę niekonwencjonalnie, spędziłam moje Święta. Jutro Sylwester, pewnie przy lodach i lamce szampana, w ciepłej piżamie i z kotem na ramieniu, pojutrze kolejny Nowy Rok, a 19 lutego początek Roku Owcy (tzw. Seollal/설날) według kalendarza księżycowego. Tak jak w Roku Czarnego Smoka, czy Białego Tygrysa pary w pocie czoła pracowały nad poczęciem swoich dzieci wróżąc im z gwiazd świetlaną przyszłość, tak w roku 2015 przyszli rodzice wystrzegają się zajścia w ciążę jak ognia. Dzieci urodzone w tym roku mają być mianowicie nieudacznikami skazanymi na klęskę na polu prywatnym i zawodowym. Na szczęście przepowiednie te tym razem dotyczą tylko Chin – w Korei do owieczek nikt uprzedzeń nie wykazuje. 



Przygotowania do Sylwestra - to w pawilonie Bosingak w rytm uderzeń w ogromny dzwon  odliczone zostaną ostatnie sekundy roku 2014. To już jutro!



I tym akcentem życzę Wam puszystego i wdzięcznego jak owca z bajek

Nowego Roku 2015!




Tayo, Larva, Pororo i Sokmom


Kątem oka wychwycam filuternie puszczane do mnie ślepie. Odwracam się z cisnącym wyjaśnieniem, że nie, nie jestem „rosyjską modelką”, ale po spojrzeniu intruzowi w twarz zamiast zgrzytu zębów na moje usta wypływa wielki uśmiech. Mam przed sobą „Tayo the Little Bus”, niebieskiego auto-łobuza nr 120 z koreańskiej kreskówki 꼬마버스 타요” („Kkomabus Tayo”). Dzieciaki piszczą z uciechy, gdy nadjeżdża i śmiech ten na dobre rozwiewa zimowe chmury. Tayo, najczęściej kojarzony ze swoją słabością do rytmicznego puszczania bąków, ma kilku przyjaciół i ci również jeżdżą po Seulu wnosząc pokaźny zastrzyk kolorów do życia najmłodszych Seulczyków: zielony autobus nr 1000 to sowizdrzalski Rogi, najlepszy przyjaciel psotnika Tayo; żółta Lani, autobus nr 02, znana jest ze swojego wesołego usposobienia i to ona najczęściej godzi dwóch skłonnych do sprzeczek przyjaciół; Gani, autobus nr 1339 w kolorze czerwieni to pracowity, serdeczny, ale też i nieśmiały kolega całej trójki.






Fanpage "W Korei i nie tylko" - listopad 2012 i 2013


Lubię koreański listopad. Początkowe dni to jeszcze ciepława jesień z mieniącymi się kolorami, tabunami liści i grzejącym słońcem. W drugiej połowie miesiąca do rzeczywistości powoli wkrada się zima szykując poranne przymrozki, ale ciągle ciesząc czystym jak łza niebem i oślepiającymi dniami.

Listopad to czas rekrutacji i badań okresowych w firmie, ostatnich (dla mnie) wspinaczek górskich, przyrządzania kimchi na kolejny rok oraz Seoul Lantern Festival nad strumieniem Cheongyecheon, tuż za oknem mojego biura. W listopadzie bierzemy też z PWY wolny piątek i zapraszamy teściową (oraz jej wóz~~) do Sokcho, gdzie cały dzień moczymy się w naturalnych gorących źródłach, a następnie robimy barbecue popijając soju zaprawianym domowym syropem z koreańskich górskich malin. 

Poniżej wyjątki z listopada 2012 i 2013, które odnotowałam na Fanpage'u "W Korei i nie tylko". Zapraszam do oglądnięcia zdjęć.




1 listopada 2012



Dowód na to, że w Korei mamy wysokich mężczyzn. Ci na zdjęciu to dwudziestoparoletni młodzieńcy, kandydaci na stanowiska w mojej firmie - ok.190cm wzrostu.





Chłopak po lewej wspinał się na Annapurnę bez przewodnika i tragarzy. Gór nie lubi, chciał tylko sprawdzić, czy da radę. Chłopak po prawej był odpowiedzialny za ruch helikopterów - pracował w lotniczej wieży kontrolnej. Jak ja się cieszę, że mam pracę i nie muszę konkurować z takimi rodzynkami, jak oni... 







[Zakorkowani] Narodziny dziecka w Korei


Kobieta naprzeciw mnie robi duże oczy, zapowietrza się i ucieka wzrokiem w sufit. Siedzący obok niej mąż oraz nasz kolega z pracy na chwilę milkną, chowając spojrzenia we wnętrzu kufli z Heinekenem. Jesteśmy w Hadze, gdzie do swojego tymczasowego domu zaprosił nas wysłany za granicę współpracownik. 

Kobieta wraca na ziemię i odpowiada, że nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiała; że to była normalna kolej rzeczy po zamążpójściu, a na dodatek jej mąż jest najstarszym synem w rodzinie, więc nie za wiele miała do powiedzenia. Jest jej ciężko, czasem czuje się samotna, uwiązana, ale nie wyobraża sobie już życia bez swoich pociech.

To dosyć typowa odpowiedź Koreanek około czterdziestki na pytanie, dlaczego zdecydowały się na posiadanie dziecka.



Fanpage "W Korei i nie tylko" - październik 2012 i 2013



We wrześniu potrzebuję odetchnienia. Kończą się przepełnione wilgocią upały i człowiek ma ochotę choć przez moment odsapnąć. Nabieram sił na intensywny październik. W końcu nadchodzi: błękitnym niebem, rażącym słońcem, orzeźwiającą temperaturą i co najważniejsze - zmieniającymi się kolorami liści. To najwyśmienitszy okres na podróże, chodzenie pogórach, magazynowanie całej tej radości, której pociskami będzie można bronić się przed atakami markotnej zimy. Październik to miesiąc frenetycznej gonitwy. Nie tylko za ostatnimi dotykami słońca i chylącemu się ku zimowemu snu życiem, ale też i za sycącymi duszę łyczkami kultury spijanymi podczas niezliczonych w tym okresie festiwali.

Mój październik? To przede wszystkim góry i festiwal Pansori w Jeonju, przy okazji którego zwiedzam przecudowne zakątki Jeolla-do. Do tego sezon na moje ulubione owoce - koreańskie gruszki i persymonki - oraz czas nabierania tężyzny fizycznej, żeby stawić czoła zbliżającym się mrozom. Październik to też miesiąc niespodzianek: wizyta Prezydenta Komorowskiego w Korei, wywiady dla Radio Trójka i Dzień Dobry TVN oraz mój niespodziewany pobyt w Polsce, podczas którego po raz ostatni widziałam Pirata - weterana pośród naszych czterech kotów, które pozostawiłam za sobą wyjeżdżając do Korei.

Poniżej zapraszam do przejrzenia moich październików z lat 2012 i 2013 utrwalonych na fanpage'u "W Korei i nie tylko":





1 października 2012

Kangnam style by my good friend Carlos O. Zepeda







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...