Religijny spacer po Korei


Koreańska konstytucja określa Kraj Porannego Spokoju jako państwo pozbawione oficjalnej religii oraz zabrania głowie państwa wyróżniania którejkolwiek z nich. Taki zapis nie dziwi w kraju, w którym dominują bezwyznaniowcy (46.5%) a pozostała część narodu charakteryzuje się dosyć wysokim poziomem pluralizmu religijnego. 


Źródło: Opracowanie własne na podstawie KOSIS 
(Korea Statistical Information Service, 2005)



Źródło: Wikipedia


Teoria teorią a jak to zwykle bywa praktyka wygląda trochę inaczej. Od ponad dekady konflikt pomiędzy szybko rosnącą rzeszą chrześcijan (szczególnie katolików) a buddystami nabiera rozmachu – dochodzi nawet do aktów wandalizmu oraz podpaleń świątyń buddyjskich, choć ma to raczej podłoże polityczne niż społeczne. Mówi się, że podczas wyborów prezydenckich w 2008 roku, które doprowadziły do władzy Lee Myeong Baka, bardzo dużą rolę odegrała propaganda i finansowe wsparcie Kościoła protestanckiego (tutaj mała adnotacja, że w Korei często mylnie stawia się równoważnik między chrześcijaństwem i protestantyzmem, traktując katolicyzm jako osobne wyznanie). Niektórzy zarzucają urzędującemu prezydentowi obstawienie najważniejszych miejsc w rządzie w oparciu o rekomendacje pochodzące bezpośrednio od wspólnoty chrześcijańskiej. Lee Myeong Bak dosyć wymownie zamanifestował swoją przynależność religijną w roku 2011 klękajac na polecenie duchownych chrześcijańskich w czasie „narodowej modlitwy”, czym wywołał ogromne oburzenie w większości irreligijnego przecież społeczeństwa koreańskiego. Buddyści oskarżają administrację Prezydenta Lee o celowe pomijanie świątyń buddyjskich w rządowych systemach informacyjnych, ignorowanie postulatów zgłaszanych przez mniejszościowe ośrodki wyznaniowe przy jednoczesnym faworyzowaniu społeczności chrześcijańskiej. Wobec powyższego Park Geun Hye, jedna z najważniejszych pretendentów do fotelu prezydenckiego w grudniowych wyborach, dosyć dyplomatycznie podkreśla swoją bezwyznaniowość.

Tysiące lat temu Koreańczycy opierali swoją duchowość na przesłaniach płynących z mitów oraz szamanizmie, który szczątkowo ciągle praktykowany jest na wyspie Jeju, z niektórymi jego elementami obecnymi też w codziennym życiu przeciętnego Koreańczyka (np. rytuał „gosa” lub wróżenie na podstawie daty urodzin i imienia). Pierwszą postawą religijną w koreańskim społeczeństwie był buddyzm, który przywędrował do Korei z Chin już w IV wieku. Religia ta rozkwitała za panowania dynastii Silla (57 p.n.e.- 936) i Goryeo (936-1392), natomiast okres jej świetności zaczął załamywać się z nadejściem dynastii Jeoson (1392-1897), ponieważ nowa klasa rządząca stawiała buddyzm w opozycji do konfucjanizmu, fundamentu filozoficznego, na którym opierała swoje rządy. Od samych początków doktryna Konfucjusza była bardziej ideologią polityczną niż luźną filozofią życiową i jako taka miała służyć określonym celom panującej dynastii Joseon – stąd konfucjanizm koreański jest bardziej wyrazisty od swojej czystej, chińskiej postaci rozumianej jako pewna myśl filozoficzna i często mylony jest z religią. Za sprawą misjonarza z Chin, jeszcze za czasów dynastii Joseon w XVII wieku, na Półwyspie pojawił się również katolicyzm. Wyznawcy tej wiary byli bezlitośnie prześladowani przez rządzącą dynastię z powodu odmowy przeprowadzania rytuałów związanych z kultem przodków, jednego z fundamentalnych nakazów konfucjanizmu. W tym okresie wielu katolików straciło życie w obronie swojej wiary (w 1984 roku za swoją męczeńską śmierć 103 osoby zostały kanonizowane przez Jana Pawła II). Mniej więcej w tym samym czasie, bo w 1884 roku, do Korei zawitał też protestantyzm (sukces w rozpowszechnianiu swojej religii odnieśli przede wszystkim prezbiterianie). Ciekawa wydaje mi się też historia islamu w Korei. Za okupacji japońskiej (1910-1945) Koreańczycy wysyłani byli do Mandżurii jako przymusowi pracownicy skąd wracali nawróceni już na wiarę Allaha. Prawdziwy przypływ islamu datuje się jednak na lata 70-te XX wieku, po tym, jak wojska tureckie wkroczyły do Korei podczas wojny 1950-53 – już w roku 1970 powstał meczet w Hannam-dong w Seulu, a obecnie społeczność muzułmańską ocenia się na 100 000 osób (plus 40 000 robotników z Bangladeszu i Pakistanu). 


Tureccy żołnierze w Korei za czasów wojny koreańskiej 1950-1953
<Źródło>

W ostatnich latach znaczenie chrześcijaństwa w Korei – a w szczególności wiary katolickiej – konsekwentnie zwyżkuje. Koreańczycy zgodnie uznają rolę protestantyzmu i katolicyzmu w rozwoju historii Korei: pierwszemu przypisują organizację ruchu antyjapońskiego za czasów okupacji 1910-1945, drugiemu wspieranie przemian demokratycznych w kilkadziesiąt lat temu. Katolicyzm, wraz ze swoją diasporą koreańskich misjonarzy rozsianych po całym świecie (Korea jest drugim po USA krajem z największą liczbą misji religijnych), jest również powszechnie szanowaną religią za swoje zaangażowanie w akcje dobroczynne, sprzyjanie międzywyznaniowej komunikacji oraz respektowanie koreańskiej tradycji opartej na szamanizmie i konfucjanizmie.

Oczywiście nie da się tutaj nie wspomnieć o zupełnych oszołomach, którzy cytują Biblię w metrze wrzeszcząc na cały głos (co jest irytujące zwłaszcza o poranku), czy na rogu ulicy przez megafony strzelają wiarą w przypadkowych przechodniów twierdząc, że jeżeli ci się natychmiast nie nawrócą to czeka ich jedynie piekło. Mieszkańcy Korei notorycznie muszą borykać się z naganiaczami wiary odwiedzających domy z garścią broszurek w dłoni – tego w Korei niestety aż za dużo. Niektóre z ośrodków biorą na cel obcokrajowców oferując im nawet pokaźną wspomogę finansową. Obecność cudzoziemców w szeregach danej religii lub sekty demagogicznie interpretowana może być bowiem jako jej uniwersalność. Kościoły protestanckie (te z żarzącymi się krwawo neonowymi krzyżami) i chrześcijańskie obrastają w całkiem pokaźne zaplecze finansowe coraz bardziej wpływając na politykę i gospodarkę kraju. Przynależność do kościoła przynosi też społeczną akceptację, która w kolektywnym społeczeństwie jest jednym z podstawowych fundamentów. Taka przynależność ma bardzo namacalny wymiar – wyznawcy mogą liczyć na dofinansowanie zagranicznych wycieczek, pomoc w razie nieszczęśliwego wypadku itd. Kościół w ten sposób zastępuje tradycyjną rolę, jaką do tej pory wykonywały wielkie korporacje (jaebole) w stosunku do swoich pracowników.


No Jesus = Hell na Myeong-dong w Seulu


W Korei mnoży się od piorących mózgi sekt, wcieleń Jezusa, mesjaszy, pomazańców bożych i tych, którzy Jezusa osobiście spotkali. Wystarczy chyba, że wspomnę o sekcie Moon Sun Myeonga i jego Kościele Zjednoczeniowy (Unification Church). Pana Moona Jezus zaszczycił podobno wizytą w latach 30-tych zeszłego wieku nakazując mu kontynuowanie swojego dzieła. Tak właśnie na rękach człowieka znikąd spoczęło uratowanie całego świata – Moon mianował się Mesjaszem (w Kościele Zjednoczeniowym Jezus nie jest uznawany za boga i stąd też nie można zaliczyć tego ruchu do religii chrześcijańskiej), ojcem całej ludzkości (jego żona była matką całej ludzkości). Religia ta trafiła na podatny grunt tuż po wojnie koreańskiej, kiedy to Koreańczycy zastanawiali się nad powodami swojej tragicznej historii, a jej szczyt rozkwitu to lata 70-te i 80-te XX wieku (wyznawcy dobrodusznie nazywani byli „Moonies”, czyli „Munistami” lub „Moonistami”). Obecnie zwolenników tego ruchu liczy się w setkach tysięcy w samej Korei i Japonii, z setkami milionów sympatyków na całym świecie. Na fali swojej popularności Moon zbudował ogromne imperium inwestując w przemysł chemiczny, farmaceutyczny, wydobywczy, a nawet zbrojeniowy – wszystko to według agendy religijnej. W Waszyngtonie, gdzie miał ogromne wpływy, założył „Washington Times”, a nawet zaproszony został do Senatu (popierał Republikanów), gdzie wśród prominentnych senatorów oświadczył, że rozmawiał z Józefem Stalinem i Adolfem Hitlerem. Ci, pod wpływem jego nauk, znaleźli nową siłę, żeby zadośćuczynić za swoje uczynki... Moon zasłynął też z masowego udzielania sakramentu małżeństwa. W 1995 roku za jednym pociągnięciem udzielił ślubu 360 000 parom. Warto dodać, że wielu z małżonków widziało się wtedy po raz pierwszy, a niektórzy z nich nie władali wspólnym językiem. Moon Sun Myeong zmarł w wieku 92 lat we wrześniu 2012.


Richard Nixon and Moon Sun Myeong – Moon bronił Nixona 
po aferze „Watergate” twierdząc, że „Bóg kocha Nixona”.

Religijny przekrój Korei to niesamowicie ciekawa macierz współistniejących w harmonii religii, tradycyjnych wierzeń, myśli filozoficznej oraz najróżniejszych sekt. Koreańczycy nie widzą sprzeczności w byciu chrześcijaninem, odprawianiu szamanistycznych rytuałów, namiętnym czytaniu Talmudu, czy życiu według konfucjonistycznych reguł. Bardzo często jest tak, że dzieci i rodzice mają odmienne wyznania – decyzja o swojej przynależności w tym zakresie należy od indywidualnych preferencji i w większości przypadków nikt takich wyborów nie kwestionuje. Obiekty religijne Koreańczycy traktują raczej jako narodowe dziedzictwo kulturowe niż miejsce konkurencyjnego kultu, który należy obchodzić wielkim łukiem. Przywódcy religijni często spotykają się ze sobą, nawiązując zdrowy dialog, a ci bez wyznania pozostawieni są samym sobie. Pod tym względem od Korei możnaby się wiele nauczyć... 

Poniżej zapraszam do odsłuchania odcinka audycji "Zakorkowani", której tematem jest duchowość Koreańczyków.





Starsi Wspólnicy Porannego Spokoju


Jest ich pięciu.

Pierwszego spotykam około godziny siódmej rano tuż po wyjściu z klatki bloku, w którym mieszkam. Jak co dzień buszuje po podwórku w poszukiwaniu najmniejszych papierków, które skrupulatnie zagarnia na swoją śmietniczkę. Czasem odpowiada na moje pozdrowienie w ogóle nie zaszczycając mnie spojrzeniem, tak jest zaabsorbowany swoim zajęciem. Innym razem już z dala macha mi na powitanie. Starszy mężczyzna, który potrafi być na tyle szarmancki, żeby zanieść mi ciężką pakę z kocim piaskiem aż pod same drzwi. To Pan Odźwierny.

Pana Z Psem spotykam na zakręcie minutę później. Dzień w dzień stoi tam ze swoim pupilkiem. Zwierzak jest już tak stary, że większość czasu przeznaczonego na poranny spacer spędza zupełnie zesztywniały w ramionach swojego właściciela. Widać, że jest mu dobrze. Od czasu do czasu stoi nieruchomo koło swojego Pana i przygląda się, jak ten sam rozprostowuje swoje równie zdrętwiałe wiekiem kości. Pasują do siebie jak Flip i Flap.

Pana Profesora spotykam na przejściu dla pieszych. Jego sztywne, długie, zupełnie białe włosy wystają spod kaszkietu jak snopy siana. Chodzi energicznie, wymachując do rytmu skórzaną teczką trzymaną w lewej ręce i laseczką dla równowagi w prawej. Kiedyś pogroził mi nią, kiedy przebiegałam przez jezdnię w niedozwolonym miejscu. Ostatnio zaczął do mnie mówić „Hi” więc chyba zostałam w jego oczach ułaskawiona.

Tuż po Panu Profesorze mijam Pana Gimnastykę. Każdego poranka ćwiczy zamaszyście wzdłuż alejki platanowców prowadzącej do metra. Jest bardzo, bardzo stary i każdy ruch wykonywany na urządzeniach wprowadza jego wątłe ciało w budzące czułość drżenia. Ma przy tym dobroduszne spojrzenie i cudownie ciepły uśmiech, którym obdarowuje mnie szeroko, za każdym razem kiedy się mijamy. Dzisiaj rano życzył mi też „żebym zawsze była zdrowa”.

Pucołowatego Pana Mnicha spotykam około godziny ósmej przed budynkiem firmy, gdzie pracuję. Ciągle jest dla mnie zagadką, gdzie zmierza codziennie w swoim szarym habicie, brązowych glanach, fioletowym szaliku, dwóch czapkach na głowie (niezależnie od pory roku!)  i dużym plecaku. Na razie oswajamy się tylko wzrokiem wymieniając minimalne uśmiechy rozpoznania.
  
Jest ich pięciu i każdy wzbudza we mnie zupełnie inne odczucia. Ocieramy się o siebie jak starzy, dobrzy znajomi jednocześnie nic o sobie tak naprawdę nie wiedząc. To bardzo szczególny układ. Cieszę się, że stoją na mojej drodze każdego poranka i będzie mi smutno, jeśli kiedyś któregoś zabraknie. Być może będę nawet tęskniła.



Porcelana


Zazwyczaj mam raczej ogólny koncept tego, co chcę ulepić. Zapalam światła, włączam radio (ale niezbyt głośno, żeby ciągle słyszeć kłócące się na ulicy wróble) i przygotowuję sobie stanowisko do pracy: plastikowe krzesełko, walec wilgotnej gliny, żyłkę do odcinania jej kawałków, wodę z gąbką do wygładzania powierzchni, drewniany wałek, pilśniową podstawkę i obrotowy stolik. Potem zakładam fartuch i rozglądam się po warsztacie za nowościami ulepionymi przez moją koreańską nauczycielkę. Nie waham się użyć jakiegoś kształtu, motywu, który akurat przypadnie mi do gustu. Prawdopodobnie w trakcie lepienia albo przyjdzie mi do głowy jakaś modyfikacja, albo ze względu na moje ograniczone umiejętności wyjdzie z tego i tak zupełnie coś innego.


Waza na kwiaty

Zaczynam lepić. Najpierw rozwałkowuję glinę wałkiem i wycinam z niej pożądany kształt podstawy naczynia. Następnie, już dłońmi, rolkuję kawałki gliny w równomierną rurkę i otaczam nią podstawę naczynia. I tak sznurek gliny po sznurku, aż ich kolejne poziomy po jakimś czasie stworzą pożądaną formę. Każdą warstwę nałożonej gliny wygładzam przemieszczając opuszkami palców nadmiar gliny w górę lub w dół – tak tworzy się jednolita powierzchnia naczynia. Co jakiś czas pełnymi dłońmi delikatnie poprawiam kształt ściskając ku sobie miejsca, gdzie budulec wymknął się spod kontroli. Potrzeba do tego dobrego nastawienia, cierpliwości, łagodności, koncentracji i śmiem twierdzić, że również pewnej dozy szczerego uczucia. 

Miseczki na ryż

Glina jest przyjemnie chłodna, pulsuje życiem, jej dotykanie w jakiś sposób oczyszcza. Czasem poddaje się ona moim wszelkim zamysłom, a czasem jest tak, że to ona rządzi mną rzeźbiąc siebie w kształt, którego w ogóle nie oczekiwałam. Rzadko, ale zdarza się też, że z całych sił oponuje i zupełnie nie możemy wtedy dojść do porozumienia. Za każdym razem jednak jest to pewnego rodzaju medytacja, po której pozostaje błogi spokój i zgoda na to, co się dzieje wokoło. Proces lepienia, tworzenie czegoś z niczego, wydobywanie formy, uczucie i koncentracja, jakie się temu poświęca to sposób na dostąpienie czegoś boskiego bez względu na ostateczny rezultat. To niesamowite katharsis.

Świecznik

Nie wiem zbyt wiele o porcelanie, czy lepieniu z gliny; nie mam też w tym zakresie większych ambicji. Jest to jednak dla mnie bardzo ważne zajęcie. Około czterech lat temu natknęłam się na warsztat obok domu i postanowiłam spróbować. Co sobotę przychodziłam na zajęcia razem z dwiema starszymi Koreankami. Nauczycielka nauczyła nas podstaw i przez jakiś czas lepiłyśmy razem z nią identyczne formy. Mimo atmosfery jarmarku (kobiety przekrzykiwały się w opowieściach o swoich mężach i dzieciach; wylepianie z gliny było tylko pretekstem do spotkań i wynurzeń) udawało mi się czasem odessać z rzeczywistości i cieszyć się tym, co robię. Nie było to trudne, gdyż kobiety po wymianie zwykłych uprzejmości, szybko o mnie zapominały. Po jakimś czasie nasze zgrupowanie wykruszyło się, a że moja nauczycielka rozpoczęła akurat zajęcia sobotnie poza warsztatem, po których zaraz biegła na Insadong sprzedawać swoje wyroby, miałam całą salę dla siebie. Od tamtej pory chadzam do jej atelier, które albo zostawia otwarte (żadnego wandalizmu, czy złodziejstwa – a drzwi są niekiedy otwarte na oścież), albo pozostawia mi kluczyk w ukrytym miejscu. Zdecydowanie wolę samotność w swoim lepieniu. Pozwala mi ona na spełnienie.

Wazonik

Lepiąc aniołka...

____________________________________________________
Ceramika jest integralnym elementem koreańskiej kultury. Już za czasów dynastii Goryeo (918-1392) koreańskie wyroby ceramiczne zaczęły zyskiwać uznanie na całym świecie mimo że do złudzenia przypominały te pochodzące z Chin. Za dynastii Joseon (1392-1910) nastąpił prawdziwy rozkwit tej dziedziny sztuki, z charakterystyczną porcelaną seledynową („celadon pottery”). Korea przodowała w bardzo trudnej technice otrzymywania właściwego odcienia zielonkawego koloru i do dziś najbardziej jest znana właśnie z tego rodzaju porcelany (moja nauczycielka namiętnie maluje wszystkie naczynia na ten właśnie kolor...).


Celadon Prunus Vase, Goryeo, 14th Century, Clay
Źródło: www.leeum.samsungfoundation.org 

Więcej zdjęć:

Długo wyczekiwane Spotkanie


Po raz pierwszy miałyśmy spotkać się lata temu w Donsol na Filipinach. Od dawna chciałam Ją zobaczyć na żywo, zachłysnąć się Jej majestatycznym pięknem, pobyć chwilę u Jej boku, choć odrobinę zarazić się Jej splendorem. Nie mogłam się doczekać. Razem z Psiółką Dominiką i Psiółkiem Jakubem, których zaciągnęłam na ten zapomniany skrawek Ziemi prawie że siłą, spędziliśmy dłuższy czas na chyboczącej się rybackiej łodzi oczekując na Jej przybycie. Słońce coraz intensywniej zaczynało kąsać nasze blade, nieprzyzwyczajone do tropików skóry – a Jej ani widu ani słychu. Po jakimś czasie na horyzoncie naszych nastrojów zaczęły pojawiać się ciemne chmury. Wbrew twardej logice wykładanej mi przez Psiółka Jakuba, upierałam się przy kolejnych piętnastu minutach, bo a nuż może po prostu spóźni się. Zdarza się to przecież najwspanialszym Kobietom, a już szczególnie tym o prawdziwie wolnej duszy. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu nie pojawiła się. Z nosami zwieszonymi na kwintę, krztynkę rozdrażnieni niepowodzeniem, zapakowaliśmy manatki i udaliśmy się na White Beach zaznawać bardziej przyziemnych rozkoszy. Moją była sztampowa Cuba Libre z przerwami na San Miguel. A może odwrotnie.


Wypatrywanie w miejscu gdzie
powinna się pojawić Ona.

Jakub i Dominika widocznie już znudzeni 
oczekiwaniem...

Pomocny rybak wdrapał się na maszt,
co by nie przegapić Jej przybycia.


To było w Święta Bożego Narodzenia w 2006 roku. Teraz ponownie nadarza się okazja, żeby Ją zobaczyć i tak jak ostatnim razem dostaję wypieków na samą myśl o Jej planowanym przybyciu. Tym razem jednak jestem o wiele lepiej do tego spotkania przygotowana. Po pierwsze umówiłam się z nią w kilkunastu różnych miejscach, w różnych dniach i o różnych godzinach. Będę Jej zacięcie wypatrywała przez cały nadchodzący tydzień tak, żebyśmy się czasem nie rozminęły. Bo to ten typ Kobiety, która chadza sobie tylko znanymi ścieżkami i o nikogo względy nie zabiega. Ostatnie kilka tygodni spędziłam też na basenie i na siłowni, żeby być w stanie dotrzymać Jej tempa i zapanować nad własnym zachwytem, jak już się pojawi – byłabym rozgoryczona koniecznością rejterady z powodu zbyt szybko zużytego tlenu.

Już jutro lecę na nurkowe spotkanie z moją RekinicąWielorybią...  



Ja i Whale Shark - wizualizacja z Wikipedii :)




Pansori


Obserwując charakterystyczne ruchy tułowia, rąk i głowy potrafiłam intuicyjnie wyobrazić sobie sposób, w jaki wydaje się te wszystkie wspaniałe dźwięki. Nie miałam nigdy jednak sposobności (odwagi?), żeby samej spróbować. To tak, jak z ludźmi, którzy na szczycie góry nie potrafią lub nie widzą potrzeby krzyczeć z całych sił. Jest taka przypowiastka o mistrzu i uczniu. Na niebie pojawia się pierwszy na świecie samolot. Podekscytowany uczeń próbuje zwrócić uwagę mędrca na obiekt w górze, ale ten niewzruszony odpowiada „potrafię sobie to wyobrazić” i idzie dalej.


Występ pansori (판소리)
<Źródło>

Kilka tygodni temu przemogłam się. Jechałam z PWY samochodem, kiedy w radio natknęliśmy się na audycję poświęconą temu rodzajowi śpiewu. Po krótkiej części teoretycznej nastąpiła kilkunastominutowa nauka wydawania podstawowych dźwięków. Razem z PWY powtarzaliśmy melodyczne instrukcje wypełniając wnętrze samochodu gardłowymi okrzykami. To była nie tylko przednia zabawa, ale też i prawdziwie wyzwalające doświadczenie. Wydobywanie niskiego głosu z głębi trzewi dodaje jakiejś niesamowitej siły, pozwalając jednocześnie na pozbycie się kotłujących się tam (a nie w głowie!) upiorów. Po odśpiewaniu kilku fragmentów czułam się jak po medytacji.


Śpiewaczki pansori (판소리)
<Źródło>

Nauka pansori (판소리) u Mistrzyni Park Nok-ju.
<Źródło>

Żeby opanować technikę śpiewu pansori (판소리) potrzeba podobno co najmniej dziesięciu lat. Wielu adeptów tej sztuki traci przy tym głos lub pluje krwią z powodu nadwyrężenia strun głosowych. Nie jest to więc zajęcie dla każdego. Prawdopodobnie z tego powodu jest to tradycja coraz rzadziej praktykowana i dlatego też w latach sześćdziesiątych pansori uznane zostało przez koreański rząd za „National Cultural Intangible Property” (w wolnym tłumaczeniu: „Kulturowe Niematerialne Dziedzictwo Narodowe”), a UNESCO wpisało pansori na listę „Arcydzieł Ustnego i Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości”. Otworzyło to drogę do finansowego wspomagania popularyzacji tej tradycji. Dzięki takiemu podejściu wystąpienia pansori ciągle oglądać można na dedykowanych festiwalach, w teatrach, czy tradycyjnych restauracjach. Ja sama pięć lat temu miałam okazję odsłuchać mojego ulubionego utworu „Sarangga” („사랑가”), czyli „Pieśni o miłości” podczas tradycyjnego ślubu z PWY.


"Sarangga" ("사랑가") - "Pieśń o miłości"


"Sarangga" ("사랑가") - "Pieśń o miłości"


Pansori to oprócz skomplikowanych dźwięków wspaniały rytm wybijany na bębenku buk (), który wywołuje u mnie obrazy półnagich tancerzy zapamiętanych w plemiennym, dzikim tańcu. Czuję w nim jakąś pierwotną magię, ogromny ładunek zmysłowości. Jest jak kojący powrót do pradawnych źródeł. Może to skojarzenie zbyt daleko posunięte, ale rytm pansori przywodzi mi też na myśl wolniejszą, gorącą muzykę R&B. Nieodzowną częścią pansori są też elementy tańca wywodzącego się z szamańskiej tradycji odstraszania złych duchów tzw. salpuri (살풀이) oraz tradycyjnego tańca z wachlarzem buchaechum (부채춤). 


Salpuri (살풀이) - szamanistyczny taniec


Buchaechum (부채춤) - tradycyjny taniec z wachlarzem


Pansori to sztuka interaktywna. “Pan” oznacza “miejsce, gdzie spotyka się wiele osób”, “sori” to “dźwięk”. Tradycyjnie „zespół” składał się ze śpiewaka - kwangdae (광대), bębniarza - gosu (고수) oraz publiczności - kugyeongkkun (구경꾼). Wykonanie utworu, będącego najczęściej którąś z opowieści ludowych, zajmowało czasami nawet kilka godzin. Tak więc publiczność oraz bębniarz aktywnie wspierali śpiewaka wtrącając do jego opowieści okrzyki zachęty chuimsae (추임새). Chuimsae to nie przypadkowe odgłosy, ale słowa i dźwięki wydawane w odpowiednich momentach, co również implikowało konieczność rozumienia przekazu wokalisty oraz posiadanie artystycznego wyczucia. Śpiewak od czasu do czasu kontynuował też swoją opowieść przemawiając do publiczności. Dzięki takiemu trójstronnemu zaangażowaniu całe przedstawienie miało bardzo szczególny charakter – każdy po części mógł stać się artystą.

Współczesne przedstwienie pansori (판소리) 
<Źródło>

Pansori narodziło się  w XVII wieku w południowo-zachodniej części Korei. Czas jej świetności przypada na wiek XIX, a od lat sześdziesiątych XX wieku sukcesywnie sztuka ta wymiera. 

A ja mogłabym słuchać, słuchać i słuchać...


"Simcheongga" ("심청가") - "Pieśń o Sim Cheong" (Sim Cheong to imię dziewczynki opiekującej się swoim niewidomym ojcem. Opowieść tutaj.)





Pazurek


Boję się pisać o Koreankach. Po dziesięciu latach spędzonych w Korei ciągle są to dla mnie istoty z jakiejś odległej planety, której próżno szukać na mapie wszechświata. I nie chodzi tutaj o kobiet tych wschodnią egzotykę, która miałaby za sobą nieść obietnicę mentalnych i fizycznych odsłon (znam obcokrajowców, którzy po ożenku z Koreankami musieli się po jakimś czasie z kraju ewakuować), a o pragmatyczną dwulicowość, którą się charakteryzują. Podkreślam – „pragmatyczną”. Jest taka scena w „Sex and the City”, która świetnie to obrazuje. Samantha poznaje nowego kochanka, w którego domu służącą jest potulna Tajka. Jak tylko właściciel domu opuszcza swoje posiadłości Tajka z miejsca zamienia się w krwiożerczego wampira. Do tego tak potrafi manipulować żyjącym w błogiej nieświadomości mężczyzną, że aż przybiera to postać niezłej farsy. Nic dodać nic ująć.



Tych niesamowitych transformacji Koreanek doświadczyłam nie raz. Dzieje się to niemal automatycznie, jakiś intuicyjna zapadka przeskakuje w ich umysłach w zależności od sytuacyjnego ząbka. W obecności mężczyzn przybierają postać rozkosznych dziewczynek: usta w dzióbek, maślane oczka, głosiki sugerujące możliwość nagłego zasłabnięcia, trzepotanie rzęs, zakrywanie dłonią uśmiechu, przebieranie nóżkami, przesłodzone, pozbawione treści odpowiedzi. Po wejściu do damskiej toalety ich spojrzenia hardzieją, sylwetka mężnieje, uśmiech spływa z twarzy, głos tnie powietrze, jak najostrzejszy sztylet. Nagle stają się silnymi, niepodległymi jednostkami, którym lepiej w drogę nie wchodzić. Zjawisko to, bez żartów, przeraża mnie.

<Źródło 1>, <Źrodło 2>


Ten niezwykły dar przeobrażania się koreańskich kameleonek zawsze zbijał mnie z pantałyku. Instynkt samozachowawczy nakazywał mi do kwestii koleżeństwa z Koreankami podchodzić z dużą ostrożnością. Dlatego trzymałam się raczej na uboczu, obserwując, dając sobie czas na wyciągnięcie wniosków, a jednocześnie zachowując z koreańskimi kobietami relacje poprawne, acz powierzchowne. Nie było to dużym wyzwaniem, ponieważ pracując najpierw w systemach telekomunikacyjnych, a następnie w przemyśle ciężkim z wieloma przedstawicielkami płci pięknej do czynienia nie miałam. Nie było to dużym wyzwaniem również z tego powodu, że tematyka połowu najlepiej rokującego kandydata na męża, nowości torebkowych, najlepszych lekarzy chirurgii plastycznej, czy najbardziej efektywnych kosmetyków, obchodziły mnie jak zeszłoroczny śnieg. W taki to sposób żar mojego antropologicznego zacięcia w tej materii stopniowo, co przyznaje z niejakim wstydem, wypalił się.


<Źródło>

W zeszłym roku moje życie zawodowe nabrało kolorów. Otrzymałam swoją własną grupę składającą się z... dwóch Koreanek. Po szybkiej orientacji oceniłam, że sytuacja nie przedstawia się najgorzej. Pierwsza z dziewczyn, nazwijmy ją na potrzeby tego wpisu „Zuzką”, najpierw dała mi do zrozumienia, że nie wyobraża sobie mnie w roli jej szefa, ale po jakimś czasie fochy jej wyraźnie przeszły. Bardzo pozytywnie wpłynęła na mnie świadomość, że świetnie mówi po angielsku, że wychowywała się przez jakiś czas za granicą i że dokładnie wie, jak poruszać się w zawiłej strukturze firmy. Kogoś takiego potrzebowałam. Druga dziewczyna, świeży narybek, również okazała się niczego sobie – silna, ale jednocześnie dobrotliwa osobowość, typ proaktywnego, sprawiedliwego przywódcy, a do tego jeszcze słoneczny żartowniś. Po kilku miesiącach stwierdziłam, że całe moje skostniałe postrzeganie Koreanek musi podlec gruntownej rewizji. Byłam swoim odkryciem zachwycona. Dziewczyny słuchały, co się do nich mówiło, były pracowite, niezależne, zmotywowane efektami swoich wysiłków. Razem dyskutowałyśmy o projektach, dzieliłyśmy się informacjami i planami na tydzień – wszystko przy porannej kawce. Po ośmiu latach mojego życia zawodowego w pracy zawiało w końcu odżywczą świeżością. Rozentuzjazmowana  zaprosiłam dziewczyny kilka razy na prywatki do domu, a nawet dałam pogłaskać im Nabi. Z Zuzką sprawy zaszły jeszcze dalej – raczyłam ją szczegółami życia osobistego, dzieliłam ciężko wypracowanymi przez lata arkanami sztuki zawodowej (czyli „jak odnieść sukces pośród koreańskich mężczyzn”), udzielałam najszczerszych porad co do romantycznych relacji damsko-męskich. Mimo wielu przepastnych różnic w naszym pojmowaniu świata uznałam Zuzkę za coś na kształt lokalnej przyjaciółki. 



<Źródło>

Sielanka przerywana minimalnymi tylko zgrzytami trwała do niedawna. Do czasu, kiedy to szef zdecydował się zabrać w podróż służbową mnie, a nie moją podopieczną. Zuzkę z lekka trafił szlag, bo ja projekt jedynie nadzorowałam, a ona wykonała większość czarnej roboty. 

<Źródło>


Niesprawiedliwość w miejscu pracy, a już szczególnie w koreańskim miejscu pracy, nie jest niczym wyjątkowym („shit happens”) więc wydawało mi się, że prędzej czy później Zuzka wygładzi nastroszone piórka i przejdzie nad sprawą do porządku dziennego. Srogo myliłam się. W mailach otrzymywanych już za granicą zaczęłam wyczuwać jakieś niedobre wibracje. Na tę chwilę jednak głowę zajętą miałam innymi sprawami, a w wolnym czasie odczuwałam wewnętrzny przymus, żeby kibicować polskiej drużynie w rozgrywających się właśnie meczach Euro 2012. Stąd kwitowałam te pierwsze symptomy – jak się później okazało – nadchodzącego sztormu jako przelotne i niegroźne Zuzki „fiubździu”.


<Źródło>


Zuzka tymczasem zza biurka metodycznie dopieszczała detale swojej vendetty. Korzystając z mojej nieobecności odpowiednio wymościła grunt pod przyszłe pułapki, w skupieniu godnym Rambo ostrzyła białą broń (jej górna warga drgała przy tym nieznacznie).    


<Źródło>

Pierwszym pazurkiem przedzieliła mnie przez twarz zaraz po moim powrocie do Korei. Było to tylko niewielkie zadrapanie więc wspaniałomyślnie zrzuciłam jej wyskok na karby przeciążenia sytuacyjnego. Nastały ciche dni. Transmutacja Zuzki była doskonała, nie poznawałam jej. Wpadłam w jakieś osłupienie nie potrafiąc zdiagnozować trawiącej nasze stosunki choroby. Choroby, która spadła na nas jak jasny grom z nieba. Potem naszło mnie odrętwienie – coś jak sarna wpatrująca się nieruchomo w nadjeżdżający z zawrotną prędkością samochód. Trwałam w oczekiwaniu na najgorsze. 

<Źródło>


Atak nastąpił niespodziewanie.


<Źródło>


Walczyłam mężnie, odpierając cios za ciosem. Zuzka nadciągnęła jednak z całym swoim wypolerowanym arsenałem zamaszyście strzelając ukrytymi w rękawie atutami. W niepozornej torebce Louis Vuitton upchnęła też nieczyste zagrania, o których możliwość użycia nigdy bym jej wcześniej nie podejrzewała. Korzystała między innymi z tak plugawych narzędzi jak bezecne kłamstwo i komunikatorowe obrobienie dupy (klawiatura rozgrzała się do czerwoności). Moje szanse malały z godziny na godzinę, zaczęłam dostawać zadyszki.

<Źródło>

Nie mogłam uwierzyć w to, co rozgrywało się przed moimi oczami. Miałam wrażenie, że to jakaś nocna mara, z której już za chwilę powinnam się wybudzić. Tak, żeby pójść sobie z Zuzką na kawkę i opowiedzieć jej z rozbawieniem o całym tym śmierdzącym koszmarze. Ogarnął mnie szał tak skondensowany, że musiałam w trybie natychmiastowym ewakuować się z pola bitwy celem przewietrzenia się nad pobliską rzeczką. W przeciwnym razie mogłoby dojść do fizycznego knock-out’u „z główki”.  


<Źródło>

Do pewnego momentu miałam pewność, że Prawda skruszy wątłe mury Podstępu. Tlił się we mnie naiwny płomyk Wiary w fundamentalną Słuszność, opatrznościową Interwencję ze strony przełożonych. Nikt mi z ratunkiem jednak nie pospieszył („shit happens”). Na polu walki pozostałam sama jak palec. Niestety na wszelkie kontrataki było już za późno, co zrozumiałam grubo poniewczasie.

<Źródło>

Obezwładniona niedorzecznością sytuacji padłam na kolana. Zuzka nie zastanawiając się zbyt długo podcięła mi krtań jednym pewnym pociągnięciem. Dzieła dokończyła wpychając mi ostrze szoguńskiego miecza prosto między łopatki, dla pewności przekręciła go jeszcze zdecydowanym ruchem w prawo. Wszystko to z szczerzącymi kłami na wierzchu. Na sali dało się słyszeć zwycięskie „Whaaaaaaaaaaa a a a a   a   a   a!” niczym na filmach z Bruce Lee. Jak zza mgły obserwowałam własną krew powoli kapiącą z ślniącego ostrza.



Przegrałam z kretesem. Blitzkrieg’u w wykonaniu Zuzki nie powstydziłby się sam Schlieffen. Byłam pod wrażeniem jej taktyki, szybkości i precyzji bezwzględnego ataku. W wielu miejscach dostrzegłam elementy strategii, które sama jej wykładałam. Cóż za bolesna ironia! Podkuliłam ogon i ze skowytem zawlokłam swe pogruchotane kości do domu. 


<Źródło>


Było mi niewyobrażalnie smutno, serce krwawiło. Mało co chyba tak boli, jak sprzeniewierzenie się kogoś bliskiego.

<Źródło>

Od ran duszy rozchorowało się moje ciało. Bolał każdy mięsień, przywlekło się przeziębienie. Ciągle nie mogłam uwierzyć, że coś takiego ze strony Zuzki w ogóle mogło mi się przytrafić. Obijałam się po kątach domu blada jak papier, w transie, niczego nie widząc dookoła, niczego już nie pojmując.



<Źródło>


Do pracy, gdzie Zuzka triumfowała bez najmniejszej żenady, PWY musiał wypychać mnie siłą. Moja podopieczna z dnia na dzień stała się niezmiernie wylewna, dla wszystkich uprzejma, tryskała wspaniałomyślnością. Radosna jak rzadko podśpiewywała sobie pod nosem, na lewo i prawo rozdawała uśmiechy niczym autografy. Dwa bezlitosne metry za moimi plecami. 


<Źródło>


W rezultacie potyczki moja grupa została rozwiązana, a Zuzka otrzymała projekt na wyłączność. Mnie pozostało tylko topienie smutków w ramionach PWY, z pokaźnymi rezerwami słodkości wokół rozmemłanego łóżka. Nie wiedziałam, co mam dalej ze sobą począć. Mały prztyczek w nos, a rozłożył mnie na łopatki jak chyba nigdy dotąd. Tak to niestety bywa, gdy nieopatrznie wychodzi się do ludzi – wróć – do Koreanek, z sercem na dłoni. Serce może zostać skonsumowane na surowo.

<Źródło>

Ku mojemu wewnętrznemu przerażeniu, już po wszystkim, kiedy ciągle jeszcze lizałam niezasklepione rany, Zuzka jak gdyby nic zaprosiła mnie na kawkę celem „rozładowania napięcia”. Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Jakiż posępny tupet! 


<Źródło>

Czas leczy jednak rany, a to, co nie zabija, to podobno wzmacnia. Po jakimś czasie pewnie wykaraskam się, wybaczę, spojrzę na wszystko z lotu ptaka. I wyjdę z tego o jedną bitewkę bogatsza w doświadczenie. 


<Źródło>

Przez całą tę aferę trochę przejrzałam na oczy. Pozbyłam się na jakiś czas złudzeń nie tylko co do Koreanek, ale też i mojego miejsca w firmie jako kobiety – obcokrajowca. Zrozumiałam, że muszę obrać zupełnie inną taktykę, bo zbyt łatwo mnie wysiudać z prawowitego miejsca. A im wyżej, tym będzie ostrzej.



<Źródło>


Na dzisiaj mam trzy spostrzeżenia. Po pierwsze środowisko zawodowe to nie miejsce na nawiązywanie przyjaźni, a już w szczególności ze swoimi podopiecznymi. Nawet jeżeli jest to cholernie kusząca opcja. Druga nauczka to taka, że Koreańczycy zawsze murem będą stali za swoimi – gdzieś po drodze dałam się ponieść naiwnemu wyobrażeniu, że ludzie to po prostu ludzie. Trzeci wniosek to taki, że nie tylko trzeba „pamiętać o śmierci”, ale również o „pragmatycznej dwulicowości” Koreanek. Zawsze i wszędzie.


<Źródło 1><Źrodło 2>



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...