Goût de ciel


Nie byłam przekonana co do lokalizacji kiosku. Wcześniej urzędowała w tym miejscu starsza kobieta i też nie miała za dużo szczęścia. Początkowo swoje gazety, gumy do żucia i napoje sprzedawała w dosyć obskurnej budce i już wtedy interes wyraźnie kulał. A już w ogóle wszystko zamarło, kiedy władze Seulu „wymieniły” staroświeckie stoiska na komponujące się w tło nowoczesności szarawe bryły z metalu. Starsza kobieta przez jakiś czas sprzedawała tam jeszcze dotychczasowy asortyment, w końcu zaczęła smażyć placki. Umiejscowienie budki było jednak naprawdę fatalne. Tuż przy wyjściu z metra, gdzie ludzie albo spieszą się do pracy, albo czym prędzej chcą się od niej oddalić. Do tego duże przejście dla pieszych, przy którym zawsze robiło się tłoczno i nerwowo. Miejscówka, z której każdy chciał jak najszybciej czmychnąć. Kobieta po jakimś czasie poddała się, a budkę przejął Pan od Owoców.




Mój brak przekonania co do umiejscowienia kiosku umocnił się. Pana od Owoców mijałam dzień w dzień dwa razy i przypominałam sobie o nim dopiero przechodząc obok – w momentach, kiedy było mi spieszno i ochoty na przystawanie raczej nie miałam. Obiecywałam sobie, że następnego dnia już na pewno wyskoczę w czasie przerwy, żeby kupić tutaj świeżo wyciśnięty sok. Pan od Owoców sprawiał wrażenie przemiłego człowieka, który wkłada w swoje nowe przedsięwzięcie dużo serca i sercem tym ujął moje.

Tygodnie mijały, ja co dzień sobie zakup obiecywałam, a Pan od Owoców z pieczołowitością rozwijał swoją pasję/biznes. Obserwowałam jak rano z czułością rozstawia góry owoców, przede wszystkim czerwone grejpfruty i cytryny, oblepia ściany kiosku opisami ich nadzwyczajnych właściwości. Z czasem na stoisku pojawiły się dżemy, marmolady, kompoty i inne własnoręcznie przygotowywane przetwory – wszystko zapakowane w sposób, który przywowyłał mi na myśl przymiotnik „babciny”. W równiutki, babciny też sposób, wszystko było pięknie poukładane. Klientów jednak nie przybywało i ja też jakoś zawsze zapominałam, żeby w czasie przerwy do Pana od Owoców zajść.

Aż pewnego poranka w lekko zdezolowanym Matizie właściciela kiosku zobaczyłam wiklinowy koszyk z malutkim psiakiem, który drzemał w najlepsze. Po pierwsze Matiz – szary, stary model, który przypomniał mi moje pierwsze auto, jakie dostałam w Korei od przyjeciela. Mój pojazd miał ręczną skrzynię biegów, ewenement w tym kraju i nie za dobre rozwiązanie na koreańskie pagórki. Po drugie piesek, a co chyba nawet ważniejsze wiklinowy kosz – rozebrzmiała we mnie przez ten widok jakaś struna romantyczna i podewzięłam ostateczne postanowienie, że dzisiaj Pana od Owoców odwiedzam na sto dwa.




W ciągu dnia wyobrażałam sobie nasze pierwsze spotkanie, to, o czym i jak rozmawiamy. Może był pracownikiem korporacji, który pewnego dnia rzucił pracę, odcinając się zupełnie od macek świata zbrukanego bożyszczem monety. Może miał większy biznes, z powodu kryzysu gospodarczego zbankrutował, a teraz ponownie próbuje stanąć na nogi, tyle że już z zupełnie innym podejściem. W myślach rozmawiałam już z nim o psiaku, bo na pewno wiązała się z nim jakaś niesamowita historia skoro wszędzie z Panem od Owoców wędruje, o Matizie i o owocach – wiedziałam, że inny klienci i tak się nie pojawią, więc będziemy mieli dużo czasu. Nie mogłam doczekać się komitywy, jaką już przecież wypracowałam ze sprzedawcą owoców przy moim domu i z tymi, których mijam codziennie rano w drodze do metra.

Zanim zdążyłam złożyć zamówienie Pan od Owoców rozgadał się już na dobre. Był uradowany, że ktoś do niego w końcu zaszedł. Z zamrażarki wyciągnął „Sprite” i zaczął opowiadać mi o sposobie, w jaki z gazowanych napojów można zrobić slushie. W czasie, kiedy pod wpływem nagłej zmiany temperatury ciecz w butelce powoli rozrastała się ku dołowi w gęstą maź, wpatrywałam się w jego ubiór. Biała koszula z motywem w kratkę na ramionach, dwa przykrótkawe krawaty – jeden w szkocką kratę, drugi żółty z uśmieszkami, na szyi dziwaczny naszyjnik z Wieżą Eiffla, koreańskim hangari (gliniana beczułka), jadeitowym kłem i krzyżem noszącym krwawiącego Jezusa. Pan od Owoców porównał rozgrywającą się przed nami przemianę cieczy w ciało półstałe do rozkwitającego kwiata (jeżeliby ten proces oglądać oczywiście w przyspieszeniu), po czym zapytał, co może mi podać. Zamówiłam grejpfruta z cytryną, ale zamiast slushie ze „Sprite” poprosiłam o zwykłą wodę sodową. Kierowana wnikliwymi wskazówkami mojego rozmówcy zdołałam w końcu wybrać owoce do soku, które zadowalały i jego, i mnie. Właściwie to bardziej jego, bo ja jednoznacznego zdania w tej sprawie nie miałam. Pan od Owoców odebrał ode mnie cytrusy, powoli założył rękawice, ochronny daszek na usta i czapeczkę majtka pokładowego, po czym pieszczotliwie zaczął obmywać owoce w zlewie. Na prawo, przy wyciskaczu o mniejszych gabarytach położył cytrynę, na lewo przy większym grejpfruta. Następnie wyciągnął brudne sitka, przeprosił z dużym uśmiechem i starannie obmył również je. Wielkim nożem przeciął grejpfruta na pół, jedną z części włożył do urządzenia i z energią zaczął wyciskać z niej ostatnie soki.




Zapytałam o psiaka. Pan od Owoców oderwał się od pracy, ponownie przeprosił i powiedział, że „a nie, nie, to tylko atrapa”. Czar prysł bezpowrotnie, czułam się rozbawiona. Za mną od kilku minut stał dreptający już z niecierpliwości klient. Ja również, przyzwyczajona do ekspresowej obsługi, zaczęłam czuć się dziwnie nieswojo. No i ten sztuczny psiak, który to struny romantyczne we mnie był trącił... Pan od Owoców, niczym niezrażony, zaczął tymczasem opowiadać o swojej pasji. Po drodze spadł mu z krajalnicy nóż, który musiał oczywiście przepłukać przed kontynuowaniem wyciskania soku z drugiej części mojego grejpfruta. Razem ze stojącym za mną mężczyzną przyglądaliśmy się Panu od Owoców z lekkim niedowierzaniem. Przez głowę przeszła mi myśl, że może jesteśmy w ukrytej kamerze. Młody chłopak obok mnie zaśmiał się nerwowo kilka razy, być może miał podobne myśli.

W końcu mój grejpfrut dotarł w postaci płynnej na dno plastikowego kubka. Pan od Owoców zaczął dolewać wody sodowej, a ja przez moment zastanawiałam się, czy warto przypominać mu o cytrynie. Znowu przeprosił i z nieukrywanym entuzjazmem ponownie rozpoczął cały rytuał cackania się z cytrusem tyle że po swojej prawej stronie. To oczywiście wiązało się również z przelaniem soku z grejpfruta do większego pojemnika, żeby i cytryna się mogła zmieścić. Pan od Owoców nie przestawał trajkotać, w przerwach obficie przepraszając nas i obdarzając niesamowicie przyjaznymi uśmiechami. Staliśmy naprzeciw niego, ja i młody Koreańczyk, odwzajemniając rozpromieniony uśmiech i posyłając wokoło niedowierzające własnemu położeniu spojrzenie.



Przygotowanie soku zajęło więcej niż 15 minut. Wracałam do firmy z sokiem w garści i z wyobrażeniem o Panu od Owoców, które musiałam teraz diametralnie zrewidować. Sok ożywiał moje ciało brutalną kwaskowością - warto było na niego tyle czekać. Przyjrzałam się uważniej tekturowej opasce na kubek i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że Pan od Owoców zatytułował swoją działalność wyszukaną francuszczyzną. Pomyślałam, że w „Goût de ciel” może nie chodzi o sprzedaż dosłownego „smaku nieba”, a o oferowanie zupełnie innych, coraz rzadziej występujących – nie tylko u Koreańczyków – wartości. Zamiast „ppalli, ppalli” („szybko, szybko”) - odrobotyzowana wersja człowieka; zamiast obojętnego traktowania spożywanych posiłków - więcej aktywnego pomyślunku i szacunku dla darów natury. I najważniejsze chyba: zamiast niecierpliwości - wyrozumiałość i radosne współuczestnictwo w niedoskonałości.

Na sok chodzę przynajmniej raz w tygodniu. Czasem zastaję pustą budkę, chwilę odczekuję, aż w końcu zauważam krzyczącego do mnie z pędzącego Matiza Pana od Owoców. Macha do mnie przez otwarte okno w porozumieniu, że zaraz będzie, a ja w duchu zaklinam los, żeby w coś przedtem nie przywalił. Wbiega rozchichotany do swojej budki, po czym snuje długie opowieści totalnie się w nich gubiąc - a może to ja się w nich gubię - dalej zapomina o mojej cytrynie, upuszcza noże i inne narzędzia swojej pracy. Ma coraz więcej jednak klientów, jego owoce porozkładane są już na chodnikach, pod drzewami, a w weekendy korzystać musi z pomocy trochę bardziej obrotnego pracownika, żeby już w ogóle nie pogubić się w tym wszystkim. Wygląda na to, że smak nieba to zaraźliwa sprawa, jeżeli tylko dać mu i sobie samemu szansę.



  


Tęsknota za krajem


Po kilkunastu latach mieszkania w Korei moja tęsknota za polskimi korzeniami coraz bardziej ulega zatarciu – jest jak coraz bardziej sprane dżinsy, których w pewnym momencie nie można założyć, bo za bardzo już wyblakły. Takich dżinsów nie wyrzuca się, ale też i nosi się je o wiele rzadziej. Kiedy jestem w Polsce chodzę po ulicach i w skupieniu przyglądam się ludziom, przysłuchuję się ich rozmowom; odwiedzam miejsca, które przywołują dawne, nierzeczywiste już wspomnienia. Marszczę czoło dochodząc do wniosku, że mało już coś z tego wszystkiego rozumiem. Moje ciało przeszywa obezwładniające uczucie, że to nie jest już mój świat. Czuję się tak, jakbym przyjechała do bliskiego mi sercem, ale jednak obcego już codziennością kraju. Kraju, którego tylko językiem biegle władam.

Naturalnie, kiedy przylatuję do Polski tak bagatelna czynność jak  zjedzenie dobrego pieroga, czy ciepłego jeszcze chleba z masłem śmietankowym, wprawia mnie w totalny błogostan. Nie wspominając o ogórkowej, żurku i pomidorowej. Jeżeli ktoś przywiezie mi z Polski bombonierkę Wedla, miód pitny, czy kawał Żywieckiej, traktuję to jak skarb, który szybko ukryć należy przed wzrokiem PWY i własną słabością na tak długo jak to tylko możliwe (a możliwe długo nie jest). Ale przecież za kimchi i koreańską zupą z rozgotowanych kości też tęsknię podobnie...

To poczucie odcięcia od źródeł wcale nie oznacza, że Korea stała się z automatu moją nową Ojczyzną. Do tej również nie przynależę i nigdy do końca przynależeć nie będę chociażby z racji zdradzającego mnie wyglądu, który dla Koreańczyków mechanicznie stawia moją osobę w opozycji do ich własnego świata. Nie mam zresztą jakiejś większej ambicji stuprocentowego przynależenia do tej rzeczywistości, mimo że w Korei jest wiele rzeczy, którymi przesiąknęłam już zapewne na dobre. Chyba nie będzie przesadą powiedzieć, że na tym etapie mojego życia najpełniej przynależę tylko do siebie samej.

Jest jednak taka rzecz – choć rzeczą tego nazwać nie chcę – która do tej pory wzbudza we mnie ten charakterystyczny skurcz serca tęskniącego. Zdałam sobie sprawę z tego bardzo wyraźnie podczas ostatniego wypadu z PWY na koreańską wieś. Zamiast typowego koreańskiego „pension” (coś na kształt pensjonatu) zdecydowaliśmy się na „minbak”, czyli nocleg bezpośrednio w mieszkaniu Koreańczyków, którzy wypożyczając przestrzeń we własnej posiadłości podreperowywują sobie w ten sposób domowy budżet. Wynaleźliśmy uroczy domek należący do artysty i jego żony, którzy na dwie noce udostępnili nam własnoręcznie zbudowaną z pachnącej gliny przybudówkę. Byłam zauroczona: stawkiem, na obrzeżach którego wygrzewały się grubaśne żaby, kolorem wężów, które potomstwem grubaśnych żab chciały zaspokoić swój głód, jelonkiem błotnym, który niezdecydowanie czaił się targany widokiem przynoszącej orzeźwienie wody, dumnie kroczącym po swoim tylko podwórku kogutem z czerwonym jak dorodne czereśnie grzebieniem i sznureczkiem dreptających kur tuż za nim. I maki tam były, i chabry, a pomiędzy nimi leniwie bujające się na wietrze pszczoły, ważki, a nawet boski fruczak gołąbek, wysysający nektar słodko zakręconą trąbką. A w górach łąki nieokiełznane, rosnące jak popadnie, z niedostępnymi tajemnicami ukrywającymi się w nieprzeniknionym gąszczu ich podnóża.











Wdychając oszałamiające zapachy, spijając beztroskie obrazy, wpatrując się w zieleń, od której aż mrużyć trzeba oczy, doznałam olśnienia – poczułam to charakterystyczne, melancholijne odprężenie, którego zawsze doznaję tonąc oczami w polskich krajobrazach. Dlaczego akurat teraz? Przecież dosyć często spędzam czas na łonie natury, poza jazgotem wielkiego miasta, i jak do tej pory koreańska przestrzeń była dla mnie jednoznacznie obca, odseparowana dużym murem od znanych mi z młodości pejzaży. Tym razem było jednak inaczej. Wokół nas cisza nieprzenikniona, pozbawiona wszędobylskich dźwięków ludzkiej obecności i horyzont niezbrukany jeszcze mackami łapczywie pożerającej wszystko na swojej drodze cywilizacji – tego w Korei w tak czystej postaci łatwo doświadczyć nie idzie. Rozglądnęłam się wokół uważniej i nagle ta niczym niespłoszona, nieujarzmiona natura przeniosła mnie na powrót do Polski.

Aż ścisnęło w dołku.

I mocno zatęskniłam.


Zdjęcia z Chungju poniżej:

[Zakorkowani] Koreański showbiznes


Po wielu latach obserwowania i życia pośród Koreańczyków doszłam do wniosku, że współzawodnictwo to obecnie podstawa funkcjonowania tego społeczeństwa. Dla osiągnięcia określonego celu Koreańczycy zdolni są do niewyobrażalnych wyrzeczeń, walkę mają chyba we krwi. Trend ten zauważyć można na uczelniach, w korporacjach, w biznesie, ale też i na co dzień np. w kolejce do metra, kiedy Koreańczyk potrafi wykorzystać nawet sekundę zawahania, żeby tylko wepchnąć się przed innego pasażera. Niestety zdarza się, że cecha ta, stosowana automatycznie, bez żadnego pomyślunku, prowadzi do tragicznych konsekwencji – podczas katastrofy feralnego promu „Sewol” Ochrona Wybrzeża wstrzymała akcję ratunkową po to, żeby najpierw z pomocą mógł przyjść jej prywatny kontraktor i na tym oczywiście zarobić. Być może, gdyby dopuszczono do akcji akurat dostępne wtedy jednostki ratunkowe, udałoby się uratować większą liczbę ludzi...

Rywalizacja przyjmuje szczególnie zaciekłe oblicze w showbiznesie. W drodze do sukcesu młodzi Koreańczycy prawie że zaprzedają duszę diabłu, żeby zabłysnąć na firmamencie koreańskich gwiazd. Od małego ciężko trenują, poświęcając życie swojemu wyobrażeniu o sławie. W zamian za pięć minut rozgłosu rezygnują ze swojej osobowości dostosowując się do komercjalnych wymogów rynku, na których nieźle można zarobić – stąd w Korei raczej rzadko już można spotkać niezależnych artystów przez duże „A”. Moimi faworytami w tej grupie są „LeeSSang” (이쌍), Jung In (정인), Yoon Mi Rae (윤미래), czy „Jaurim” (자우림). Przepadam również za piosenką koreańską sprzed kilku dziesiątek lat – na przykład twórczością Kim Kwang Seok (김광석), a w szczególności jego popularnym utworem „Obudź się” („일어나”). Ogromną rolę w rozwoju koreańskiej sceny muzycznej odegrał też „Seo Taiji” (서태지), ale to już raczej nie moje fale. Mimo tych naprawdę godnych uwagi wyjątków, na współczesnej scenie artystycznej przeważają masowi celebryci, którzy od czubka głowy po końce palców u nóg wystrojeni są w pióra i słowa sprzedających dany wizerunek wytwórni. W ich twórczości nie ma żadnego przekazu, zresztą to, co robią trudno nazwać twórczością skoro ktoś inny pisze dla nich piosenki, przygotowuje oprawę muzyczną, uczy choreografii i stylizuje. To nie twórcy, a odtwórcy. To już nie show, tylko biznes właśnie. A zarabia się na ogłupionym, idącym na łatwiznę odbiorcy.

Presja pomiędzy potencjalnymi kandydatami na celebrytę jest ogromna, bo konkurencja o łaskę rządzących tym rynkiem jest naprawdę bardzo duża. Koreańczycy są niezwykle pracowici, ale też i ambitni, więc bardzo łatwo jedną osobę zastąpić drugą. Jest w czym przebierać, co powoduje, że pozycja negocjacyjna danego rekruta jest znikoma. Albo się dostosujesz, albo wypadasz z gry. Młodzi ludzie nie mają pojęcia, kiedy powiedzieć „dość” i sobie, i swoim opiekunom, co częściej niż na Zachodzie kończy się śmiercią samobójczą. Ludzie nie wytrzymują psychicznie rywalizacji, a nawet jeżeli osiągną już sukces i mają wszystko czego dusza zapragnie, nagle okazuje się, że nie wiedzą, kim naprawdę są, bo takie przeszli pranie mózgu. Ich życie definiowane jest wsparciem fanów i nakazami managerów. Ktoś napisze zły komentarz i przeżywają dramat życiowy. Manager znajdzie nową kandydatkę na celebrytkę i nie wiadomo, co ze sobą od tej pory zrobić – następuje kryzys tożsamości. Samobójstwa związane są nie tylko z problemami natury duchowej, ale też i z wszechobecnym i – co gorsze – zorganizowanym wykorzystywaniem seksualnym, znęcaniem psychicznym i fizyczną przemocą. Chyba można zaryzykować porównanie showbiznesu w Korei do niewolnictwa w jego nowoczesnej, bardziej zakamuflowanej formie. Przerażające jest to, że ludzie sami proszą się o swoje złote klatki i że my, jako beztrosko klaszcząca w rytm nowego klipu publiczność, na taki stan rzeczy przyzwalamy.

Uważam, że wielkie wytwórnie, takie jak w Korei, nie odpowiadają już na popyt, a raczej ten popyt tworzą – jednolity, masowy, skomasowany i niezywkle łatwy do kontroli. W Korei dopracowano to do perfekcji. Odbiorcy wtłacza się jeden słuszny schemat tak sprytnie, że ten cieszy się jak dziecko i podziwia podkładaną mu pod nos papkę (perfekcyjną, ale jednak papkę!), nawet jeżeli nie za bardzo dany jest mu jakikolwiek wybór. Istny biznesowy majstersztyk.

O szczegółach koreańskiego showbiznesu opowiadam z Leszkiem Moniuszko w audycji „Zakorkowani” – do odsłuchania poniżej:




Fanpage "W Korei i nie tylko" - maj 2012 i 2013


Według Fanpage „W Korei i nie tylko” maj 2012 to przede wszystkim zawirowania związane z wydaniem mojej pierwszej książki „W Korei”. To było dla mnie niezwykle ważne wydarzenie, materializacja jednego z największych marzeń, ale też i odhaczony kolejny epizod w życiu, kiedy to po raz ostatni robiłam coś po raz pierwszy – trzymając w ręku moją książkę czułam radość, ale też i melancholię, bo przecież już nigdy ponownie nie będzie mi dane zadebiutować jako pisarka. Dwa lata później, kilka dni temu właściwie, na rynku pojawiła się moja druga książka „Za rękę z Koreańczykiem”. Radości i nadziei tyle samo, ale podejście już o wiele bardziej praktyczne, bardziej dojrzałe.

Inne zmiany w ciągu ostatnich dwóch lat to niestety ale brak już moich czterech kotów na tym padole, bo to faktycznie starowinki były. 



3 maja 2012

Ostatnimi czasy trochę u mnie cicho, bo jestem w Polsce. Chłonę podeszczowe zapachy trawy, zajadam się chlebem i kefirami, bawię się ze swoimi piętnastoletnimi kotami (jakie z nich starowinki!). Tymczasem książka już w sprzedaży i następny tydzień zapowiada się gorąco. 





11 maja 2012

Nie przypuszczałam, że nawet w Korei będzie o nas informacja: Yonhap News. 





15 maja 2012



15 maja 2012

No to jedziemy z tym koksem – moja Korea.





23 maja 2012

W Korei czereśnie są horrendalnie drogie. Za 300g musiałam zapłacić ok. 24 zł., ale jakoś nie bylam w stanie odmówić sobie tej przyjemności...





18 maja 2013

W Korei coraz popularniejsze są kafejki ze zwierzakami. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony Koreańczykom na pewno dobrze robi współprzebywanie ze zwierzętami. Z drugiej kilkanaście kotów w jednym pomieszczeniu, które non stop nękane są przez dzieciaki to zdecydowanie nie moja broszka. — with Olga Nuna-Onni.





22 maja 2013

Dzisiaj w czasie lunchu odwiedziłam zrekonstruowaną bramę Namdemun, która spłonęła w pożarze w 2008 roku. 

Już chyba nie wzbudza tak wielkiego zachwytu. Nie czuję w niej ciężaru starości...




29 maja 2013

"W Korei" na półce biblioteki w Centrum Kultury Korei. Autorką zdjęcia jest Czytelniczka ukrywająca się pod pseudonimem Syla Lewa. Bardzo dziękuję. 





30 maja 2013

Moja psiółka Monika Ko popełniła przed chwilą takie oto zdjęcie. Podpisała je: "Korea is really confusing sometimes". Jest?



      

"Za rękę z Koreańczykiem"


Do ostatniej chwili planowałam wkleić tutaj odrobinę tylko przerobiony opis mojej nowej książki pt. “Za rękę z Koreańczykiem”, który jakiś czas temu przygotowałam dla wydawnictwa celem rozpowszechnienia w mediach. Zasiadłam do komputera i nagle poczułam ciężar w klatce piersiowej, jakbym musiała zrobić coś żmudnego, coś, do czego nie mam serca. Zdziwiłam się, bo przecież zazwyczaj pisanie sprawia mi niebagatelną przyjemność. Układanie myśli na białej kartce wyrzuca mnie na orbitę odmiennego stanu umysłu niczym narkotyk, tyle że bez efektów ubocznych. Kiedy piszę, czuję się spełniona, więc skąd ta niespodziewana emocja?




Chodzi chyba o to, że “marketingowy pitch” to nie to, na co zasługują Czytelnicy niniejszego bloga. Ktoś kiedyś powiedział mi, że moje wpisy na blogu są zbyt osobiste, niektóre może nawet zbyt intymne, ale chyba przy takiej formie wyrażania siebie pozostanę, nawet jeżeli to emocjonalne obnażanie się może kosztować mnie czasem spory zawrót głowy. Daruję sobie więc tutaj suche fakty, a skupię się na serduchu, co z dużym znakiem zapytania bije na wyciągniętej do Was dłoni.  

Na biznesową, suchą promocję nie zasługują również bohaterzy mojej książki – ludzie z krwi i kości, którzy podzielili się prywatnymi skrawkami swojego życia u boku koreańskiej połówki. Prawda jest taka, że być może książka “Za rękę z Koreańczykiem” to świadectwo jednego z najważniejszych okresów w ich życiu. Może kiedyś, za kilkadziesiąt lat, Monika, Olek, Magda, Bartek i Beata powrócą do lektury już jako trzęsący się staruszkowie i zaszkli się im nad jej stronami oko. Wyobrażam sobie, jak różne uczucia mogą nimi wtedy targać w zależności od tego, jak potoczy się ich życie. Pozostaje mi tylko mocno trzymać kciuki, żeby uczucia te miały radosny wydźwięk.

Obie moje książki to w końcu dla mnie samej coś więcej niż dodająca autorytetu pozycja bibliograficzna na koncie. W pierwszej pokazałam przemianę, jaka nastąpiła we mnie pod wpływem przeprowadzki do Korei oraz to, w jaki sposób przez pierwsze pięć lat życia w tym kraju interpretowałam tutejszą rzeczywistość i moje w niej miejsce. To bardzo osobista analiza. “W Korei” to też spełnienie najdawniejszych marzeń – wydałam w końcu książkę i do tej pory lubię pogładzić sobie jej okładki jak matka wierzgającą stópkę pierworodnego.




“Za rękę z Koreańczykiem” to kontynuacja tego marzenia, ale też i ważny dla mnie etap, który mam nadzieję utwierdzi mnie w moim dalszym pomyśle na życie. Tak się składa, że dzisiaj otrzymałam wspaniałą informację o zaliczeniu mojego opowiadania wpoczet antologii emigracyjnej “Jeden Dzień”, co również biorę pod tym względem za bardzo dobry omen. W tym zakresie wiele zależy od Was.




W mojej ostatniej publikacji opisałam również własny związek z Woo Youngiem, bardziej znanemu Czytelnikom jako “PWY”, co wcale nie było dla mnie łatwe. Nasza relacja nie jest idealna, żadna nie jest, ale wydobyć na światło dzienne myśli, które czasem na zawsze pozostać chcą na tyle głowy to duże wyzwanie. Dlatego “Za rękę z Koreańczykiem” to też dla mnie stawienie czoła własnym demonom, co jest ryzykowne, bo do końca nie wiadomo, z czego można zdać sobię sprawę.




I chyba tyle. Ciekawa jestem jak przyjmiecie moją nową książkę, jakie będą Wasze przemyślenia. Niezależnie jednak od wszystkiego mam zamiar kontynuować swoją pracę literacką, choć już może niekoniecznie będzie ona związana z tematyką Korei. Nadal będę jednak dzieliła się swoimi przemyśleniami i informacjami o tym kraju tak długo, jak przyjdzie mi tutaj żyć.



[Zakorkowani] Służba wojskowa w Korei


Koreańska armia jest szóstą co do wielkości armią na świecie (640 tys. żołnierzy i 2,9 mln rezerwistów), a jej szeregi wspomagane są przez wojska amerykańskie stacjonujące w Korei na bazie wojskowego układu sprzymierzeniowego SOFA z 1967 r. W 2012 r. wydano niebagatelne 30 mld dolarów na modernizację koreańskich sił zbrojnych, włączając w to marynarkę wojenną, której okręty budowane są w lokalnych stoczniach. Najczęściej przytaczanymi argumentami za tego rodzaju inwestycjami jest bezpośrednie zagrożenie z Korei Północnej oraz konieczność przeciwstawiania się zapędom ze strony Chin i Japonii.

Służbę wojskową w Korei odbyć musi praktycznie każdy mężczyzna posiadający obywatelstwo tego kraju. To koszmar głównie z tego powodu, że są to prawie dwa lata kompletnie wyjęte z życia. PWY opowiada czasem o swoim czasie w koszarach jak o przymusowym zesłaniu, podczas którego człowiek uczy się bezwzględnego słuchania idiotycznych rozkazów oraz wykonywania bezproduktywnej pracy bez słowa skargi. Człowiek po wojsku wie, jak być robotem, co bardzo przydaje się w pracy dla największych koreańskich koncernów.

Oprócz solidnego treningu przed wstąpieniem w progi koreańskiej korporacji, plusem służby jest też to, że ma się później o czym opowiadać przy kieliszku soju – niekiedy są to faktycznie zatrważające historie. Ci, którzy nie odbyli służby wojskowej, lub których służba polegała na odpracowaniu kilku lat w korporacji lub w bazie amerykańskiej, traktowani są z pewnym pobłażaniem. Nie doświadczyli musztry, która z innych zrobiła „prawdziwych mężczyzn”.

Jakość służby wojskowej uzależniona jest od kilku czynników. Jednostki położone bliżej granicy z Koreą Północną pozostają w ciągłym stanie gotowości, co wiąże się z większą dyscypliną i zakresem obowiązków. Żołnierze z wyższym wykształceniem mogą liczyć na pracę biurową, a znajomość języka angielskiego może stać się przepustką do służby w bazach amerykańskich. Niestety co roku media podają informacje o różnego rodzaju incydentach, które mają miejsce w koszarach: od karygodnych nadużyć, przez samobójstwa, aż do morderstw w akcie zemsty.

Pobór do wojska ma miejsce w wieku 18-35 lat (w czasie wojny 18-45 lat), a od 2010 r. również kobiety otrzymały możliwość przystąpienia do tzw. Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy (ROTC). Korea zajmuje 3 miejsce na świecie, jeżeli chodzi o długość służby wojskowej, tuż po Izraelu (3 lata) i Singapurze (22-24 miesiące). W przypadku wojsk lądowych i służb specjalnych jest to okres najkrótszy i wynosi 21 miesięcy. Najdłużej, bo od 26 do 36 miesięcy, trwa zawodowa służba cywilna lub służba zastępcza (praca w firmie lub administracji publicznej, w tym policji). Za uchylanie się od służby wojskowej grozi 3 lata więzienia, a w przypadku odmowy jej odbycia ze względu na przekonania religijne lub etyczne – 18 miesięcy (w latach 70 i 80-tych było to 7 lat!).

Podejście koreańskiego społeczeństwa do tak długiej służby wojskowej jest jednoznaczne – większość opowiada się za skróceniem jej trwania, a nawet zniesieniem obowiązkowego poboru. Z drugiej strony, po wielu skandalach związanych z próbami uniknięcia wojska przez dzieci bogaczy lub celebrytów, Koreańczycy są bardzo wyczuleni na jednakowe pod tym względem traktowanie każdego z obywateli.

W załączonej poniżej audycji „Zakorkowani”, czyli ja i Leszek Moniuszko, opowiadamy w szczegółach o służbie wojskowej w Korei, ale także o tym, jak wygląda dzień przeciętnego koreańskiego żołnierza. Zapraszamy do odsłuchania i komentowania.





Fanpage "W Korei i nie tylko" - kwiecień 2012 i 2013


Przeglądając moje kwietniowe wpisy z roku 2012 i 2013 na Fanpage’u „W Korei i nie tylko” ponownie uderzyła mnie powtarzalność pewnych schematów. Kwiecień roku 2012 to przede wszystkim intensywne przygotowania do wydania mojej pierwszej książki „W Korei. Zbiór esejów 2003-2007”. Tak samo spędziłam kwiecień tego roku – tyle że współpracując z wydawnictwem „Kwiaty Orientu” nad drugą publikacją „Za rękę z Koreańczykiem”. Kwiecień 2013 r. to sytuacja kryzysowa pomiędzy Koreą Północną i Południową; w tym roku mamy kryzys o wiele większy, bo natury moralnej – chodzi o zatonięcie promu „Sewol”. W kwietniu 2013 r. sfotografowałam też pana myjącego okna w naszym biurze, a w kwietniu tego roku zrobiłam nawet lepiej obrazujący tę pracę filmik. Ta powtarzalność jest trochę przerażająca...


2 kwietnia 2012

LeeSSang (리쌍) to jeden z zespołów, który jak dla mnie, nie ma na razie w Korei konkurencji. Ich styl jest na tyle odmienny od innych grup urzeźbionych na jedną modłę (nuda na wysokim poziomie, ale ciągle NUDA!), że nie sposób wziąć ich za kogoś innego. Charakterystyczne, chrypowate refreny grubszego i łysego Gil Seong-joona (길성준 aka Gil) oraz ostry, agresywny rap mniej postawnego Kang Hee-guna (강희건 aka Gary) tworzą niepowtarzalną atmosferę.

Piosenka na ten tydzień to bardzo popularny utwór: "내가 웃는게 아니야..." (Ja wcalę się nie uśmiecham..."). Wybrałam ten utwór również z powodu Ryu Seung-beoma (류승범), aktora, który jest głównym bohaterem załączonego teledysku. To jeden z bardziej utalentowanych (i moich ulubionych) aktorów, który potrafi z powodzeniem grać i czarne charakterki i wcielać się w postacie komediowe. Jego brat Ryu Seung-wan (류승완) jest reżyserem, który nakręcił między innymi "Płaczącą pięść" ("주먹이 운다"), gdzie wystąpił właśnie Ryu Seung-beom i kolejny z moich ulubionych, jeden z najbardziej utalentowanych koreańskich aktorów starszego pokolenia, Choi Min Sik (최민식) - ten od "Old Boya"






4 kwietnia 2012

Dzisiaj wydrukowałam sobie projekt okładki mojej książki, pozaginałam brzegi i postawiłam na biurku. Zerkam sobie na nią od czasu do czasu i za każdym razem ogarnia mnie jakieś takie niesamowite szczęście...





5 kwietnia 2012

Ruszyła strona promująca moją książkę. Razem z Wydawnictwem Kwiaty Orientu będziemy na niej zamieszczali wiadomości dotyczące publikacji. Ze swojej strony, tak żeby strona bloga i strona książki nie powielały tych samych informacji, będę starała się umieszczać materiały, które obrazują to, o czym piszę w książce, czyli lata 2003 - 2007. Myślę, że będzie to ciekawym rozwiązaniem dla Czytelników. Gorąco zapraszam do "polubienia". 


9 kwietnia 2012

W Busan wiosna zawitała na różowo... — at 부산광역시.




11 kwietnia 2012

W Gyeongju, dawnej stolicy Korei, wszystko dosłownie tonie w wiśniowym zakwitnieniu...





19 kwietnia 2012

Po dziesięciu latach w końcu otrzymałam status stałego zamieszkania (F5). Nie muszę już odnawiać pozwolenia na pobyt ani kupować wizy wielokrotnego wjazdu. I tak już zostanie chyba że spędzę za granicą bez przerwy więcej niż dwa lata - wtedy prawa bedą mi automatycznie odebrane...





26 kwietnia 2012


Moje dziewczyny i ja. A już jutro wylot do Europy. Trzy dni w Londynie i potem Polska... ♬♬♬.





4 kwietnia 2013

Uwielbiam koreański śpiew pansori, o czym pisałam w blogowej notce “Pansori”. 

Właśnie udało mi się zapisać na 12-tygodniowy kurs dla obcokrajowców organizowany przez National Theater of Korea - darmowy i niedaleko mojej pracy. Nie mogę się już doczekać.



8 kwietnia 2013

Wojna wojną a na partyjkę janggi (koreańskie szachy) zawsze czas być musi.

Ja tymczasem zmierzam w kierunku stacji SBS CNBC. Jak wszystko technicznie wypali to pojawię się o 12.30 na TVN CNBC.






9 kwietnia 2013

Tak właśnie wyglądało studio SBS CNBC od drugiej strony kamery. Z tyłu przestrzeń otwarta, po której biegali koreańscy reporterzy, ja przed kamerą, monitorami, lampami, z słuchawką w uchu - mówię jak do ściany.

Po programie w TVN złapała mnie dodatkowo koreańska dziennikarka z prośbą o komentarz do jej programu. Z okolic ściągnęła pijącego soju operatora i tak poszedł kolejny wywiad. Życie potrafi naprawdę zaskakiwać.





15 kwietnia 2013

Mój ostatni artykuł na temat aktualnego konfliktu w Korei pojawił się na stronie Magazynu Polonia. Dla tych, którzy jeszcze nie mieli okazji przeczytać - zapraszam.


19 kwietnia 2013

Prace wysokościowe w wydaniu koreańskim: na zdjęciu mycie okien.

Pan w plastikowym kasku spuszcza się z 20-go piętra na linie, bez żadnych zabezpieczeń, za pomocą przyssawki przylepianej do szyby rozhuśtuje krzesełko od lewa do prawa i tak myje okna piętro po piętrze...




21 kwietnia 2013

Dobongsan to moja ulubiona góra w Korei. Niedaleko domu, nie za trudna, z niesamowitymi ścianami gołych skał i ogromnymi kamolami, które zdają sobie kpić z praw grawitacji. Dzisiaj gnana przypływem wiosennej energii wdrapałam się na sam szczyt widoczny hen w oddali, wysoko ponad świątynią.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...