Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muang Khua. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muang Khua. Pokaż wszystkie posty

Mord bawołu w Muang Khua i atak szczurów w Muang Ngoi



Czwartek, 24 czerwca 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Muang Khua - Muang Ngoi / Laos


Swiatlo zgaslo punkt 22.00. Zapadly egipskie ciemnosci. To nie przeszkadzalo jednak ludziom dosyc glosno sie bawic.

Rano zerwalam sie skoro swit, zeby tylko nie odplyneli do Muang Ngoi bez mnie. Pan mnie uspokoil, ze tak naprawde to nie wiadomo, kiedy lodka odplynie. Tak wiec zjadlam nalesnik z bananem pilnie obserwujac brzeg. Potem zczolgalam sie po ruszajacych sie stopniach na nabrzeze i wygodnie usadowilam sie pomiedzy tutejszymi paniami. Po prawej stronie kobiety z dziecmi zajmowaly sie przebieraniem kamieni na budowe domow. Juz zapelnione kosze ladowaly zawieszone na ich glowach, zeby zostac w koncu wysypane gdzies w pobliskim punkcie sprzedazy.

W pewnym momencie kobiety zaczely wyciagac ogromne tasaki i przy mnie je ostrzyc dziwnie sie przy tym usmiechajac. Do brzegu dobila lodka. Kobiety niczym koty zerwaly sie ze swoich siedzisk. Pytam sie jednej z nich, czy to lodka do Muang Ngoi. Ta w odpowiedzi pokazuje mi dwa palce na glowie i znak poderznietego gardla. Jestem zdezorientowana. Patrze na walczace kobiety w lodzi. Dopiero teraz dostrzegam przedmiot sporu. Malo nie mdleje, gdy spogladam w oczy bawolu z wielkimi rogami. Juz niezywego. Wokolo lataja kawalki miesa, flaki, zebra, kosci... W koncu cala plachta z wnetrzem bawolu zostaje wyciagnieta na brzeg. Gdzies paletaja sie racice, ktos skalpuje glowe, ktos piluje kosci. Wszystko w ogolnej wesolosci i ekscytacji. Byle dostac lepszy kasek. Zaczyna bolec mnie glowa. Mieso pakowane jest do koszykow lub foliowek, noszone w rekach, macane, myte w rzece. Pan z lodki wylewa czerpakiem krew. Woda czerwienieje. Wokol pana z waga gromadzi sie kolejka ludzi ze zdobycza. Odkrawaja niepotrzebne skrawki byle mniej wazyla. Resztki zapakowane zostaja na truck i odjezdzaja w niezbadana dal...

Mięsna zdobycz

To, co zostało z bawołu...


Zycie tutaj jest tak odmienne od tego, ktore znam. Dzieci zazwyczaj pozostawione sa same sobie. Same ucza sie zycia wiedzac, ze wrzaskiem niczego nie osiagna. Czesto tez bardzo ciezko pracuja. Matki badz siostry zazwyczaj podtrzymuja male brzdace jedna reka za pupe, a te musza same znalezc sposob, zeby przykleic sie do ich plecow. I musza zrobic to dobrze, bo kobiety targaja nimi na lewo i prawo. Podobnie traktowane sa zwierzeta - bez zachodniej "tkliwosci". Zwierzeta to tylko zwierzeta wiec mozna je przewozic do gory nogami na motorze, w workach do gory nogami, rzucac niczym worki ryzu do rzeki. Nie ma rowniez patyczkowania sie z codziennoscia, ktora w naszym cywilizowanym swiecie wzbudzac moze obrzydzenie. Mieso, krew, flaki... to tylko mieso, krew, flaki. Ni mniej ni wiecej. Podobnie jest z ludzmi. Smierc jest czyms naturalnym. Zdarza sie nieuchronnie. Jezeli ktos ma wypadek, utnie mu reke lub czesciowo sparalizuje nikt zbytnio sie nad tym nie rozwodzi. Nawet sam poszkodowany. Takie jest bowiem zycie. Trzeba isc dalej. Zastanawiam sie, dlaczego i w jaki sposob ludzie "cywilizowani" wynalezli sobie tyle problemow natury emocjonalnej.

Lodka dzisiaj nie poplynela. Utknelam.

---
Nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Po kilkudziesieciu minutach wpatrywania sie w zycie nadbrzezne Laotanczykow dostrzeglam bialego przybijajacego do brzegu. Pospieszylam na spotkanie. Okazalo sie, ze zmierza rozwniez do Muang Ngoi. Nagle lodka znalazla sie lecz po horendalnej cenie. Negocjacje niestey zdaly sie na nic. W pewnym momencie wpadlismy na pomysl, zeby lodke zakupic a nastepnie odsprzedac - 50USD bez motora. Musielibysmy troche popagajowac w dol stumienia. Hmmm...

Burze mozgow przerwal ryk speed boat pedzacej z Muang Ngoi. Skoro stamtad przybywa musi tez wrocic. Popedzilismy truchtem nad brzeg. Dobilismy interesu i w droge. Wielu spotkanych przeze mnie ludzi jest zdania, ze speed boat to najgorsza z mozliwych srodkow podrozy w Laosie. Ja tego zdania nie podzielam. Bylo zajebiscie! Tylko ja i Kevin, wielki huczacy motor, krucha lodeczka, pan kierujacy i kaski na glowach. Rewelacja. Pruje sie przez wode niczym przez maslo, slizgajac sie na lewo i prawo w zawrotnej predkosci. Czasem spokojna rzeka zamienia sie w rwacy potok. Lodka podskakuje na falach rozbryzgujac wode i dotkliwie raniac nasze tylki. Na kilkanascie minut przed wioska sceneria przeksztalca sie w jeszcze bolesnie wrecz piekna. Gory porosniete dzungla spietrzaja sie o wiele wyrazniej, a ich nieprzystepne ksztalty lagodzone sa puchem leniwych chmur. Kazdy element natury wydaje sie byc na miejscu, w zgodzie, w harmonii. Dokladnie tak, jak powinno byc. Tuz przed pozegnaniem dnia. Lekko.

Speedboat

Po drodze do Muang Ngoi


Doplywamy. Wioseczka okazuje sie przecudowna. Nie ma tutaj ani jednego samochodu. Ani jednego motocykla. Dostajemy mala bambusowa chatke tuz nad rzeka. Wieszamy sie na hamakach. Generator pradu zaczyna dzialac o 19.00. Wylaczony zostaje o 22.20. Zapadaja ciemnoscia i lesna cisza.

Przystań w Muang Ngoi


Muang Ngoi


W nocy przezywam koszmar. Ze spokojnego snu wybudzaja mnie dizwne odlgosy tuz obok glowy. Gdy poruszam sie slysze tupot umykajacych stopek. Szczury. Zapalamy latarki. Po "podlodze" porozwalane sa ciasteczka Kevina. Decydujemy sie powiescic jedzenie na sznurku. Po pol godzinie zapadania w sen szczury zaczynaja ponownie dokazywac. Tym razem rzucaja sie na zawieszona reklamowke z moim drogocennym slonecznikiem. Kevin mimo moich ponaglen spi jak zabity pod swoja moskitiera. Biore latarke, wynosze jedzenie na zewnatrz. Serce szamoce sie w mej piersi jak oszalale. Wokolo mnostow trzaskow, pohukiwan, pojekiwan, piskow... odlgosow nocy, do ktorych nie jestem przyzwyczajona. No dzungla jakby nie patrzyl. Klade sie z powrotem do lozka utulajac serducho. Jest niesamowicie ciemno. Szczury dobieraja sie do slonecznika. Na zewnatrz.



Proste życie w Muang Khua


Środa, 23 czerwca 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Muang Khua / Laos


Skoro swit udalam sie na "dworzec autobusowy". Zapakowano mnie na nieco wiekszy "autobus" razem z 30 innymi ludzmi. Mialam szczescie zdazyc na miejsce siedzace. To znaczy byly tez inne miejsca siedzace, ale na podlodze wsrod tobolow i kurczakow. Co jest malo przyjemne na zdecydowanie zbyt kretej dla blednika drodze. I dla pupy tez.

Ruszylismy. Nauczona doswiadczeniem podlozylam sobie pod krzyz sweter i zaopatrzylam w chusteczke na twarz. Poczatkowo drga byla asfaltowa ale ja to mowia "wszsytko, co dobre szybko sie konczy". Po pol godzinie rozpoczely sie piaszczyste i kamieniste wertepy. Kamienie lataly wokolo a za nami unosila sie ogromna chmura pylu. Za kazdym razem, gdy zatrzymywalismy sie, kurz "jechal" dalej i wypelnial cala przyczepe. Wszyscy unisono zamykali oczy i przystawiali chusty lub rece do nosow. Ja rowniez. I nie powiem... w koncu poczulam sie uprzywilejowana z powodu noszonych przeze mnie okularow.

Po drodze mijalismy wioseczki z malenkich chatek, przewaznie bambusowych, stojacych na okolo 1,5-metrowych palach. Ludzie przemieszczali sie z jednej wioseczki do drugiej z workami ryzu, tytoniu (?), jakas niezidentyfikowana roslinnoscia, slimakami... Wiekszosc Laotanczykow jest zbyt chuda, z czasem przerazajaca grzybica paznokci i prochnica na resztkach zebow. Wszyscy jednak sa niezmiernie mili - nawet jezeli opowiadaja mi historie w swoim wlasnym jezyku. Czuje sie tutaj o wiele bezpieczniej niz w Indonezji. Nawet nie widzac ani jednej bladej twarzy.

W pewnym momencie "autobus" gwaltownie zahamowal. Malo co nie wjechalismy w inny pojazd. Za calego zamieszania wszyscy wyszli bez szwanku z wyjatkiem kola - trzeba bylo zmienic. 

Złapaliśmy gumę - ludzie zniknęli w pobliskich
krzaczkach co by sobie ulżyć


Kilka razy mialam dusze na ramieniu. Na zakretach, przy niesamowitych przepasciach, "autobus" mial tendencje zdecydowanego przechylu. Zbyt duzego na moje nerwy. Czasem bylo lepiej niz rollercoaster, bo zycie mozna bylo faktycznie stracic.

W koncu dotarlam do Muang Khua, malenkiej miesciny na polnocy Laosu. Udalo mi sie znalezc zakamuflowany guesthouse polecony mi przez Jules'a z Kanady. Bo w przewodniku nie ma zbyt wiele o tej miejscowosci. Ludzie mieszkaja tutaj bardziej niz skromnie. Mostu brak wiec co chwila z jednego brzegu na drugi przeprawia sie lodka z kilkoma ludzmi. Wokolo majestatyczne, tryskajace zielenia gory w nisko zawieszonych chmurach deszczowych. Czasem delikatnie pokropi. Dzieciaki pluskaja sie radosnie w rzece. Matki myja corki i synow, psa tez przy okazji, a mezczyzni swoje pojazdy. Cykady donosnie bzycza (i bzykaja ;). Gekony wydaja charakterystyczne odglosy. Do tego dolaczaja sie koguty. Pachnie...

Muang Khua

Robie zdjecia. Dwie panie zafascynowane patrza w ekranik. Jedna z nich pokazuje mi swoj dowod osobisty i wskazuje druga. Rozumiem, ze chca, zebym zrobila zdjecie legitymacyjne. I im je ofiarowala. Udaje, ze nie wiem, o co chodzi. Nie chce, zeby myslaly, ze nie chce im pomoc. No bo jak mam wytlumaczyc skomplikowany proces wywolywania zdjec skoro nawet slowa nie mowia po angielsku?

Panie chcą zdjęcie do swoich ID

Elektrycznosc i ciepla woda sa od 18.00 do 22.00. Dla turystow, bo tutejsze kobiety zaczynaja sie pod wieczor kapac w rzece. Wychodza z chatek w specjalnych plachtach materialu zszytych w owal. Sciagaja bielizne i zaciskaja material na ciele w zaleznosci od tuszy. Wchodza do wody, kucaja, przepieraja bielizne i myja sie. Czasem nawet z nagimi piersiami. Nastepnie mokra tkanine zamieniaja na taka sama tyle ze sucha. Bardzo kobieco i bez zbednego wstydu. Obok mezczyzni zarzucaja sieci. Kolacja.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...