Jeden dzień w Jakarcie



Sobota, 15 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Dżakarta (Jawa) / Indonezja



Snilo mi sie, ze jestem psem. Obserwuje innego, czarnego, ktory wchodzi do domu. Nagle do jego dlugiego ogona przyczepia sie skory do figlarnej zabawy kurczaczek o czterech nogach. Czarny pies przybliza ogon do pyska z lagodnym wyrazem oczu. Usmiecham sie. Oboje wydaja sie chetni do igraszek. Ze zgroza widze, jak czarny pies odgryza dwie konczyny piskleciu. Ten krzywi pyszczek i zaciska oczy. Nie moge na to patrzec. Kiedy wracam wzrokiem w to samo miejsce widze drgajaca polowe ciala pisklecia obdarta ze skory, w krwi, i druga ciagle w zoltym upierzeniu, kurczowo trzymajaca sie ogona...

Wstaje o 7.00 rano. Biegne po pranie. Prania nie ma mimo ze prosilam i powtarzalam. Bo samolot, bo nie chce sie spoznic, bo... Pakuje sie w 10 minut, zarzucam plecak na motor, torbe na ramie i wio na lotnisko. Tam, pijac kawe, rozmawiam z kelnerem. Mowi, ze Jakarta to inne miejsce, wysokie budynki, zupelnie inna atmosfera. Czytam przewodnik Lonely Planet. Zapowiada sie ciekawie. 

Laduje. Wsiadam w autobus mimo natarczywosci taksowkarzy. Jedziemy przez godzine. Nie ma wysokich budynkow, nie ma sklepow... Jest tylko smrod i ubostwo. Mowie sobie, ze to pewnie przedmiescia. Cos mi jednak kaze sciagnac bransoletke i schowac okulary sloneczne. Dojezdzamy. Ciagle jeszcze pewna siebie negocjuje cene z wlascicielem tzw. bajaj. Otoczenie nie ulega zmianie, gdy docieramy na miejsce. Czuje sie niepewnie. Wszyscy mnie sledza, gwizdza, odprowadzaja wzrokiem. Na ulicy, ktora miala byc jedna z najpopularniejszych, nie widze ani jednej bialej twarzy. Zamiast tego brud, jakies rozwalajace sie budy, nieprzyjazne twarze, milknace glosy... Znajduje pokoj w przystepnej cenie. Place za dwie noce. Ciezko wzdycham wchodzac do klitki bez lustra, z dyndajaca na kablu zarowka i ledwie zipiacym wiatrakiem. Smutno mi. Czuje zmeczenie. 

Moje posłanie

I klimatyzacja...

Przebieram sie w spodnice za kolana i bluzke na ramiaczkach. Duchota jest niemilosierna. Na wychodne wlascicielka hotelu rzuca mi "you must be careful". Spacerujac w kierunku Merdeka Square czuje sie gorzej i gorzej mimo ze wszystko zaczyna wgladac troszke lepiej. Dlaczego ogarnia mnie coraz wiekszy niepokoj i stres? Wokol nie ma zywej duszy. Jedynie intensywny ruch uliczny. Coraz wiecej rzeczy wydaje sie podszytych jakims falszem dla oszukania oczu. Na szerokiej alei potykam sie o ruchome plyty cementowe, ktore sluza za chodniki. Przechodza kladka na druga strone ulicy. W pewnym momencie ogarnia mnie trwoga. Most okazuje sie byc zrobiany z poskrecanych ze soba blach, ktore uginaja sie pod moim ciezarem. W dole pedzace samochody. Muzeum, tak mocno zachwalane w przewodniku, nie robi na mnie wrazenia. Czuje strach. Czyzby w ciagu trzech lat od publikacji zmienilo sie tak wiele? Ceny tez sa trzykrotnie wyzsze. Mosena, pal z plomieniem na koncu (figlarnie przezwany "Soekarno's last erection") jest niczym wiecej jak kiczowatym palem z plomieniem na koncu. Nawet nie podchodze. Ide do najwiekszego meczetu w Azji Poludniowoschodniej (Mesjid Istiqlal) - moze pomiescic 150 000 ludzi. Mijam bezdomnych spiacych na czarnym chodniku tuz obok mdlaca smierdzacej "rzeki". Dochodze do wniosku, ze nie ma tutaj kanalizacji. Mijam wrogie oczy muzulmanow. Ubieraja mnie w fartuch gospel i kaza sciagnac buty. Meczet robi wrazenie swym ogromem i mnogoscia cyfrowej symboliki. Przemily straznik, ktory mnie oprowadza zada wspomogi. Opadaja mi rece. Zapomnialam, ze NIC nie ma za darmo. Ludzie moga zazadac pieniedzy nawet za wskazanie drogi. Zaczyna dojrzewac ze mnie idea, ze nie chce tutaj zostac ani jednego dnia dluzej. 

Przed modlitwą w meczecie należy się omyć... 

Wskakuje w nastepny bajaj i jade do reklamowanego w przewodniku Sunda Kelapa - portu. Widzac przytlaczajacy syf wokol dochodze do wniosku, ze idea opuszczenia tego miasta jest sluszna. Wysiadam przy stacji Kota. Mam do przejsci ok. 1km, az znajde sie blisko portu. Wokol opuszczone, nie zamieszkane, poholenderskie budynki, gory gnijacych smieci, na ktorych bawia sie dzieciaki, smierdzace do niemozliwosci kanaly, uciekajace spod nog szczury i ludzie, ktorym pozostalo jedynie palenie papierosow. Sledza mnie wzrokiem, klaszcza, gwizdza, mlaskaja, trabia, mrugaja swiatlami, "ajlowiuja". Kazdy jeden. 

 Bajaj

Usmiecham sie, odpowiadam z szacunkiem kazdemu jednemu. Bo zaczynam rozumiec, co oznacza zycie w tym gnoju. Zycie bez cienia szans. Zaczynam rozumiec, ze moja teoria "chciec to moc" (ktora miala zastosowanie w moim przypadku) ma sie nijak do tego swiata. Ogrania mnie czarna rozpacz. Boje sie. Wystarczy, ze zaatakuje mnie dwoch i nie mam szans. Moga zrobic ze mna, co tylko chca. Maszeruje jednak dalej. Dochodze do poholenderskiej wiezy obserwatorskiej, o ktorej jest napisane w przewodniku: "it has a good view over the harbour". Moje oczy lakna widoku jednej milej rzeczy. Patrze na lewo, prawo... Nic. Nawet niebo jest szare, powietrze zatechle, me cialo cale w pocie, do ktorego lepi sie czarny kurz. Nie mam sily, ani sumienia robic zdjec. Moze w koncu ta wieza... Podchodze i moim zmeczonym oczom ukazuje sie jakies bagno z tonami smieci i wybudowanymi na nich domkami z desek. Dzieci puszczaja latawce z smietniskowej foliowki. Tutaj nawet slonce nie dochodzi. Niebo jest tez brudne. To dla mnie za duzo. Chce stad uciec. Zamykam oczy z dwoch powodow. Zeby juz nie widziec i zeby powstrzymac lzy. Siadam na krawezniku i z ogromna koncentracja ogladam dzieci grajace w gume. Nawet na sekunde moj wzrok nie pada na swiat wokol. Ich jeszcze beztroski, jeszcze smiech jest jedynym ukojeniem, jakie moge w tej chwili znalezc. Przez dluzsza chwile nie mam sily, zeby wstac. W koncu decyduje sie wrocic. 



"Good view over the harbour" wg. Lonely Planet... 


Domy nad "zatoką"

Przechadzac jeszcze przez plac Taman Fatahillach, ktory jak wiekszosc troche schludniejszych miejsc w Jakarcie, wydaje mi sie perla w krowim placku. Na dworcu sprawdzam pociag do Bogor. Jak najwczesniejszy. Wracam do hostelu. Negocjuje zwrot pieniedzy z wlascicielem. "Later, later". Zadnego "later". Moj pokoik wydaje mi sie komnata, najwspanialsza a przystani. Moje nogi sa cale czarne, ubranie smierdzi smietniskiem. Cialo tez. Biore prysznic. W zimnej wodzie juz od kilku dni. Gabka robi sie szara.

Tej nocy tez nie moge zasnac. Majacze. Zrywam sie szukajac w przerazeniu paszportu i biletu. Czy aby na pewno nie bede musiala zostac tutaj na zawsze?

Mysle, ze w Jakarcie doznalam urazu psychicznego. Przemierzajac samotnie ponad 6000km w Australii musialam walczyc jedysnie ze swoimi slabosciami. W Jakarcie musialam walczyc ze soba i z otoczeniem, ktoremu nie moglam pokazac ani odrobiny tej slabosci... Wiele wysilku wymagalo by nie zrejterowac.



Wokół Kuty



Czwartek, 13 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Okolice Kuty (Bali) / Indonezja

Kolejny dzien uplynal pod znakiem pojekiwania Wegra i zwiedzania pobliskich swiatyn.

Przedstawienie Ramayana 

"Kowadło" przy świątyni Tanah Lot

Świątynia Tanah Lot



Pura Ulu Watu i Padang Padang



Środa, 12 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Okolice Padang Padang (Bali) / Indonezja


Kolejnego dnia zdecydowalismy sie opuscic zatloczona Kute. Udalismy sie do Padang Padang, malutkiej, zacisznej plazy na poludniu Bali. Pan taksowkarz zdecydowanie cos majstrowal przy taksometrze - zostalismy oskubani. Przed kapiela sloneczna udalismy sie do pobliskiej hinduskiej swiatyni - Pura Ulu Watu. Tam malpki wskakiwaly nam na glowe, otwieraly torby w poszukiwaniu jedzenia, sledzily... Poza tym byly przepiekne widoki z urwisk skalnych...

Czas na poobiedniego leniucha

Jemy fistaszki

Widoki wokół Pura Ulu Watu

Dziedziniec świątyni Pura Ulu Watu

Świątynny kot

I świątynna suka

Pura Ulu Watu 





Do Kuty wrocilismy na stopa... Co jest niesamowite w kraju, gdzie trzeba placic za WSZYSTKO. Mielismy duzo szczescia... Zagadalam do jakichs ludzi, ktorzy niespodziewanie okazali sie Polakami... Hehe! Nastepny zlapany samochod nalezal do bogatych Indonezyjczykow... I tak zrekompensowalismy sobie poranne naduzycie kierowcy. ;)

Wegier spalil sie. Bunczucznie odmowil uzycia mojego kremu. ;)



Motocyklowa wycieczka do Ubud



Poniedziałek, 10 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję) 

Ubud (Bali) / Indonezja

Pol dnia wylegiwania sie na plazy wystarczylo mi. Ciagnelo mnie dalej. Negocjacje z Wegrem, negocjacje z Indonezyjczykami. Dwa motory... na oba brak prawa jazdy. Wyruszylismy.

Wiegier nie za bardzo sobie na poczatku radzil, ale potem juz jakos poszlo. Okropny odor spalin, mnogosc motocyklow i samochodow, ruch lewostronny, kaski zdecydowanie na glowie. Szukamy stacji paliw, co wbrew pozorom bardzo trudne jezeli chodzi o jej identyfikacje. Wszytko jest raczej takie "domowe". W koncu udaje sie nam. Wegier bunczucznie oswiadcza, ze powinnismy jechac szybciej. No coz. Zaczynam zwinnie kluczyc, wyprzedzac z lewej, prawej, po srodku. Gubie Wegra po raz pierwszy. Jedziemy dalej. Gubie Wegra po raz drugi. Tym razem na dobre. Troche przerazona ponownie wlaczam sie w szalony prad wszelkiego rodzaju pojazdow. Nie moge sie jakos wydostac ze stolicy Bali - Denpasar. W koncu nieprzyjemna droga przeksztalca sie w mniej uczeszczane uliczki, ze zdecydowanie lepszym powietrzem, widokami na niesamowite pola ryzowe, wijace sie wokol drzew liany. Czasem przystane, pstrykne zdjecie, napije sie czegos. Malo co nie trace zycia. Probujac wlaczyc sie kolejny raz w ruch, kola motoru zakopuja sie w piachu. Trace kontrole, motocykl prawie pada... Chce zahamowac, ale zamiast tego - jak to juz kilka razy mi sie zdarzylo - dodaje gazu. Pedem wjezdzam na ruchliwa ulice. Mam duzo szczescia. Akurat w tym momencie (co dziwne) z obu stron nic nie jechalo zbyt szybko i zbyt blisko. W przeciwnym razie byloby kiepsko. Nie musze chyba dodawac, ze duzo czasu zajelo mi dojscie do siebie. Przy bardzo malej predkosci...

Mijane pola ryżowe

Po dwoch godzinach dojezdzam do Ubud polozonego ok. 60km w lini prostej od Kuty. Jakosc drog i ich kretosc skutecznie zapobiegaja szybszemu przemieszczaniu sie. W Ubud, zupelnie przypadkiem i bardzo szczesliwie, zwiedzam Sacred Monkey Forest Sanctuary (Mendala Wisata Wenara Wana) - kompleks trzech swiatyn z wszedobylskimi makakami. Malpki w ogole nie boja sie ludzi, wykradaja bezczelnie jedzenie, porywaja okulary i kamery. Poza tym sa slodkie - szczegolnie male, ktorych jest mnostwo w maju. Bez nich atmosfera pokrytych mchem monumentow bylaby o wiele mniej tajemnicza.

Małpka w Sacred Monkey Forest Sanctuary

Samo sanktuarium, choc nie za wielkie, rowniez robi wrazenie. W gaszczu roslinnosci mozna dopatrzyc sie zzielenialych figur jaszczur, malp i innych z lekka czlowiekowatych stworow. Z drzew zwisaja ciezkie liany, na ktorych wesolutka skacza malpy. Gdzies nieoczekiwanie plynie strumyk, gdzies pod nogami uciekaja jaszczurki. Cudownie.

Kamienne jaszczury w Ubud

I tajemnicze mosty...

Decyduje sie wracac. Ostatnia rzecza, jakiej mi w tej chwili potrzeba to utknac gdzies w ciemnosciach. Po drodze faceci gwizdza, rozdziawiaja buzie, robia wielkie oczy. 

Zaczynaja sie klopoty. Nie moge trafic do Kuty. Kazdy kieruje mnie gdzie indziej a o znakach drogowych nalezy zapomniec. Zaczyna sie robic ciemno. Zaczyna sie robic nerwowo. Stoje w korku probujac sobie przypopmniec, gdzie do cholery jest moj "hotel". Na razie jednak nie moge nawet trafic do plazy, poniewaz roi sie od jednokierunkowych, identycznych uliczek. I tak kraze wokolo, probujac trafic w te wlasciwa. Boli mnie dupa, jest mi niedobrze od spalin, chce do domu. 

Ja w korku na Bali... 

W koncu jednak dojezdzam. Okazuje sie, ze Wegier juz jest na miejscu. Bierze prysznic. Gdy wychodzi widze, ze jest mocno zdenerwowany. Okazuje sie, ze tuz przed "hotelem", naprzeciwko posterunku policji, mial wypadek. Nic groznego. Przewrocil sie i lekko rozharatal sobie reke. Zauwazyl to jednak jeden z policjantow. No a Wegier nie mial prawa jazdy. I tu zaczela sie prawdziwa jazda. Zaproponowali mu grzywne 100USD. Za 100USD w Indonezji mozna wyzyc przez pol roku... Wegier malo sie nie zalamal. Delikatnie mowiac jest bardzo oszczedny. Zostawil motor w zastaw i poszedl po wlasciciela. Wlasciciel oswiadcczyl, ze bedzie lepiej, jak sam zalatwi sprawe. W przeciwnym razie Wegier bedzie mial klopoty. Zaproponowal 50USD. Wzial pieniadze, poszedl, wrocil i oswiadczyl, ze zabrali wszystko. Wiegier byl niepocieszony. Na szczescie kolacja zakrapiana arakiem (tutejsza wodeczka) oraz obietnica twardych negocjacji przekonalam go do nurkowania w Tulamben dnia nastepnego. Negocjacje mialy miejsce jeszcze dzisiaj. Utargowalismy 46USD z 80USD - w tym dwa nurkowania poprzedzone teoria (bo oboje zieloni jestesmy), obiad oraz dowoz do polozonego 3h od Kuty miasteczka.



Kuta na Bali


Niedziela, 9 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Kuta (Bali) / Indonezja


Tak, jak sie spodziewalam od samego lotniska czekaly mnie krwawe negocjacje. Pieniadzozerni taksowkarze Bali doskonale zdaja sobie sprawe z zagubienia nowoprzybylych. Bo nie ma porownania cen, bo nie wiadomo, ktore taksowki tanie, a ktore nie. Na szczescie mam juz wietnamskie i kambodzanskie doswiadczenie. Stargowalam. I to dobrze.

Najbardziej znana Kuta na Bali okazala sie zatloczonym, zakorkowanym miejscem. Po australijskim wyzywieniu, opierajacym sie glownie na bulkach i wodzie, chcialam skorzystac z niebywale niskich cen, dobrze zjesc i zamieszkac w miejscu z przynajmniej z ciepla woda. Niestety okazalo sie, ze Wegier, z ktorym mialam spedzic te kilka dni znalazl najtansza z mozliwych wersji: zimna woda, brak klimy (tutaj jest ok 40 stopni przy ogromnej wilgotnosci), brak lustra, zardzewialy prysznic, kibel, na ktory ciezko spojrzec. Owszem, nie mam nic przeciwko mieszkaniu w takim miejscu w kraju, gdzie jest drogo. Ale po ciezkich dniach w Australii chcialam sie troche odprezyc przez te 6 dni. No ale zaoszczedzilam 20USD...

Po poludniu byla plaza, ktorej daleko od reklamowanego raju. Waska, polozona blisko ruchliwej drogi, z mnostwem ludzi i nachalnych sprzedawcow. Gorac, piasek na poolejkowanej skorze, zlepione sola wlosy, zabawa w ogromnych falach, zbyt maly recznik.

Wieczorem dostalam podejrzanej wysypki na czole. ;)



Plaże Sydney


Sobota, 8 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Sydney / Australia


Wczoraj jednak skusilam sie na dwa piwka. Troche potanczylam, troche porozmawialam z chetnymi (a bylo kilku ku memu zaskoczeniu), z zaskoczeniem rowniez musialam udowodnic swoja pelnoletniosc - i to dwa razy. A w Korei daja mi trzydziestke. Ech!

Dzisiaj odbylam dlugi spacer przez Bondi, Tamarama i Coogee Beach. Plaze neizbyt wielkie, ale przytulne i pelne opalonych, nagich torsow mezczyzn na deskach surfing'owych. Rozkoszne widoki. Kobiety bez stanikow tez sie znalazly. Niczego sobie ;).

Plaża Bondi

Przechadzka obfitowala w kilkumetrowe, turkusowe fale rozbijane o urwiska skalne, ogromne "czaple" (tak przynajmniej wygladalo to, co fruwalo) przelatujace nad glowa, kontemplacje "Memoirs of Geisha", moczenie nog w oceanie, radosc i zachwyt.

Wściekłe fale po drodze

Pametam, ze kiedy jako szesnastolatka bylam na stypendium w Anglii, to totalnie zauroczylam sie Land's End w Korwalii. Dzisiaj, tak jak wtedy, siedzialam na wysunietej wysoko ponad wode skale i wsluchiwalam sie w huk oceanu. Silny wiatr przenoszacy krople rozbryzgiwanych fal... Spokoj. Tam wewnatrz.

Potęga wody

Spacerujac zobaczylam w gorze domek. Zwykly, pietrowy, maly. W jednym z ogromnych okien ktos ulozyl sobie poslanie z poduszek. Niebo do wynajecia. Niebo z widokiem na raj. Kiedys kupie tutaj dom.

Domki tuż nad absolutem

Jutro lece na Bali. Nie chce mi sie. Chcialabym zostac tutaj, w moim wymarzonym miejscu. Gdzie sa europejskie samochody i buty ze zwykle zaokraglonymi czubkami. Gdzie 4 miliony ludzi nie bedzie mi zawadzac a pozwoli robic interes. Gdzie wszystko jest tak, jak byc powinno. Dla mnie. Jestem cierpliwa. Odpowiedni czas nadejdzie.







A moja Wspollokatorka ZARECZYLA SIE!
Duzy usmiech.



Natura Sydney


Piątek, 7 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Sydney / Australia


Sydney totalnie mna zawladnelo. Nigdy nie czulam sie tak dobrze w zadnym miescie. To jest to miasto.

Najpierw byl Port Darling. Potem Pool of Reflection, Hyde Park i cudowny Park Botaniczny. Odkrylam cos nowego o sobie. Oprocz wiezowcow uwielbiam fotografowac rosliny. A naprawde bylo czemu robic zdjecia. Czesto lapalam sie na rozdziawionej buzi ;). Cudowne uczucie dziwic sie jeszcze. W pewnym momencie, wychadzac z czesci lasu tropikalnego, zobaczylam szereg drzew z wielkimi zwisajacymi owocami, jeden obok drugiego. Zrobilam zdjecie, po czym owoce zaczely odlatywac niczym batmany. Bo to nietoperze byly. Niesamowite.

Nietoperze

Kolejna w planie byla Art Gallery of New South Wales. Cos dla duszy, cos o cudownie brzmiacym wyrazeniu "free admision". Australijska sztuka XIX wieku, za ktora z reguly nie przepadam, nie roznie sie zbytnio od europejskiej. Z wyjatkiem zdechlej cackatoo (cos podobnego do papugi, w co drzewa tutaj obfituja) zamiast zdechlego koguta. Za to sztuka wspolczesna zdecydowanie inspirujaca. W poludnie Rachel, z pochodzenia Aborygenka, tlumaczyla tance Aborygenow. Inspirujace. Szczegolnie taniec kangura lub ducha. Rewelacja. Tance Aborygenow wyrazaja przywiazanie do ziemi, zwierzat, roslin i nieba. Plynie z nich harmonia. Harmonia udziela sie.

Nastepnie udalam sie na Circular Quay w celu poplyniecia lodzia do Manly. Tam bylam w oceanarium, gdzie rekiny plywaly wokol mnie. A potem na plazy karmilam mewy. Zabawnie bylo obserwowac, jak pusza sie grozac swoim konkurentom. Jedna podfrunela do mnie znienacka i dziobnela ukradkiem bulke, ktora trzymalam w reku. Skubana. Potem juz tradycyjnie posmakowalam oceanu, przeszlam sie brzegiem i wrocilam do centrum.





Piatkowy wieczor... Przepiekne, pachnace swiezoscia, perfumami i obietnica kobiety. Silni, owiani wiatrem, promieniujacy gotowoscia mezczyzni. Ja? Z usmiechem przemieszczam sie miedzy nimi z dokonanym wyborem zamiast wieczornego piwa: tasmanski camembert i dwie CD wspolczesnej i tradycyjnej muzyki aborygenskiej.

W hostelu spotkalam Marko - Chorwata, ktory robi doktorat w Canberze z biologii molekularnej. Powiedzial mi kilka interesujacych rzeczy o DNA. Nie zdawalam sobie z tego sprawy, ale DNA rozni sie, kiedy pobrane z roznych miejsc ciala. Poza tym z czasem zmienia sie w zaleznosci od czynnikow zewnetrznych takich jak slonce (1 na 4 Australijczykow choruje na raka skory!), jedzenia etc. Uwazam to za niesamowite. To oznacza, ze podroze zmieniaja mnie od poszewki! Bardziej niz inspirujace...

I jeszcze raz... UWIELBIAM Sydney. Wiezowce przyprawiaja mnie o zawrot glowy, ale nie przytlaczaja. Obfitosc zieleni obiecuje spokoj i zachwyt. Plaza i ocean zapewniaja ucieczke i odpoczynek. Slonce gwarantuje dobre samopoczucie. Multikulturowosc - lingwistyczne, kulturowe oraz kulinarne spelnienie. Muzycy na ulicach i brak nowoczesnej muzyki w radio - pozbawiaja nerwowosci. Ludzi mowiacy po angielsku i nie bedacy Amerykanami daja komfort. I tylko krok od ekstremalnych podrozy w dzicz. Czy potrzebuje czegos wiecej?

Jestem przekonana, ze wroce tutaj na dluzej.



Architektura Sydney


Czwartek, 6 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Sydney / Australia


Dzisiaj stwierdzilam, ze miasta nie obchodza mnie az tak bardzo. Nie potrafie odkryc w nich nic nowego. Wszystko wydaje mi sie powtarzalne. Lubie za to wysokie budynki. Fascynuja mnie szczegolnie, gdy dobrze komponuja sie w tradycyjna architekture oraz zielen. Uwielbiam je fotografowac. Moze chodzi o zadarta glowe. Tego brakowalo mi w Melbourne. I to ma Sydney...

Sydney

Miasto jest zdecydowanie niesamowite. Tetniace zyciem, kolorami, roznorodnoa, urokliwa architektura. Troche mniej nowoczesne autobusy, monorail przecinajacy przestrzen tuz nad glowa, przeciskajacy sie ponad daszkami sklepow i jesienne drzewa w intensywnych promieniach slonca. Zrobilo sie o wiele cieplej. Tez na duszy.

Monorail

Sydney i jego budynki

Odwiedzilam kilka co znamienitszych miejsc. Miedzy innymi Opera House. Tak, jak sie spodziewalam - nic ciekawego. Male, pozolkle, zardzewiale. Trzy helmy krzyzackie. Tyle.

Opera House z innej perspektywy

Zaczely mi szwankowac kolana. Dosyc powaznie. Myslalam, ze dzisiaj nie dowloke sie do hostelu. Po drodze, zatrzymujac sie by nabrac kurazu, przekonalam sie raz jeszcze o pozytywach konkurencji. W Sydney godzina Internetu kosztuje 2AUD, w Coober Pedy - 8AUD! Poza tym YHA Hostel, oprocz najtanszego zakwaterowania, oferuje saune (moje kolana byly bardzo wdzieczne), basen(ik) na 9 pietrze (dach), darmowe seanse filmowe z rownie darmowym popcorn'em,... no i to co w standardzie czyli pralki, suszarki, kuchnie, jadalnie - wszystko przyjaznie zautomatyzowane. Klient zdecydowanie na konkurencji korzysta.

Czuje sie bardzo zmeczona ale coraz bardziej szczesliwa.

Masashi powiedzial: "you are a great woman but crazy". Jest teraz chyba w Canberze. 

Pray



Melbourne


Wtorek - Środa, 4-5 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Melbourne / Australia


Przybylam do Melbourne o 6:00 rano. Po dwoch nocach spedzonych w autobusie totalnie wymeczona. Na miejscu okazalo sie, ze musze czekac do poludnia az ktos sie "wyloguje" z hostelu. Wzielam prysznic z plecakiem, znalazlam jakas cicha salke z lezanka i czujnie zasnelam. Po jakims czasie dolaczyl do mnie jakis chlopak (w majakach stwierdzilam, ze to mezczyzna mojego zycia... co nie potwierdzilo sie po przebudzeniu), ktos komus pokazywal pokoik, ktos go nawet odkurzyl. W koncu udalo mi sie zamelinowac.

Na drodze spotyka sie co jakis czas tych samych ludzi. Czesto robia bardziej lub mniej zblizone trasy. Tak spotkalam ponownie Masashi, Japonczyka spod Tokyo. Razem zwiedzilismy jeden dzien w centrum Melbourne. Dodac nalezy, ze dzien deszczowy, wietrzny, pochmurny i dosyc zimny - ok. 14 stopni. Nie poddalismy sie jednak. Na Queen Victoria Market kupilismy wciekle zolte plaszcze i udalismy sie w podroz.

Masashi i ja

Melbourne jest cudownym miasteczkiem z niskimi zabudowaniami, starymi tramwajami, nastrojowymi uliczkami. Nowoczesnosc gladko wkomponowuje sie tutaj w dostojna historycznosc slicznych budyneczkow. I muzyka. Jak w calej Australii - z lat 80-tych. ;)

Gramy...

Melbourne jest miasteczkiem roznorodnosci. Wszechobecni Azjaci (glownie Chinczycy i Koranczycy) przeplataja sie z "kulowo" wygladajacymi dwudziestolatkami (dready, kolczyki gdzie popadnie, szerokie spodnie, dziwne czapki etc.) a takze z szacownymi panami w szacownych garniturach i szuplymi kobietami w obcislych garsonkach.

Jadac do Melbourne zdalam sobie sprawe z jednej rzeczy, ktorej szukam. Chce znalezc mianowicie swoje miejsce, do ktorego chcialabym przynalezec. Wiele o Melbourne slyszalam i mialam nadzieje, ze to bedzie to.

Dnia drugiego udalam sie ulica St Kilda do Royal Botanic Gardens. I tam zaniemowilam. Na zawsze chce zapamietac intensywnosc zapachow, odglosy radosnych ptakow, spokoj samotnosci mojego spaceru, orzezwienie chlodnym wiatrem, niesamowitosc roslin i zwierzat. 



Za ogrodem jest taka cicha uliczka. Oprocz Sajgonu wpisalam ja na liste "moich miejsc". Kiedys tutaj zamieszkam.

Carlton Draught jest lepsze niz Victoria Bitter ;).

Wieczorem zmierzam do Sydney. Znowu cala noc w autobusie... z sama soba i tym, co w glowie nie uspione.



Degustacja win w Barossa Valley


Poniedziałek, 3 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Barossa Valley / Australia


Adelaide jest uroczym miasteczkiem z uroczymi budynkami. Wielu Azjatow. I tyle.

Caly dzien spedzilam bowiem w Barossa Valley, gdzie znajduja sie jedne z najstarszych krzewow winnych na swiecie. Niektore maja po 150 lat. Australijskie i chilijskie winnice nie podzielily jako jedyne losu europejskich i amerykanskich. W te okolice szkodnik, ktory zjadal krzewy od korzeni nie zawedrowal. To dlatego krzewy we Francji maja najwyzej po 70 lat. 

Palenie winnic

Jezeli juz tak historycznie... to dawno temu wokol pola krzewow winnych sadzono dzikie roze. Szkodniki zawsze atakowaly najpierw te wlasnie kwiaty. Stad plantator nie musial sprawdzac kazdego drzewka na hektarach pol. Wystarczylo obejsc je wokolo i poobserwowac roze. Obecnie w tym regionie 1ha kosztuje 500 tys. australijskich dolarow (1AUD=0,75USD). 

Winnice w Barossa Valley

Caly dzien spedzilam smakujac wina z winnic Orlando (slawne wina Jacob's Creek), Richmond czy Bethany. Biale i czerwone porto tez bylo (tutaj usmiech w strone Stiles). Wszystko wysmienite tak bardzo, ze w glowie mi sie niezle zakrecilo ;). W miedzyczasie byl tez grill. Miedzy innymi mieso kangurze, ktore tutaj je sie przynajmniej 2 razy w tygodniu. Trzeba je spozywac, kiedy jest bardzo gorace. W przeciwnym razie robi sie gumiaste - nie do pogryzienia. No coz. Musze przyznac, ze przepyszne.

80% winogron w regionie zbiera sie za pomoca maszyn. Pozostale 20% pozostawia sie pracy niewolniczej - czyli backpackers'om ;). Dla zaspokojenia ciekawosci placa za godzine wynosi 30AUD, czesto opacane sa 3 posilki dziennie oraz zakwaterowanie. Do tego dochodzi bezplatna konsumpcja duzej ilosci napojow wyskokowych. Chyba niezle, nie?

W latach 70-tych Nowa Zelandia zaprzestala uzywania korkow do zamykania win w butelkach. Zamiast tego wprowadzono zwykle nakretki. To, co oczywiste, kojarzyly sie z tanimi winami. Dlatego tez wina przestaly sie sprzedawac. Obecnie wina z Barossa Valley korkowane sa wlasnie ta metoda. Otoz okazalo sie, ze korki same z siebie nadaja winu okreslona palete zapachu zabijajac jego naturalne walory zapachowe. Wina zazwyczaj lezakuja skierowane w dol, gdyz w przeciwnym razie korek moze wyschnac. Jezeli wyschnie, kurczy sie a wino ulega oksydyzacji - najzwyczajniej w swiecie psuje sie. Stad wlasnie bakterie z korka przedostaja sie do wina. Nic takiego nie ma miejsca w przypadku zwyklej nakretki.

Matt, ktory nas oprowadzal, jest synem wlasciciela jednej z winnic. Pokazal nam 600 probek roznych zapachow, ktore musi rozpoznawac w winach. Zrobilismy maly konkurs. Ja niestety nie wypadlam dobrze. Myslalm, ze jagoda to wanilia a czeresnia to pomarancza... No coz ;). Najciekawsze z tego wszystkiego bylo to, ze sedziowie musza rowniez nauczyc sie "brzydkich" zapachow w stylu zgnilego jajka czy jablka, konia, siarki etc. 

Dowiedzialam sie, ze zapachow mozna sie nauczyc. Problem jednak tkwi w ich prawidlowej identyfikacji. Zapach jest wazny z kilku powodow. W degustacji wina mocno wstrzasa sie winem by wydobyc bukiet. Zapach dostaje sie do nosa wywolujac okreslona reakcje kubkow smakowych. Dopiero wtedy przygotowane sa one na faktyczne musniecie odrobina wina. Cudowne...

Na zdrowie.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...