Pura Ulu Watu i Padang Padang



Środa, 12 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Okolice Padang Padang (Bali) / Indonezja


Kolejnego dnia zdecydowalismy sie opuscic zatloczona Kute. Udalismy sie do Padang Padang, malutkiej, zacisznej plazy na poludniu Bali. Pan taksowkarz zdecydowanie cos majstrowal przy taksometrze - zostalismy oskubani. Przed kapiela sloneczna udalismy sie do pobliskiej hinduskiej swiatyni - Pura Ulu Watu. Tam malpki wskakiwaly nam na glowe, otwieraly torby w poszukiwaniu jedzenia, sledzily... Poza tym byly przepiekne widoki z urwisk skalnych...

Czas na poobiedniego leniucha

Jemy fistaszki

Widoki wokół Pura Ulu Watu

Dziedziniec świątyni Pura Ulu Watu

Świątynny kot

I świątynna suka

Pura Ulu Watu 





Do Kuty wrocilismy na stopa... Co jest niesamowite w kraju, gdzie trzeba placic za WSZYSTKO. Mielismy duzo szczescia... Zagadalam do jakichs ludzi, ktorzy niespodziewanie okazali sie Polakami... Hehe! Nastepny zlapany samochod nalezal do bogatych Indonezyjczykow... I tak zrekompensowalismy sobie poranne naduzycie kierowcy. ;)

Wegier spalil sie. Bunczucznie odmowil uzycia mojego kremu. ;)



Motocyklowa wycieczka do Ubud



Poniedziałek, 10 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję) 

Ubud (Bali) / Indonezja

Pol dnia wylegiwania sie na plazy wystarczylo mi. Ciagnelo mnie dalej. Negocjacje z Wegrem, negocjacje z Indonezyjczykami. Dwa motory... na oba brak prawa jazdy. Wyruszylismy.

Wiegier nie za bardzo sobie na poczatku radzil, ale potem juz jakos poszlo. Okropny odor spalin, mnogosc motocyklow i samochodow, ruch lewostronny, kaski zdecydowanie na glowie. Szukamy stacji paliw, co wbrew pozorom bardzo trudne jezeli chodzi o jej identyfikacje. Wszytko jest raczej takie "domowe". W koncu udaje sie nam. Wegier bunczucznie oswiadcza, ze powinnismy jechac szybciej. No coz. Zaczynam zwinnie kluczyc, wyprzedzac z lewej, prawej, po srodku. Gubie Wegra po raz pierwszy. Jedziemy dalej. Gubie Wegra po raz drugi. Tym razem na dobre. Troche przerazona ponownie wlaczam sie w szalony prad wszelkiego rodzaju pojazdow. Nie moge sie jakos wydostac ze stolicy Bali - Denpasar. W koncu nieprzyjemna droga przeksztalca sie w mniej uczeszczane uliczki, ze zdecydowanie lepszym powietrzem, widokami na niesamowite pola ryzowe, wijace sie wokol drzew liany. Czasem przystane, pstrykne zdjecie, napije sie czegos. Malo co nie trace zycia. Probujac wlaczyc sie kolejny raz w ruch, kola motoru zakopuja sie w piachu. Trace kontrole, motocykl prawie pada... Chce zahamowac, ale zamiast tego - jak to juz kilka razy mi sie zdarzylo - dodaje gazu. Pedem wjezdzam na ruchliwa ulice. Mam duzo szczescia. Akurat w tym momencie (co dziwne) z obu stron nic nie jechalo zbyt szybko i zbyt blisko. W przeciwnym razie byloby kiepsko. Nie musze chyba dodawac, ze duzo czasu zajelo mi dojscie do siebie. Przy bardzo malej predkosci...

Mijane pola ryżowe

Po dwoch godzinach dojezdzam do Ubud polozonego ok. 60km w lini prostej od Kuty. Jakosc drog i ich kretosc skutecznie zapobiegaja szybszemu przemieszczaniu sie. W Ubud, zupelnie przypadkiem i bardzo szczesliwie, zwiedzam Sacred Monkey Forest Sanctuary (Mendala Wisata Wenara Wana) - kompleks trzech swiatyn z wszedobylskimi makakami. Malpki w ogole nie boja sie ludzi, wykradaja bezczelnie jedzenie, porywaja okulary i kamery. Poza tym sa slodkie - szczegolnie male, ktorych jest mnostwo w maju. Bez nich atmosfera pokrytych mchem monumentow bylaby o wiele mniej tajemnicza.

Małpka w Sacred Monkey Forest Sanctuary

Samo sanktuarium, choc nie za wielkie, rowniez robi wrazenie. W gaszczu roslinnosci mozna dopatrzyc sie zzielenialych figur jaszczur, malp i innych z lekka czlowiekowatych stworow. Z drzew zwisaja ciezkie liany, na ktorych wesolutka skacza malpy. Gdzies nieoczekiwanie plynie strumyk, gdzies pod nogami uciekaja jaszczurki. Cudownie.

Kamienne jaszczury w Ubud

I tajemnicze mosty...

Decyduje sie wracac. Ostatnia rzecza, jakiej mi w tej chwili potrzeba to utknac gdzies w ciemnosciach. Po drodze faceci gwizdza, rozdziawiaja buzie, robia wielkie oczy. 

Zaczynaja sie klopoty. Nie moge trafic do Kuty. Kazdy kieruje mnie gdzie indziej a o znakach drogowych nalezy zapomniec. Zaczyna sie robic ciemno. Zaczyna sie robic nerwowo. Stoje w korku probujac sobie przypopmniec, gdzie do cholery jest moj "hotel". Na razie jednak nie moge nawet trafic do plazy, poniewaz roi sie od jednokierunkowych, identycznych uliczek. I tak kraze wokolo, probujac trafic w te wlasciwa. Boli mnie dupa, jest mi niedobrze od spalin, chce do domu. 

Ja w korku na Bali... 

W koncu jednak dojezdzam. Okazuje sie, ze Wegier juz jest na miejscu. Bierze prysznic. Gdy wychodzi widze, ze jest mocno zdenerwowany. Okazuje sie, ze tuz przed "hotelem", naprzeciwko posterunku policji, mial wypadek. Nic groznego. Przewrocil sie i lekko rozharatal sobie reke. Zauwazyl to jednak jeden z policjantow. No a Wegier nie mial prawa jazdy. I tu zaczela sie prawdziwa jazda. Zaproponowali mu grzywne 100USD. Za 100USD w Indonezji mozna wyzyc przez pol roku... Wegier malo sie nie zalamal. Delikatnie mowiac jest bardzo oszczedny. Zostawil motor w zastaw i poszedl po wlasciciela. Wlasciciel oswiadcczyl, ze bedzie lepiej, jak sam zalatwi sprawe. W przeciwnym razie Wegier bedzie mial klopoty. Zaproponowal 50USD. Wzial pieniadze, poszedl, wrocil i oswiadczyl, ze zabrali wszystko. Wiegier byl niepocieszony. Na szczescie kolacja zakrapiana arakiem (tutejsza wodeczka) oraz obietnica twardych negocjacji przekonalam go do nurkowania w Tulamben dnia nastepnego. Negocjacje mialy miejsce jeszcze dzisiaj. Utargowalismy 46USD z 80USD - w tym dwa nurkowania poprzedzone teoria (bo oboje zieloni jestesmy), obiad oraz dowoz do polozonego 3h od Kuty miasteczka.



Kuta na Bali


Niedziela, 9 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję) 
Kuta (Bali) / Indonezja


Tak, jak sie spodziewalam od samego lotniska czekaly mnie krwawe negocjacje. Pieniadzozerni taksowkarze Bali doskonale zdaja sobie sprawe z zagubienia nowoprzybylych. Bo nie ma porownania cen, bo nie wiadomo, ktore taksowki tanie, a ktore nie. Na szczescie mam juz wietnamskie i kambodzanskie doswiadczenie. Stargowalam. I to dobrze.

Najbardziej znana Kuta na Bali okazala sie zatloczonym, zakorkowanym miejscem. Po australijskim wyzywieniu, opierajacym sie glownie na bulkach i wodzie, chcialam skorzystac z niebywale niskich cen, dobrze zjesc i zamieszkac w miejscu z przynajmniej z ciepla woda. Niestety okazalo sie, ze Wegier, z ktorym mialam spedzic te kilka dni znalazl najtansza z mozliwych wersji: zimna woda, brak klimy (tutaj jest ok 40 stopni przy ogromnej wilgotnosci), brak lustra, zardzewialy prysznic, kibel, na ktory ciezko spojrzec. Owszem, nie mam nic przeciwko mieszkaniu w takim miejscu w kraju, gdzie jest drogo. Ale po ciezkich dniach w Australii chcialam sie troche odprezyc przez te 6 dni. No ale zaoszczedzilam 20USD...

Po poludniu byla plaza, ktorej daleko od reklamowanego raju. Waska, polozona blisko ruchliwej drogi, z mnostwem ludzi i nachalnych sprzedawcow. Gorac, piasek na poolejkowanej skorze, zlepione sola wlosy, zabawa w ogromnych falach, zbyt maly recznik.

Wieczorem dostalam podejrzanej wysypki na czole. ;)



Plaże Sydney


Sobota, 8 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Sydney / Australia


Wczoraj jednak skusilam sie na dwa piwka. Troche potanczylam, troche porozmawialam z chetnymi (a bylo kilku ku memu zaskoczeniu), z zaskoczeniem rowniez musialam udowodnic swoja pelnoletniosc - i to dwa razy. A w Korei daja mi trzydziestke. Ech!

Dzisiaj odbylam dlugi spacer przez Bondi, Tamarama i Coogee Beach. Plaze neizbyt wielkie, ale przytulne i pelne opalonych, nagich torsow mezczyzn na deskach surfing'owych. Rozkoszne widoki. Kobiety bez stanikow tez sie znalazly. Niczego sobie ;).

Plaża Bondi

Przechadzka obfitowala w kilkumetrowe, turkusowe fale rozbijane o urwiska skalne, ogromne "czaple" (tak przynajmniej wygladalo to, co fruwalo) przelatujace nad glowa, kontemplacje "Memoirs of Geisha", moczenie nog w oceanie, radosc i zachwyt.

Wściekłe fale po drodze

Pametam, ze kiedy jako szesnastolatka bylam na stypendium w Anglii, to totalnie zauroczylam sie Land's End w Korwalii. Dzisiaj, tak jak wtedy, siedzialam na wysunietej wysoko ponad wode skale i wsluchiwalam sie w huk oceanu. Silny wiatr przenoszacy krople rozbryzgiwanych fal... Spokoj. Tam wewnatrz.

Potęga wody

Spacerujac zobaczylam w gorze domek. Zwykly, pietrowy, maly. W jednym z ogromnych okien ktos ulozyl sobie poslanie z poduszek. Niebo do wynajecia. Niebo z widokiem na raj. Kiedys kupie tutaj dom.

Domki tuż nad absolutem

Jutro lece na Bali. Nie chce mi sie. Chcialabym zostac tutaj, w moim wymarzonym miejscu. Gdzie sa europejskie samochody i buty ze zwykle zaokraglonymi czubkami. Gdzie 4 miliony ludzi nie bedzie mi zawadzac a pozwoli robic interes. Gdzie wszystko jest tak, jak byc powinno. Dla mnie. Jestem cierpliwa. Odpowiedni czas nadejdzie.







A moja Wspollokatorka ZARECZYLA SIE!
Duzy usmiech.



Natura Sydney


Piątek, 7 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Sydney / Australia


Sydney totalnie mna zawladnelo. Nigdy nie czulam sie tak dobrze w zadnym miescie. To jest to miasto.

Najpierw byl Port Darling. Potem Pool of Reflection, Hyde Park i cudowny Park Botaniczny. Odkrylam cos nowego o sobie. Oprocz wiezowcow uwielbiam fotografowac rosliny. A naprawde bylo czemu robic zdjecia. Czesto lapalam sie na rozdziawionej buzi ;). Cudowne uczucie dziwic sie jeszcze. W pewnym momencie, wychadzac z czesci lasu tropikalnego, zobaczylam szereg drzew z wielkimi zwisajacymi owocami, jeden obok drugiego. Zrobilam zdjecie, po czym owoce zaczely odlatywac niczym batmany. Bo to nietoperze byly. Niesamowite.

Nietoperze

Kolejna w planie byla Art Gallery of New South Wales. Cos dla duszy, cos o cudownie brzmiacym wyrazeniu "free admision". Australijska sztuka XIX wieku, za ktora z reguly nie przepadam, nie roznie sie zbytnio od europejskiej. Z wyjatkiem zdechlej cackatoo (cos podobnego do papugi, w co drzewa tutaj obfituja) zamiast zdechlego koguta. Za to sztuka wspolczesna zdecydowanie inspirujaca. W poludnie Rachel, z pochodzenia Aborygenka, tlumaczyla tance Aborygenow. Inspirujace. Szczegolnie taniec kangura lub ducha. Rewelacja. Tance Aborygenow wyrazaja przywiazanie do ziemi, zwierzat, roslin i nieba. Plynie z nich harmonia. Harmonia udziela sie.

Nastepnie udalam sie na Circular Quay w celu poplyniecia lodzia do Manly. Tam bylam w oceanarium, gdzie rekiny plywaly wokol mnie. A potem na plazy karmilam mewy. Zabawnie bylo obserwowac, jak pusza sie grozac swoim konkurentom. Jedna podfrunela do mnie znienacka i dziobnela ukradkiem bulke, ktora trzymalam w reku. Skubana. Potem juz tradycyjnie posmakowalam oceanu, przeszlam sie brzegiem i wrocilam do centrum.





Piatkowy wieczor... Przepiekne, pachnace swiezoscia, perfumami i obietnica kobiety. Silni, owiani wiatrem, promieniujacy gotowoscia mezczyzni. Ja? Z usmiechem przemieszczam sie miedzy nimi z dokonanym wyborem zamiast wieczornego piwa: tasmanski camembert i dwie CD wspolczesnej i tradycyjnej muzyki aborygenskiej.

W hostelu spotkalam Marko - Chorwata, ktory robi doktorat w Canberze z biologii molekularnej. Powiedzial mi kilka interesujacych rzeczy o DNA. Nie zdawalam sobie z tego sprawy, ale DNA rozni sie, kiedy pobrane z roznych miejsc ciala. Poza tym z czasem zmienia sie w zaleznosci od czynnikow zewnetrznych takich jak slonce (1 na 4 Australijczykow choruje na raka skory!), jedzenia etc. Uwazam to za niesamowite. To oznacza, ze podroze zmieniaja mnie od poszewki! Bardziej niz inspirujace...

I jeszcze raz... UWIELBIAM Sydney. Wiezowce przyprawiaja mnie o zawrot glowy, ale nie przytlaczaja. Obfitosc zieleni obiecuje spokoj i zachwyt. Plaza i ocean zapewniaja ucieczke i odpoczynek. Slonce gwarantuje dobre samopoczucie. Multikulturowosc - lingwistyczne, kulturowe oraz kulinarne spelnienie. Muzycy na ulicach i brak nowoczesnej muzyki w radio - pozbawiaja nerwowosci. Ludzi mowiacy po angielsku i nie bedacy Amerykanami daja komfort. I tylko krok od ekstremalnych podrozy w dzicz. Czy potrzebuje czegos wiecej?

Jestem przekonana, ze wroce tutaj na dluzej.



Architektura Sydney


Czwartek, 6 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Sydney / Australia


Dzisiaj stwierdzilam, ze miasta nie obchodza mnie az tak bardzo. Nie potrafie odkryc w nich nic nowego. Wszystko wydaje mi sie powtarzalne. Lubie za to wysokie budynki. Fascynuja mnie szczegolnie, gdy dobrze komponuja sie w tradycyjna architekture oraz zielen. Uwielbiam je fotografowac. Moze chodzi o zadarta glowe. Tego brakowalo mi w Melbourne. I to ma Sydney...

Sydney

Miasto jest zdecydowanie niesamowite. Tetniace zyciem, kolorami, roznorodnoa, urokliwa architektura. Troche mniej nowoczesne autobusy, monorail przecinajacy przestrzen tuz nad glowa, przeciskajacy sie ponad daszkami sklepow i jesienne drzewa w intensywnych promieniach slonca. Zrobilo sie o wiele cieplej. Tez na duszy.

Monorail

Sydney i jego budynki

Odwiedzilam kilka co znamienitszych miejsc. Miedzy innymi Opera House. Tak, jak sie spodziewalam - nic ciekawego. Male, pozolkle, zardzewiale. Trzy helmy krzyzackie. Tyle.

Opera House z innej perspektywy

Zaczely mi szwankowac kolana. Dosyc powaznie. Myslalam, ze dzisiaj nie dowloke sie do hostelu. Po drodze, zatrzymujac sie by nabrac kurazu, przekonalam sie raz jeszcze o pozytywach konkurencji. W Sydney godzina Internetu kosztuje 2AUD, w Coober Pedy - 8AUD! Poza tym YHA Hostel, oprocz najtanszego zakwaterowania, oferuje saune (moje kolana byly bardzo wdzieczne), basen(ik) na 9 pietrze (dach), darmowe seanse filmowe z rownie darmowym popcorn'em,... no i to co w standardzie czyli pralki, suszarki, kuchnie, jadalnie - wszystko przyjaznie zautomatyzowane. Klient zdecydowanie na konkurencji korzysta.

Czuje sie bardzo zmeczona ale coraz bardziej szczesliwa.

Masashi powiedzial: "you are a great woman but crazy". Jest teraz chyba w Canberze. 

Pray



Melbourne


Wtorek - Środa, 4-5 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Melbourne / Australia


Przybylam do Melbourne o 6:00 rano. Po dwoch nocach spedzonych w autobusie totalnie wymeczona. Na miejscu okazalo sie, ze musze czekac do poludnia az ktos sie "wyloguje" z hostelu. Wzielam prysznic z plecakiem, znalazlam jakas cicha salke z lezanka i czujnie zasnelam. Po jakims czasie dolaczyl do mnie jakis chlopak (w majakach stwierdzilam, ze to mezczyzna mojego zycia... co nie potwierdzilo sie po przebudzeniu), ktos komus pokazywal pokoik, ktos go nawet odkurzyl. W koncu udalo mi sie zamelinowac.

Na drodze spotyka sie co jakis czas tych samych ludzi. Czesto robia bardziej lub mniej zblizone trasy. Tak spotkalam ponownie Masashi, Japonczyka spod Tokyo. Razem zwiedzilismy jeden dzien w centrum Melbourne. Dodac nalezy, ze dzien deszczowy, wietrzny, pochmurny i dosyc zimny - ok. 14 stopni. Nie poddalismy sie jednak. Na Queen Victoria Market kupilismy wciekle zolte plaszcze i udalismy sie w podroz.

Masashi i ja

Melbourne jest cudownym miasteczkiem z niskimi zabudowaniami, starymi tramwajami, nastrojowymi uliczkami. Nowoczesnosc gladko wkomponowuje sie tutaj w dostojna historycznosc slicznych budyneczkow. I muzyka. Jak w calej Australii - z lat 80-tych. ;)

Gramy...

Melbourne jest miasteczkiem roznorodnosci. Wszechobecni Azjaci (glownie Chinczycy i Koranczycy) przeplataja sie z "kulowo" wygladajacymi dwudziestolatkami (dready, kolczyki gdzie popadnie, szerokie spodnie, dziwne czapki etc.) a takze z szacownymi panami w szacownych garniturach i szuplymi kobietami w obcislych garsonkach.

Jadac do Melbourne zdalam sobie sprawe z jednej rzeczy, ktorej szukam. Chce znalezc mianowicie swoje miejsce, do ktorego chcialabym przynalezec. Wiele o Melbourne slyszalam i mialam nadzieje, ze to bedzie to.

Dnia drugiego udalam sie ulica St Kilda do Royal Botanic Gardens. I tam zaniemowilam. Na zawsze chce zapamietac intensywnosc zapachow, odglosy radosnych ptakow, spokoj samotnosci mojego spaceru, orzezwienie chlodnym wiatrem, niesamowitosc roslin i zwierzat. 



Za ogrodem jest taka cicha uliczka. Oprocz Sajgonu wpisalam ja na liste "moich miejsc". Kiedys tutaj zamieszkam.

Carlton Draught jest lepsze niz Victoria Bitter ;).

Wieczorem zmierzam do Sydney. Znowu cala noc w autobusie... z sama soba i tym, co w glowie nie uspione.



Degustacja win w Barossa Valley


Poniedziałek, 3 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Barossa Valley / Australia


Adelaide jest uroczym miasteczkiem z uroczymi budynkami. Wielu Azjatow. I tyle.

Caly dzien spedzilam bowiem w Barossa Valley, gdzie znajduja sie jedne z najstarszych krzewow winnych na swiecie. Niektore maja po 150 lat. Australijskie i chilijskie winnice nie podzielily jako jedyne losu europejskich i amerykanskich. W te okolice szkodnik, ktory zjadal krzewy od korzeni nie zawedrowal. To dlatego krzewy we Francji maja najwyzej po 70 lat. 

Palenie winnic

Jezeli juz tak historycznie... to dawno temu wokol pola krzewow winnych sadzono dzikie roze. Szkodniki zawsze atakowaly najpierw te wlasnie kwiaty. Stad plantator nie musial sprawdzac kazdego drzewka na hektarach pol. Wystarczylo obejsc je wokolo i poobserwowac roze. Obecnie w tym regionie 1ha kosztuje 500 tys. australijskich dolarow (1AUD=0,75USD). 

Winnice w Barossa Valley

Caly dzien spedzilam smakujac wina z winnic Orlando (slawne wina Jacob's Creek), Richmond czy Bethany. Biale i czerwone porto tez bylo (tutaj usmiech w strone Stiles). Wszystko wysmienite tak bardzo, ze w glowie mi sie niezle zakrecilo ;). W miedzyczasie byl tez grill. Miedzy innymi mieso kangurze, ktore tutaj je sie przynajmniej 2 razy w tygodniu. Trzeba je spozywac, kiedy jest bardzo gorace. W przeciwnym razie robi sie gumiaste - nie do pogryzienia. No coz. Musze przyznac, ze przepyszne.

80% winogron w regionie zbiera sie za pomoca maszyn. Pozostale 20% pozostawia sie pracy niewolniczej - czyli backpackers'om ;). Dla zaspokojenia ciekawosci placa za godzine wynosi 30AUD, czesto opacane sa 3 posilki dziennie oraz zakwaterowanie. Do tego dochodzi bezplatna konsumpcja duzej ilosci napojow wyskokowych. Chyba niezle, nie?

W latach 70-tych Nowa Zelandia zaprzestala uzywania korkow do zamykania win w butelkach. Zamiast tego wprowadzono zwykle nakretki. To, co oczywiste, kojarzyly sie z tanimi winami. Dlatego tez wina przestaly sie sprzedawac. Obecnie wina z Barossa Valley korkowane sa wlasnie ta metoda. Otoz okazalo sie, ze korki same z siebie nadaja winu okreslona palete zapachu zabijajac jego naturalne walory zapachowe. Wina zazwyczaj lezakuja skierowane w dol, gdyz w przeciwnym razie korek moze wyschnac. Jezeli wyschnie, kurczy sie a wino ulega oksydyzacji - najzwyczajniej w swiecie psuje sie. Stad wlasnie bakterie z korka przedostaja sie do wina. Nic takiego nie ma miejsca w przypadku zwyklej nakretki.

Matt, ktory nas oprowadzal, jest synem wlasciciela jednej z winnic. Pokazal nam 600 probek roznych zapachow, ktore musi rozpoznawac w winach. Zrobilismy maly konkurs. Ja niestety nie wypadlam dobrze. Myslalm, ze jagoda to wanilia a czeresnia to pomarancza... No coz ;). Najciekawsze z tego wszystkiego bylo to, ze sedziowie musza rowniez nauczyc sie "brzydkich" zapachow w stylu zgnilego jajka czy jablka, konia, siarki etc. 

Dowiedzialam sie, ze zapachow mozna sie nauczyc. Problem jednak tkwi w ich prawidlowej identyfikacji. Zapach jest wazny z kilku powodow. W degustacji wina mocno wstrzasa sie winem by wydobyc bukiet. Zapach dostaje sie do nosa wywolujac okreslona reakcje kubkow smakowych. Dopiero wtedy przygotowane sa one na faktyczne musniecie odrobina wina. Cudowne...

Na zdrowie.


Szaleństwo Coober Pedy


Niedziela, 2 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Coober Pedy / Australia


To bardzo szczegolne miasto. Ludzie przyjezdzaja tutaj z calego swiata w poszukiwaniu szczescia. Przez 50 lat zyl tutaj rowniez Polak w jednym z podziemnych domow - Henryk Michalczyk (tutaj rowniez znajduje sie jego grob). Miesiac temu przybyla Polka - Marzena. Niemka pracujaca w muzeum sprzedajac przepiekna bizuterie z opalami zakochala sie w austriackim poszukiwaczu opali. Przyjechala tutaj i juz zostala. W 3500-tysiecznym miasteczku jest 50 roznych narodowosci. Duza czesc stanowia Chorwaci i Serbowie. Stad kilka kosciolow wydrazonych w ziemi. Powiadaja, ze jezeli zostanie sie tutaj dluzej niz 2 tygodnie to jest sie juz straconym. Zostaje sie na dlugo. Bardzo dlugo. I tak nikt nie zadaje pytan. Gdy nowa osoba przyjezdza wszyscy zgodnie ja witaja. Jezeli okazuje sie "nie tak", wszyscy zgodnie traktuja ja "nie tak". 

Domek-dugout

Ludzie zdaja sie tutaj byc naprawde szczesliwi. Nie chca KFC czy McDonalda. Do zycia (i smierci jak to mozna zauwazyc na cmentarzu) podchodza z przymruzeniem oka. To widac w calym miescie. Graja w golfa na "polach" pustyni, scigaja sie wielbladami, konno, samochodami lub innymi pojazdami. Filmy wyswietlane sa za darmo. No i kopia. A jak nic nie znajduja przez dlugi czas to niektorzy zaczynaja pic.

Kopią w poszukiwaniu opali

Ja też...

Cale Coober Pedy polozone jest na gorkach usypanych z wykopywanego piasku. Wszedzie widac roznego rodzaju maszyny, zabezpieczone zejscia do kopalni, no i oczywiscie sklepy z opalami. Mnostwo.

Coober Peddy

Jak sie dowiedzialam sa trzy rodzaje opali. Solid - cale kamienie oprawione w szlachetny metal, doublets - cienki plasterek opalu "podbity" kamieniem (czesto kwarcem) i oprawiony, oraz triplets - jeszcze ciensza warstwa opalu, ktora musi byc rowniez chroniona z wierzchu. Ceny opali roznicowane sa przez kolor (im ciemniejsze tym drozsze), palete i gre kolorow w swietle dziennym no i oczywiscie wielkosc. Czarne opale sa najdrozsze. Jedynie 1% wszystkich wydobytych kamieni sa tego koloru.

Poszukujac opali, gornicy dokonali kilku odkryc archeologicznych. Kiedys Australia byla czesciowo zalana slonymi wodami (stad miedzy innymi Jezioro Eyre jest ciagle slonne). Dlatego tez odnaleziono mnostwo pozostalosci szkieletow przedziwnych zwierzat morskich (np. ichtiozaurow). 

Dodatkowo z ciekawostek to przez Australie przebiega 5600-kilometrowy plot (dwa razy dluzszy niz Mur Chinski) z wieloma pulapkami wzdluz niego. Oddzielac mial on polnoc z pastwiskami bydla i psami dingo od poludnia z pastwiskami owiec. Ciagnie sie on z poludniowego zachodu w kierunku polnocnego wschodu. Dwa psy dingo mianowicie, czysto dla zabawy, sa w stanie zabic 200-300 owiec.

Płot przeciw dingo - 5600km

Jak juz wspomnialam okolica Coober Pedy to wykupione dzialki, gdzie latwo mozna stracic zycie. Otoz co chwila przy licznych gorkach piasku znajduja sie niewielkiego promienia dziury siegajace w glab na... 18-pietrowego wiezowca! Kiedy czlowiek znajduje sie juz na dole (co nastepuje bardzo szybko), to kosci nog wbijaja sie jak harmonijka w szkielet tulowia po same ramiona. Duzo ludzi tak wlasnie znalazlo sie na cmentarzu. Inni zostali rozdarci lub zasypani przy wybuchach (na drodze mozna zobaczyc ciezarowki dowozace materialy wybuchowe). Niektorzy traca zycie, niektorzy po 40 latach kopania przerzucaja sie na inna robote, niektorzy wykopuja opale warte dziesiatki miliony dolarow...

Okolice Coober Peddy

Wokol miasteczka sa takie miejsca, gdzie czerwona ziemia z czerwonymi skalkami tej samej wielkosci, z dlugimi cieniami, tworza niesamowity klimat - ksiezycowy lub... marsowy ;). To tuaj wlasnie nakrecono kilka filmow science-fiction m.in. Mad Max'a III czy Mars-Czerwona Planeta. W miasteczku sa miejsca gdzie rekwizyty z planu stanowia mila ozdobe. Jajcarska.

Rekwizyty filmowe

No i jest 80-letni Crocodile Harry - legenda Australii. Harry, niemiecki baron, przybyl do Australii kilkadziesiat lat temu. Zajal sie polowaniem na krokodyle. Zlowil golymi rekami drugiego co do wielkosci w calej historii kontynentu. Bylo to w Queensland. Widzialam jego czarnobiale fotografie. On caly zarosniety z wlocznia, w opasce na biodra i krokodylem o paszczy dlugiej na 3/4 ciala czlowieka. I inne, z kupa zabitych krokodyli, albo z mlotkiem jak probuje jednego wykonczyc celem zaoszczedzenia kuli. 

Crocodile Harry w swojej ziemiance

Potem Harry przybyl do Coober Pedy. I zaczal kopac. No i dokopal sie fortuny. Nie widac tego jednak. Ciagle mieszka w swojej "norze" i czasem, kiedy nie jest pijany to ciagle kopie. Korytarze jego domu sa naprawde imponujace. Inna obsesja Harry'ego sa kobiety. Twierdzi, ze po 4600-tnej przestal liczyc. ;) Cale jego mieszkanie przyozdobione jest stanikami, penisami, statuetkami nagich kobiet, zdjeciami rozneglizowanych kobiet z nim po srodku. Poza tym caly dugout wypelniony jest roznosciami w stylu ksiazek z calego swiata, czaszkami, flagami, fotografiami. Ma tzw. "shitorium", oaze z kaktusami i wrakami samochodow (tutaj wszyscy jezdza klekotami). Wszyscy zastanawiaja sie, co sie stanie z jego fortuna. Z rodziny ma tylko siostrzenice w Niemczech, ktora sie nim brzydzi... Tak czy owak, Harry to niesamowita osoba. Nie do zapomnienia.

Dugout Harry'iego


I jego shitorium

W Coobe Pedy spedzilam cudowny czas. Moze kiedys... ;)

Przede mna noc w autobusie w drodze do Adelaide. Na miejscu odwiedzimy Barossa Valley i wieczorem znowu noc w autobusie w drodze do Melbourne. Bedzie ciezko.

-------
Zabilismy knagura. Ani on ani my nie mielismy szansy na uratowanie jego zycia. Wyskoczyl prosto pod kola. Rozbil szybe w drzwiach. Tuz przed zderzeniem krzyknelam odruchowo. Zginal na miejscu. Na pewno... Na drodze do Adelaide jest ich pelno. Kierowca co chwila zwalnia, co chwile zmienia swiatla... A przed nami cala noc. Dla mnie nieprzespana...



Dugout w Coober Pedy


Sobota, 1 maja 2004 (Z plecakiem przez Azję)
Coober Pedy / Australia


Dzisiaj dojechalam do Coober Pedy, malutkiego miasteczka powstalego na potrzeby tutejszych poszukiwaczy opalu i zlota. Noc spedzona w tzw. "dugout" czyli w wybudowanym 6m pod ziemia motelu. Wiekszosc ludzi tutaj tak mieszka. Nie ma nawet drzwi. Kazdy przechodzacy ma doskonaly widok na 4 lozka zmieszczone w wykopanych jaskiniach i na to, co sie w nich dzieje. Rzecz jasna dokladnie wiem, o czym mowa w pieczarze obok.

Mój dugout (ziemianka?)

Krajobraz ciagle zmienia sie. Dzisiaj sawanna przeksztalcila sie w zupelnie plaski step o mniej czerwonym piasku. Nigdy w zyciu nie widzialam tak nisko zawieszonych, nabrzmialych chmur. Wydawalo sie, ze sa na wyciagniecie reki. I muchy. Wszechobecne i zbyt wscibskie. Poszukujace natarczywie wilgoci w oczach, uszach, nosie i ustach.

Dzisiaj wyjezdzajac z Alice Springs musialam pozeganc sie z grupa zaprzyjaznionych ludzi, z ktorymi spedzilam 3 ostatnie dni w Uluru, Kata Tjuta i King's Canyon. Razem wspinalismy sie, gralismy w podejrzane angielskie karciane gry, przedrzeznialismy sie, pilismy czerwone wino. Powodzenia.

Po drodze spotkalam za to 32-letnia Sally, ktora pozostaje w zwiazku z Pakistanczykiem. Jego rodzice nie wiedza o niej, nie ma szans na slub, za jakis czas na pewno wroci do Pakistanu. Cos mi to przypomina... Zapytalam, jak moze pozostawac w zwiazku, ktory z definicji musi sie skonczyc. Im dluzej zaplatuje sie w danej relacji, tym trudniej jest, z uplywem czasu, z niej wydostac. Powiedziala mi wazna rzecz. Nawet w beznadziejnej sytuacji nie mozna myslec o koncu. Trzeba zyc tak, jakby przyszlosc miala byc spedzona z dana osoba. I tak nie wiadomo przeciez, co ona przyniesie.

Spodobalo mi sie. 

Jutro jade z Sally do Adelaide.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...